Peru i Boliwia 2016 – Wstęp

   

Paweł “Viajero”:

   Drogi czytelniku.. usiądź wygodnie.. włącz poniższy filmik.. Od tego momentu mamy razem cztery minuty i siedemnaście sekund na przeczytanie Wstępu.. umili go muzyka.. 🙂

   Może to zabrzmi dziwnie, ale w 2008 czułem, że kiedyś tam jeszcze wrócę. „Tam”, czyli do Ameryki Południowej, a konkretnie do Peru. Niby skąd mógłbym to wiedzieć..? W tym 2008 pierwszy raz w życiu odważyłem się na coś, o czym przez dekady tylko marzyłem. Ani nie mogłem wiedzieć, że uda mi się powtórzyć kiedykolwiek w życiu jeszcze taki wyczyn – polecieć drugi raz w Daleki Świat – ani tym bardziej, że uda mi się powrót dokładnie w to samo miejsce. A jednak pamiętam wyraźnie to wewnętrzne przekonanie, kiedy na lotnisku w Limie wchodziłem po schodkach do powrotnego samolotu. Pojawiło się wtedy we mnie: „ja tu jeszcze wrócę..”. Drugi moment, w którym moje serce wyrwało się i zakrzyknęło „ja jeszcze raz tam chcę!”, miał miejsce w 2013 w małej knajpce w Copan w Hondurasie. Trzeba wiedzieć w tym miejscu lektury, że jako młody chłopak dzięki zespołowi Varsovia Manta chłonąłem muzykę andyjską. Włóczyłem się w latach 80-tych za nimi, a to po warszawskiej starówce, a to po wszystkich koncertach, jakie organizowali w domach kultury. A więc w tym Copan jadłem sobie śniadanie, kiedy nagle ku mojemu zaskoczeniu – nie jest to bowiem muzyka popularna w tamtym regionie – z głośników wysączyły się dźwięki rodem z Andów. Magiczne charango, którego krótkie struny są wprawiane w ruch dłonią udającą skrzydło kolibra, śpiewny i łapiący za serce flet quena i antara – z dźwiękiem jak dmuchanie w szyjki butelek, w innym świecie zwana fletnią pana. Wszystko to w rytmie grzechotek z muszli – chajchas. Od tego wszystkiego razem – tak charakterystycznego – serce się wyrwało „do tych gór malowanych kolorem rozmaitem.. gdzie czarno-szary kondor i lama jak śnieg biała..” 😉

   8 czerwca 2016 uruchamiam więc swoją ulubioną wyszukiwarkę połączeń lotniczych. Od wielu miesięcy przeczesuję codziennie expedia.com w poszukiwaniu biletu, który sobie wymyśliłem, tzn. lądowanie w Cuzco w Peru, a powrót z Santa Cruz w Boliwii. W 2016 pomysł na Peru jest taki: polecimy wprost do Cuzco, spędzimy tam tylko kilka dni, oglądając to, co najważniejsze w okolicy. Potem przejedziemy od razu do Boliwii. Z jednej strony oczywiście chcę jeszcze raz zobaczyć Cuzco, Sacsayhuaman, Pisac, Ollantaytambo, czy Machu Picchu i pokazać je koniecznie Kamili, ale z drugiej chcę ciągnąć jak najszybciej do Boliwii – w 2008 byłem w niej tylko przez jeden dzień oglądając ruiny Tiahuanaco. Takie bilety – lądowanie w A i powrót z B – z reguły są trochę droższe, ale w tym roku los jest wyjątkowo niełaskawy dla mnie. Normalnie już w lutym, czy w marcu bywam zaopatrzony w bilet na wrzesień-październik. Tym razem cena od początku 2016 sukcesywnie rośnie, co w połączeniu z utrzymującym się wysokim kursem dolara, czyni ją nieprzyzwoicie i nieosiągalnie wysoką.. 🙁 Przy cenie 1200-coś-$ w czerwcu (z Madrytu, nie z Warszawy) zaczynam już myśleć nawet o zmianie trasy, kiedy.. przychodzi mi jeszcze do głowy spróbować, oprócz lotów ze zwyczajowego Madrytu, różnych innych „krzyżówek”: wylot z Paryża, powrót do Amsterdamu.. odwrotnie.. wylot z Londynu, powrót do Paryża.. i jeszcze na wszelki wypadek – bez jakiegoś specjalnego przekonania – bo Londyn nie bywa najtańszy – wylot i powrót do Londynu.. „London.. 10/08/2016.. Cuzco.. Santa Cruz.. 10/31/2016.. London..” J E S T !!! Nagle cena za taki bilet staje się niższa o całą 1/3 od tych dramatycznych 1200-coś-$! Promocja linii Avianca z Londynu – nigdy jeszcze nią nie leciałem. Długi lot na trasie Londyn-Bogota-Lima-Cuzco. W powrotnym łańcuszku lotnisk zamiast Cuzco – Santa Cruz. W tamtą stronę (nie licząc Warszawa – Londyn) jedyne 23,5 h w drodze, z powrotem – bagatela – 27,5 h 😉 Ale czego się nie robi, żeby dotrzeć do Dalekiego Świata. Wpisuję więc dalej „Paweł Zalewski.. Male.. 06/12/1967.. Kamila Antonina Perkowska.. Female..”

   Lecimy z Kamilą razem już trzeci raz w Daleki Świat. Można by zacytować żartobliwe „do trzech razy sztuka” 😉 Ale uchylając rąbka tajemnicy – z perspektywy zakończonej „Peru i Boliwia 2016” – mogę powiedzieć, że nic nie wskazuje na jakiś finał tego podróżniczego duetu 🙂 Przez te trzy wspólne wyjazdy w Daleki Świat ścieraliśmy się, iskrzyli i docierali. Każdy wyłuskał z tego dla siebie – mam nadzieję – jakiś dydaktyczny pierwiastek. Każdy coś zyskał.. I jest to nieustający proces.. Mało tego, oprócz duetu podróżniczego, zostaliśmy dodatkowo duetem literackim 🙂

   Dalej wprowadzam dane karty kredytowej „właściciel.. numer.. data ważności..”. Kiedy już kilka razy sprawdziłem, czy wszystkie dane zostały wprowadzone poprawnie, dochodzę do najbardziej emocjonującego momentu – wciskanie dużego żółtego klawisza „COMPLETE BOOKING”.. No dobrze, ostatni raz sprawdzam.. i w końcu naciskam go. Chwila prawdy – przejdzie płatność.. nie przejdzie.. (tfu, tfu). Po kilku ekscytujących sekundach: „Your reservation is booked and confirmed”. A więc znowu to się dzieje.. L E C I M Y.. 🙂

 

Kamila:
 
   Lecimy 🙂
   Tak, znów lecimy.. i znów razem piszemy.. 🙂 Hurra 🙂

   Znów będziemy razem się zachwycać, każde na swój sposób, wzbogacać nawzajem swoimi spojrzeniami, obserwacjami.. i znów będziemy stawać oko w oko z trudnymi sytuacjami między nami..

   Po pierwszej naszej wyprawie do Azji i drugiej – na moją prośbę – również do Azji kierunek nieazjatycki jest oczywisty.. 🙂 Mówię Pawłowi, że polecę wszędzie, bo przecież prawie nigdzie jeszcze nie byłam, a każde miejsce w Dalekim Świecie wydaje się interesujące i woła 🙂 Zdaję się zupełnie na jego pomysł i plan.. Gdy słyszę Peru.. Machu Picchu.. ruiny Inków.. Cuzco.. aż nie mogę uwierzyć, że tam będę! Boliwia – OK, to kraj niespecjalnie mi znany nawet ze słyszenia.. Paweł opowiada, że jest tam mnóstwo ciekawych rzeczy, jezioro Titicaca, wielkie La Paz, największa solna pustynia świata i.. dżungla.. Planuje w niej nasz kilkudniowy pobyt.. O rety, miejsce w ogóle mnie nie pociąga, raczej przeraża i stresuje.. Ale Paweł tak się ekscytuje.. OK, nie mogę go tego pozbawić, zagryzę zęby i pojadę do dżungli, ale zrobię to tylko dla niego 🙂

   No i cieszę się, że będziemy w miejscach nieznanych nam obojgu..

   Oswajam się z Dalekim Światem, z trudami podróży, z warunkami noclegowymi, z pakowaniem w niewielki plecak.. Przed każdą wyprawą cieszę się, ekscytuję i jednocześnie stresuję, czuję strach i niepewność.. każdy wyjazd jest pełen ogromnych wyzwań i przekraczania granic własnej strefy komfortu.. Przekroczenie tych granic daje niezwykłe, niepowtarzalne, bezcenne poczucie Wolności..

c.d.n.

Tags: ,

Birma – Posłowie

   Jak przystało na „szkice” – ta opowieść nie miała mieć wcale żadnego zakończenia. Trudno jest jednak tak odejść bez słowa „pożegnania”.. 🙂

   Co z fabułą..? Tym razem powrót zaczyna się dosyć wcześnie. Praktycznie za jego początek można uznać już wylot z Bagan. Wracamy do Rangunu – tylko po to, żeby przenocować, rano mamy od razu samolot do Bangkoku. Wracamy do Bangkoku – jeszcze jeden dzień zwiedzania tutejszych świątyń, ale rano mamy już samolot do Moskwy. Przesiadka, krótki lot do kraju i lądowanie w Warszawie. Dni: 21-szy, 22-gi, 23-ci upływają pod znakiem podróży po swoich własnych śladach – pod znakiem powrotu. Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się traktować te ostatnie dni równoprawnie – bez ujmowania im znaczenia z powodu tego, że „oto przygoda już skończona.. nic ciekawego podczas powrotu spotkać mnie nie może”..

   Co z Birmą – czy sprostała moim oczekiwaniom..? Od pierwszego dnia widać było, że jest inna od wyobrażeń o niej. Całe szczęście, że wartości żadnej z wypraw nie mierzę poziomem spełnienia oczekiwań. Wręcz przeciwnie – najbardziej wartościowe bywa to, co potrafi zaskoczyć, bo to z reguły najbardziej zapada w pamięć i serce. W przypadku Birmy najbardziej zaskakujące było to, jak ten kraj szybko się zmienia. Jak zostawia w tyle wszystkie te nieaktualne wpisy w Internecie, które cały czas tam nadal pokutują. Miało być niedostępnie – wcale nie było, miały być problemy z poruszaniem się po kraju – nie było żadnych, miało nie być bankomatów, oficjalnej wymiany etc. – wszystko to było. Oprócz tego najnowsze modele smartfonów, żywność z importu i inne atrybuty budzącego się wolnego rynku. Wszystko to w duchu przemian tak podobnych do tych, które stały się udziałem naszego kraju po 1989. Biorąc pod uwagę tę opiewaną przez internautów n i e d o s t ę p n o ś ć, już po kilku dniach było widać, że spóźniliśmy się do Birmy przynajmniej o kilka lat.. 🙂 Jedyne na co na pewno nie spóźniliśmy się, to magiczne zachody słońca. Miały być takie – i takie były.. Słońce nie bierze udziału w ludzkich przyziemnościach. Ma swój własny puls, zgodnie z którym przemierza nieboskłon – nam przez jakiś czas przydzielona zostaje tylko rola świadków tego..

   Co ze mną..? z każdej takiej wyprawy wracam odmieniony.. To była już moja ósma odsłona. Tak się złożyło, że ten rok obfitował w ciężkie sytuacje, które uparły się, żeby odciągnąć mnie od pisania – zdrowie, praca.. Przyszedł moment, w którym zorientowałem się, że nie jestem w stanie dokończyć opowieści o Birmie w zwyczajowej formule. Przez jakiś czas wręcz w ogóle ważyły się losy Viajero – myślałem o likwidacji strony i nieopłacaniu domeny na następny rok. Na szczęście zwyciężył głos wewnątrz, który zdecydował, że przecież można trochę „odpuścić” – można zmienić formułę na bardziej „impresjonistyczną”, nie opisywać wszystkiego detalicznie dzień-po-dniu, można dopuścić do głosu Kamilę, skoro jednego autora nie wystarcza. I tak też się stało – Kamila z korektora przeistoczyła się w autora tekstów na Viajero.. zyskała własny głos, a czytelnicy zyskali o jeden więcej punkt widzenia. W końcu.. po raz drugi już współtworzyła „Podróże z Viajero”, więc poniekąd można uznać to za naturalny kierunek ewolucji strony.

   Co z nami..? W tej chwili nasi agenci rozmawiają nad warunkami współpracy przy powieści „Peru i Boliwia w 25 dni” 😉

                                                   * * *

   Spisywanie tej opowieści trwało równo rok. W mroźne styczniowe przedpołudnie, kiedy piszę zakończenie, za oknem na moim patio dzwonią cichutko kupione w Bagan dzwoneczki..

Tags:

Dni 17-20 – 23-26 listopada – Bagan i okolice („szkic”)

   

Paweł “Viajero”:

   Jest grudzień 2016. Na ścianie w moim mieszkaniu jeszcze niezmieniona karta z kalendarza – „Listopad 2016”. Przypomina o tym, co działo się rok wcześniej. To już taka mała tradycja – zamawiany co roku kalendarz ilustrowany zdjęciami z ostatniej wyprawy. W tym, zamówionym po powrocie z Birmy, w listopadowym kadrze ujęcie świątyń w Bagan. Wisi i jak drobny wyrzut przypomina o tym, że opowieść o Birmie nie została jeszcze zamknięta. Mogę przyznać się sam przed sobą – trochę jak w tej piosence o Jasiu, co nie wziął śpiworka – „ja wiedziałem, że tak będzie.. ja wiedziałem..”. Czułem, ze jeśli nie zdążę z opisaniem Birmy przed wylotem do Boliwii, to tak właśnie się to skończy – „niemocą twórczą” i zwlekaniem z dokończeniem ostatniego odcinka 🙂 Do tej pory zawsze rok wystarczał, żeby przed nową podróżą dokończyć spisywanie poprzedniej. Na początku października 2016, na kilka dni przed wylotem do Boliwii nie chciałem, żeby Bagan padło ofiarą pośpiechu. Teraz z kolei widzę, że to miejsce w Birmie, które najbardziej moim zdaniem zasługuje na opisanie, pada ofiarą przepełnienia nowymi wrażeniami. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Spisywałem już gotowe opowieści dla Viajero w trakcie podróży.. pisałem na podstawie lakonicznych notatek.. opisywałem zupełnie z pamięci.. ale nigdy jeszcze nie spisywałem ich będąc już oddzielonym od tych wydarzeń zupełnie inną podróżą. Zostawiam więc na chwilę obróbkę zdjęć z Boliwii, zostawiam montowanie filmu z dżungli i pustyni solnej, przestaję myśleć o tym, jak zacząć na Viajero opowieść o Boliwii… Wracam pamięcią do tego, co działo się w listopadzie 2015 w Birmie.. oblecieliśmy już wtedy i objechali po kolei Rangun.. Ngapali Beach.. Inle Lake.. Mandalay.. tym razem wypływamy w rejs z Madalay do Bagan..

   O 6:00 podwozi nas na przystań po raz ostatni nasz niezawodny kierowca. Łódź czeka już zacumowana – spora pasażerska jednostka. Na poziomie pokładu jeden przedział ze skórzanymi siedzeniami dla około stu osób, na górze – po schodkach – zadaszona jadalnia i bar z otwartym widokiem na rzekę. Okazuje się, że jesteśmy tu jedynymi pasażerami z plecakami. Torby i walizki wszystkich podróżnych są już schowane w luku pod przednim pokładem – dokładają tam również nasze plecaki. Przyjechaliśmy na przystań czarną nocą, ale bardzo szybko po wypłynięciu zaczyna świtać. Widać porośnięte zaroślami brzegi, a w oddali spowite różową mgiełką wzgórza. W poblasku wysuwającego się zza gór słońca widać zarysy chat nad brzegiem rzeki. Początkowo oglądamy te same widoki, które widzieliśmy w drodze do Sagaing – wzgórza ze stupami i nowoczesny most z półkolistymi stalowymi ramionami wznoszącymi się od przęsła do przęsła. Po rzece płyną powoli różnej maści jednostki: promy, pogłębiarki, barki, statki pasażerskie.. od czasu do czasu jakieś czółno rybackie. Całkiem spory ruch na rzece. Słońce wschodząc daje prawdziwy pokaz dla fotografów: tarcza do połowy zasłonięta górami.. tarcza przysłonięta poziomo rozciągniętymi chmurami.. miedziana tarcza.. miedziane góry.. Teraz na prawym brzegu krajobrazowa kwintesencja Birmy. Zalesione wzgórza naszpikowane stupami.. śnieżnobiałe.. złote.. złote na śnieżnobiałych podstawach.. cała kolekcja stożków, wyrastających, jak grzyby po deszczu. Wyżej na jednym ze wzgórz rozpoznajemy chyba kompleks PoneNyaShin, w którym byliśmy przedwczoraj. Przy nabrzeżu u podnóża wzgórza widać zacumowany duży, luksusowy statek spacerowy – dwa piętra kajut i górny pokład. Takie jednostki mijają nas jeszcze kilka razy na rzece w drodze do Bagan. Myśleliśmy, że powolna podróż statkiem pozwoli nam uszczknąć trochę więcej z miejscowego kolorytu, niż lot samolotem. Pozwoli na obserwację krajobrazów i podpatrywanie ludzi. Tymczasem okazuje się, że krajobraz po obu stronach rzeki jest bardzo monotonny. Oba brzegi są płaskie, do samej wody schodzą albo piaszczyste łachy, albo zarośla wcale nie przywodzące na myśl tropikalnej roślinności. Czasem wręcz obraz tego, co dzieje się w głębi, zasłania wał przeciwpowodziowy. Trochę zawiedziony widokiem podsumowuję w myślach: „wygląda to jak rozlewiska nad Bzurą”. Rejs trwa ponad dziewięć godzin. W żadnym wypadku nie udaje nam się śledzić okoliczności przyrody przez cały ten czas, a wręcz przeciwnie – zwłaszcza końcówkę rejsu skracają drzemki. Niestety jedyną, która nie drzemie podczas tego rejsu, jest Kamila. Jakieś dwie godziny po opuszczeniu Mandalay problemy zaczynają się dosyć niewinnie – ból głowy i niewielkie mdłości. Początkowo zrzucamy to na chorobę lokomocyjną. Chociaż dziwne, bo statkiem wcale nie kołysze – płynie dostojnie po płaskiej jak stół rzece. Z upływem czasu jednak objawy przybierają na sile. Ze zorganizowanej przez załogę wycieczki do „typowej wioski nad rzeką” wycofujemy się już w pośpiechu. Kamila leci mi przez ręce i prawie mdleje. Trzeba przyznać, że załoga próbuje się nami troskliwie zaopiekować. Z apteczki zostają wydane leki na biegunkę i przeciw odwodnieniu. Niestety prawie cały czas do końca podróży Kamila spędza w swojej – jak próbujemy żartować – „prywatnej kajucie”, czyli w WC. Tym bardziej więc z widoków na Irawadi niewiele zostaje nam w pamięci. W sumie nie wiemy, co było przyczyną takiego gwałtownego ataku. Przyznaję się, że oczyma wyobraźni widziałem nas już szukających szpitala. Praktycznie do końca podróży po Birmie Kamila pozostała już taka „niewyraźna”. Dopiero po powrocie do kraju przyszło nam do głowy, że nie musiało to być zatrucie pokarmowe, ale mogły być to skutki uboczne leku przeciwmalarycznego (żeby nie zostać pozwanym nie wymieniam nazwy leku na literę „M” 😉 ). Kiedy się czyta jego ulotkę, można dojść do wniosku, że jego zażywanie jest bardziej niebezpieczne, niż sama malaria. Obiecaliśmy sobie wtedy, że nie będziemy już nigdy więcej łykać tych przeciwmalarycznych świństw.

   Na szczęście wychodzimy cało z opresji. Około 17:00 dobijamy do brzegu, na którym czekają już na pasażerów nieliczne taksówki, za to w większej obfitości drewniane dwukółki. Mijam dwukołowe bryki – nie bardzo wyobrażam sobie, że Kamila w takim stanie mogłaby jeszcze wytrząsać się w takim pojeździe. Znajduję więc taksówkę, a może bardziej taksówkarz znajduje mnie. Niełatwo, ale dochodzimy w końcu do porozumienia co do wysokości opłaty i zabieramy się z nim. Taksówkarz dba jeszcze, żebyśmy w „kapitanacie” zapłacili wjazdowe do strefy archeologicznej Bagan. Najwyższa jak dotąd w Birmie opłata – 20$ – zwiastuje najwyższego kalibru atrakcje, jakie rząd Birmy przygotował dla turystów. Lądujemy w hoteliku, w którym do końca dnia już tylko reanimujemy Kamilę gorącą herbatą.

   Trochę o Bagan, żeby wprowadzić się w klimat tego miejsca. Co można przeczytać o nim przed przyjazdem..? Królestwo Pagan (nazwę Bagan zawdzięczamy Brytyjczykom) przeżywające swój rozkwit między XI a XIII wiekiem. Król Anawrahta, taki tutejszy Mieszko I, świeżo nawrócony na buddyzm Terawada, tak się przejął nowymi naukami, że nakazał władcy sąsiedniego państwa Mon wydać wszystkie jego relikwie i święte księgi buddyjskiego kanonu 😉 Chciał w ten szczególny sposób uświetnić budowaną stolicę królestwa Pagan. Kiedy król Mon odmówił, Anawrahta najechał jego państwo, zabrał wszystkie drogocenne relikwie oraz sprowadził jeńców, wśród których byli – oprócz samego króla Mon – mnisi, architekci, budowniczowie i rzeźbiarze. To ich talenty zostały wykorzystane, aby zapoczątkować prace nad stolicą państwa Pagan. Podobno kiedy Kublai Khan najechał tę krainę pod koniec XIII w., wyznaczając w ten sposób kres prosperity, stało tu ponad pięć tysięcy różnej wielkości świątyń.

   Świątynie.. Jest ich tu ponoć teraz 2200 na 42 kilometrach kwadratowych. Po setkach, tysiącach spiczastych – w większości złotych – stup widzianych w Birmie, które można obchodzić jedynie dookoła, budowane z cegły świątynie to dla nas nie lada gratka – tak inne, tak świeże i tak ciekawe.. Od większych, do których można wchodzić do środka, do zupełnie małych, przypominających „komórki” z czerwonej cegły zagubione na pustkowiu, przy których pastuszkowie pasają swoje stada. Te, do których można wejść, mają surowe wnętrza, korytarze z reguły na planie kwadratu lub prostokąta z łukami rodem z krzyżackim zamków, a ołtarze kryją we wnękach posągi Buddy. W nielicznych świątyniach zachowały się na ścianach wyblakłe freski. Na niektóre budowle można wchodzić po zewnętrznych schodach, mają po kilka tarasów – te cieszą się największą popularnością o wschodach i zachodach słońca. Turyści lgną do nich, wspinają się na nie i biorą udział w tym darmowym spektaklu – grupy osób w milczeniu wpatrzone w tarczę słońca albo wysuwającą się, albo zachodzącą za pasmo wzgórz.

   Bagan wygląda jak miejsce, w którym niegdyś mieszkańcy wpadli w szał współzawodnictwa „kto z nas wybuduje większą i piękniejszą świątynię”. To tak, jakby w jednym mieście w Europie ludzie wpadli na pomysł, że postawią kilka tysięcy kościołów.. Dodatkowo tutaj te świątynie stoją na otwartej przestrzeni – nie są otoczone zabudowaniami. Tego np. o Bagan nie wiedziałem przed przyjazdem, ale w 1990 wojskowy rząd zadecydował o masowych wysiedleniach. Biedne wioski między świątyniami budowane z drewna i plecionych mat nie pasowały generałom do obrazu krainy mlekiem i miodem płynącej. Tak stworzono wizytówkę Birmy dla turystów – na wielkiej płaszczyźnie, która o poranku i o zmierzchu lubi spowijać się w mgłę – jakby dym z dziesiątek tlących się ognisk – wśród piaszczystych ugorów, akacjowców i gdzieniegdzie palm.. świątynie.. Tylko niewielka ich część to żyjące do dziś centra sakralne, miejsca, do których przyjeżdżają ludzie, które odwiedzane są przez mnichów. Zdecydowana większość to stojące w polu „obiekty turystyczne”.

   Nikt z nas nie pamięta już dzisiaj nazw wszystkich świątyń, które widzieliśmy w ciągu tych trzech dni – czasem po kilka razy.. Może te największe, najbardziej znane.. Ananda Temple z czterema dziesięcio-metrowymi stojącymi posągami Buddy, Shwe San Daw ze stromymi schodami i pięcioma tarasami, które turyści chętnie okupują dla najlepszych ujęć o wschodzie i zachodzie słońca.. Sulamani Temple tchnąca elegancją, czy najbardziej masywna, ale niestety pozbawiona przez trzęsienie ziemi zwieńczenia – Dhammayangyi Temple..

   To, że bohaterami następnych trzech dni będą świątynie w Bagan i my – było do przewidzenia. Ale, że bohaterem następnych trzech dni będzie też… elektryczny skuter – na to nikt z nas nie wpadł 🙂 Jest oczywiste, że aby zwiedzić tak rozległy teren, trzeba się wspomagać jakimś środkiem transportu. Gdyby nie nasi nowi przyjaciele z Poznania, pewnie nie wykroczyłbym poza pomysły z innych tego typu miejsc. Zdarzało mi się np. w Indiach zwiedzać takie kompleksy na wypożyczonym rowerze. I pewnie na coś takiego namówiłbym tym razem Kamilę. Nieźle byśmy się umordowali.. w palącym słońcu, nabijalibyśmy kilometry kręcąc noga za nogą i będąc coraz bardziej zmęczonymi. Pewnie sporo uroku ze zwiedzanych świątyń by nam to ujęło. Tymczasem za namową Małgosi i Pawła, podobnie jak oni, za osiem tysięcy kyatów od razu pierwszego dnia wypożyczamy elektrycznego rumaka. Idealne rozwiązanie w takim miejscu. Bezszelestny, mknący z prędkością do 50 km/h daje nam zupełną wolność i możliwość nieskrępowanego eksplorowania tutejszych „okoliczności świątynnych”. Co najważniejsze – nie zakłócamy spokoju sobie i innym terkotaniem spalinowego silnika. Dzięki niemu możemy wielokrotnie odwiedzać te same miejsca, ile tylko razy przyjdzie nam to do głowy. „To gdzie jedziemy teraz? Chodź pojedziemy do Shwe San Daw.. zobaczymy jak wygląda o wschodzie.. a teraz? Chodź pojedziemy zobaczyć, jak tam Ananda Temple.. widzieliśmy ją w pełnym słońcu.. zobaczymy, jak wygląda o zachodzie..”. Gdybyśmy jeździli rowerami, na pewno bylibyśmy bardziej oszczędni w szafowaniu kilometrami 🙂 Oczywiście nie od początku mkniemy te 50 km/h. Nigdy nie miałem doświadczeń z motorem i początkowo prowadzę skuter z duszą na ramieniu. Tym bardziej, że od samego początku mam pasażera za sobą. Z każdym kilometrem nabieram jednak ogłady. Po południu pierwszego dnia, jak inni kierowcy, używam już co chwila klaksonu i przeciskam się między samochodami i innymi motorami 🙂 Kilka razy, między świątyniami mamy też odcinki off-road’owe. Nie do wszystkich świątyń daje się dojechać asfaltem. Na piaszczystych drogach taki nowicjusz, jak ja, musi podwójnie uważać. Parę razy udaje mi się zakopać skuter w piachu. A mój sposób na wyciąganie ciężkiej maszyny doprowadza Kamilę ze śmiechu do łez – stojąc obok skutera, pokręcam manetką gazu tak, żeby motor „sam” wydobył się z piachu, przy okazji nie wyrywając mi się z rąk. Kiedy tracę kontrolę, skuter ciągnie mnie za sobą, jak duży pies swojego właściciela 🙂 Raz z kolei, kiedy jedziemy przez wieś poza głównymi szlakami, po wyjątkowo piaszczystym podłożu, ktoś zza płotu woła do nas „where are you going!?!” (pewnie myśląc, że się zgubiliśmy). W tym momencie skuter ponosi nas jak rumak, który zerwał się do ucieczki. Nawet nie mogąc odwrócić się w stronę rozmówcy rzucam tylko przez ramię „we don’t know!!”. Śmiejemy się do rozpuku, uważając, żeby tylko nie wywalić się na piachu 🙂 Tak.. zdecydowanie elektryczny skuter jest bohaterem tych trzech dni w Bagan 🙂 Raz tylko nas zawodzi, bo nie naładowano go należycie. Przez ostatnie kilometry powrotne do bazy niewiele już można z niego wydusić, a ostatnie kilkaset metrów to ja go pcham.. 🙂

   Tak to wyglądały nasze trzy dni wolności w Bagan – wiatr we włosach i rozkoszna dowolność zwiedzania – nieuporządkowana kolejność, możliwość wracania, powtarzania.. na impuls.. bez planu..


 

Kamila:

   Przeczytałam powyższy tekst Pawła o Bagan i łzy popłynęły mi z oczu.. Łzy wzruszenia.. że doświadczam tak magicznych widoków.. że bywam w takich niezwykłych miejscach w Dalekim Świecie.. Łzy radości.. że tak mocno i tak skutecznie przekroczyłam własne granice.. że jeszcze trzy lata temu „ja w Dalekim Świecie” było niemożliwe do realizacji.. że mojemu Partnerowi zawdzięczam te podróże.. że kiedyś podjął wyzwanie zabrania ze sobą mnie – kompletnie zielonej i przerażonej – w Daleki Świat.. Łzy tęsknoty.. za Bagan..

   To absolutnie magiczna kraina.. tysiące świątynnych wież z czerwonej cegły.. wystających z drzew.. czasem wśród unoszącej się lekkiej mgły.. Widoki uzupełniają pasma górskie w tle, a czasem rzeka.. To wygląda jak z bajki.. I chociaż spędzamy tam trzy dni, to nie mam poczucia przesytu lub znudzenia.. Miejsce jest tak inne niż reszta Birmy..

   Mamy do czynienia z kilkoma „tradycyjnymi” złotymi stupami i udajemy się je obejrzeć, ale teraz nie robią już na nas takiego wrażenia i nie wydają się być szczególnie atrakcyjne.. Atrakcyjne są historyczne ceglane budowle w ruinie, które przeważają w krajobrazie.. Zaniedbane, opuszczone, zniszczone przez trzęsienia ziemi (ostatnie znaczące w 1975).. Miejsce uważane niegdyś za święte, straciło jednak na znaczeniu.. Na dużą skalę odbudowano je w latach 90 ubiegłego wieku, ale jakość prac konserwatorskich pozostawia wiele do życzenia.. Budowle są głównie z czerwonej cegły, ale prawdopodobnie kiedyś były otynkowane.. Wnętrza są ceglane, surowe i zakurzone.. ale prawdopodobnie kiedyś malowidła zdobiły ściany.. Na podłogach pył i odłamki cegieł.. może kiedyś lśniły.. Kilka świątyń, które wciąż pełnią swoją rolę, wygląda zupełnie inaczej, są zadbane, malowane i pełne tubylców.. w ceglanych ruinach spotykamy raczej turystów..

   Obserwujemy tubylców.. zaglądamy kucharkom do garnków, przyglądamy się, jak przygotowują orzech, abym mogła wypić z niego wodę kokosową przez słomkę, trafiamy na miejscowe święta, patrzymy na narodową grę mężczyzn przy rytmach orkiestry na żywo – wygląda nieco jak nasza gra w zośkę.. Robię zdjęcia miejscowym.. a oni robią sobie zdjęcia ze mną 🙂

   Na uwagę zasługuje fakt, że spotykamy parę razy birmańskie kobiety sprzedające pamiątki, które.. mówią kilka słów po polsku.. i nie są to tylko podstawowe „dzień dobry” i „dziękuję”.. pada na przykład „leżący” (trudne słowo 🙂 ) – to o posągu leżącego Buddy ukrytym w jednej z budowli.. Ku naszemu zaskoczeniu jedna z kobiet rozpoznaje język polski przysłuchując się naszej rozmowie 🙂 Ciekawe są także malowane na potrzeby turystów obrazy z piasku.. W pobliżu świątyń obserwujemy jak miejscowi tworzą tło wysypując piaskiem z rzeki posmarowane klejem płótno, a potem malują na takim tle obrazy.. głównie bardzo dla nas orientalne sceny dotyczące tutejszych wierzeń, a także widoczki z Bagan oraz mnichów.. Niektórzy nie używają sztucznych barwników i wszystkie kolory na ich dziełach wynikają jedynie ze sproszkowanych, utartych w moździerzu kamieni.. Obrazy są piękne.. kupujemy je dla siebie, i kilka mniejszych dla przyjaciół..

   Obserwujemy turystów.. śmieję się na widok pary, która po wyjściu ze świątyni siada i przy pomocy mokrych chusteczek dokładnie wyciera bose stopy.. „są w Birmie chyba pierwszy dzień 🙂 🙂 :)”. Ja też przez pierwsze dni z dużym zaangażowaniem zużywałam mokre chusteczki w tym celu.. wszędzie trzeba zdjąć buty.. czy to czynna złota stupa, czy zapylone, brudne ceglane świątynie Bagan.. i choć stopy w Bagan są milion razy brudniejsze niż w przypadku zwiedzania poprzednich złotych obiektów, to po tylu dniach w Birmie i po tylu odwiedzonych świętych miejscach.. po prostu nie chce się kilka-kilkanaście razy dziennie wykonywać procedury z chusteczkami 🙂

   Skuter jest źródłem wielu emocji, a najwięcej przynosi radości 🙂 Bo daje wspomnianą przez Pawła wolność, oraz dziesiątki zabawnych sytuacji 🙂 Jeździmy całe dnie i wieczory.. po asfalcie i po piaszczystych dróżkach.. uczymy się zachowań na tutejszych drogach i orientacji w terenie.. oglądamy świątynie, które podpowiada nasz przewodnik, oraz te, które nas przyciągają z daleka swoją aparycją, próbujemy odnaleźć jakieś konkretne, studiujemy mapę.. odkrywamy zakątki Bagan, odkrywamy maleńkie urocze świątynie.. znajdujemy „naszą” – taką, która zagrała nam w sercach.. nie ma jednej ze ścian zewnętrznych (prawdopodobnie to skutek trzęsienia ziemi), ołtarz z siedzącym Buddą z twarzą skierowaną wprost na przestrzeń, pola, drzewa, wiatr.. Świątynia wygląda niezwykle bez tej ściany.. Nazywa się Patha Da Temple..

   Czas w Bagan to beztroska, mnóstwo radości ze swobodnego eksplorowania miejsca, i mnóstwo, mnóstwo wygłupów i śmiechu.. 🙂

   Gdy opuszczamy Bagan – nasz samolot startuje o zachodzie słońca, a ja przez okno podziwiam w tym świetle tysiące świątyń, coraz mniejszych, coraz dalszych.. w tle Irawadi i górskie pasmo.. Bajkowo..

Tags:

Dni 15-16 – 21-22 listopada – Okolice Mandalay („szkic”)

   

Paweł “Viajero”:

   Trzy stolice Birmy – taki jest plan na dzisiaj. Trzy miejscowości położone na południe i południowy-zachód od Mandalay, które w różnych okresach historycznych pełniły rolę stolicy królestwa Birmy. Kierowca ustala z nami kolejność, uzależniając ją od tego, czy chcemy – jak większość turystów – zobaczyć most U Bein w Amarapura o zachodzie słońca. Jeśli tak, to w pierwszej kolejności jedziemy do Sagaing – położonego najdalej od Mandalay, potem poprzez Inwa, będziemy cofać się do Amarapura i wrócimy do Mandalay.

   Zanim wyjedziemy z miasta, nasz kierowca wiezie nas do Mahamuni Paya. Ponoć obowiązkowy punkt na szlaku. Można podziwiać tu najważniejszy w Birmie posąg Buddy. Jego znaczenie wynika z tego, że jest to podobno jedyny prawdziwy wizerunek. Miał być wykonany za życia Oświeconego i on sam miał do niego pozować. Czterometrowa sylwetka Buddy wykonana z brązu siedzi na tronie w stroju birmańskich władców. Do dzisiaj brązowa pozostała jedynie twarz, cała reszta posągu – na modłę birmańską – została oklejona przez stulecia złotymi płatkami zatracając swój antropomorficzny kształt. Cała ta góra brązu i złota waży już ponad 12 ton.

10-02-maha2
   Znowu zostawiamy buty w taksówce i ruszamy do świątyni. Najpierw długa alejka, przy której nie tylko tradycyjne sklepiki, ale także warsztaty, w których wyrabia się różne dewocjonalia. Po lewej stoisko pełne marmurowych Buddów, po prawej manufaktura dzwonów, dzwonków i innych płaskich talerzy-gongów. Właśnie odbywa się kucie i „strojenie” jednego z nich. Wchodzimy w obręb zabudowań wokół świątyni. Dziedziniec otaczają pomniejsze budynki. W każdym z nich coś ciekawego do zobaczenia. Posąg trzygłowego słonia z brązu. Najwyraźniej wszyscy dotykają go na szczęście – dokładnie widać, gdzie jest głaskany – czoło i kły są lśniące, reszta równo pokryta patyną. W innym pawilonie dwa posągi w tradycyjnych strojach podtrzymują duży płaski gong. W głębi dziedzińca taki sam, tylko olbrzymi, mający pewnie ponad cztery metry, pokryty wypukłymi odlanymi birmańskimi „robaczkami”. Obok mała kapliczka-łaźnia, gdzie każdy może polać wodą posążek Buddy z właściwym – dla dnia swoich urodzin – dniem tygodnia. Dni wypisane po birmańsku i – trochę z błędami – po angielsku.. W innej części dziedzińca obowiązkowe tu w świątyniach mniejsze, klasyczne dzwony, w które większość przechodzących uderza końcem grubej, jak męski biceps, gałęzi. W jednym z przylegających do dziedzińca budyneczków zaskoczenie – kolekcja dużych olejnych obrazów. Historie z życia birmańskich królów i świętych. Docieramy w końcu do głównego korytarza, w perspektywie którego widać słynny posąg. Kobiety modlą się na posadzce przed wnęką, w której znajduje się tron Buddy. Mężczyźni uwijają się wokół posągu naklejając złoto w płatkach. Modlących się jest tyle, że nie za bardzo można podejść bliżej. Kto ma daleko, może „transmisję z naklejania” oglądać na dużych monitorach. Z lewej strony krypty rusza właśnie mała kolorowa procesja. Wygląda to jak pierwsza komunia. Sznureczek małych Birmańczyków płci obojga ubranych w jaskrawo-czerwone stroje, ociekające złotymi zdobieniami. Za nimi rodzice, odświętnie ubrani, niosący misy z kwiatami..

   Po drodze, skoro już tu jesteśmy – mówi nasz taksówkarz – zobaczymy manufakturę posągów z brązu. Zajeżdżamy pod posesję, na której pod chmurką są porozstawiane wielkie rzeźby na różnych etapach produkcji. Ile trzeba mieć wyobraźni przestrzennej, żeby wpuszczając roztopiony metal między dwie warstwy gipsu uzyskać posąg albo Buddy, albo narodowego bohatera – generała Aung San (ojca Suu Kyi). Oczywiście wstępnie odlana bryła nie jest od razu gotowym lśniącym posągiem – w ruch idą potem młotki, dłuta, a następnie elektryczne szlifierki, ale sam proces odlania jej nadal jest fascynujący..

10-04-sag1
   Sagaing – droga do niego wiedzie wzdłuż rzeki. Leniwie płynącą Irawadi ciągną barki oraz mniejsze i większe łodzie. Przy brzegu w wielu miejscach pracują pogłębiarki. Być może wydobywany piasek jest jakimś „surowcem” i nie tylko o regulowanie biegu rzeki chodzi. Widok po drugiej stronie Irawadi wygląda, jak „uprawa stup”. Cały przeciwległy brzeg to zalesione niewysokie wzgórza, z których wyrastają złote i białe stupy różnych wysokości. Wygląda, jakby ktoś podlewał to miejsce i one wyrastały, jak grzyby po deszczu. Coś zresztą w tym jest – grunt wiary jest tu tak silny i to on wypycha je na powierzchnię, a potem ku górze. W perspektywie, w dole rzeki widać dwa mosty – metalowe konstrukcje, z których młodszy, większy wygląda jak faliste tory dużego rollercoaster’a. Przejeżdżamy przez niego i zaczynamy się wspinać się pod górę..

   Jedziemy przez miejscowość – bardziej wioskę, niż miasteczko. Drogą chodzą całe „watahy” małych mnichów ubranych w różowe szaty. W zielonych okolicznościach przyrody, po obu stronach jezdni klasztorne zabudowania pełne mnisiej młodzieży. Bardzo wdzięczny „plan fotograficzny”. W Sagaing mamy do zobaczenia dwie świątynie. Pierwsza z nich to OoHminThoneSel Pagoda – znana z 45 posągów Buddów siedzących półkolem pod arkadami. Pawilon z nimi zdobny jest w różnokolorowe kafle na podłodze i mozaikę z lusterek na zielonych ścianach. Budda siedzący centralnie jest odrobinę wyższy i ma zdobioną płaskorzeźbę-tron. W równych półkolach po prawej i po lewej siedzi po dwadzieścia dwa odrobinę niższych klonów. Dla nas ta świątynia będzie pamiętna jeszcze z jednego powodu 🙂 W podcieniach jest dosłownie kilka osób oprócz nas – na palcach ręki można policzyć. Kamila poluje na swoje zdjęcie „45 Buddów bez ludzi”, a ja stoję w pobliżu centralnego posągu. Nagle drugi raz podczas naszego pobytu w Birmie słyszę polski język. Kobieta mówi do swojego męża: „ciekawe, dlaczego ten jest większy od pozostałych?”. Pozwalam sobie na mały żarcik i stojąc tuż obok niej mówię „nikt nie wie dlaczego..”. Zaskoczenie po jednej stronie, uśmiechy po obu. Kwitujemy to żartobliwym stwierdzeniem, że „może to jakiś szef..” i że „zawsze jakiś musi przecież być..” 🙂 Rozchodzimy się w swoje strony. Wygląda to na krótki polonijny epizod-incydent, ale życie lubi płatać figle..

10-05-sag2
   Druga świątynia to SoneOoPoneNyaShin Pagoda – chyba zdecydowanie większe centrum sakralne. Dużo pielgrzymujących, kadzidełka, dary z owoców i sznurów kwiatów u stóp wielkiego siedzącego posągu Buddy z białego marmuru. W obrębie zabudowań centrum stanowi oczywiście wysoka złota stupa. W tym miejscu pada „historyczne zdanie”, które potem będziemy ze śmiechem wspominać. Noszę aparat w plecaczku. Staramy się nie biegać cały czas z aparatem w dłoni. Kiedy pojawia się coś ciekawego, jakiś przyciągający plan, pada z reguły pytanie „wyciągnąć aparat?”. I tutaj pierwszy raz w Birmie na takie pytanie pada odpowiedź „nieeeee…”. Po sfotografowaniu miliona złotych stup zdecydowanie podnosi nam się już poprzeczka.. 🙂

   Inwa – druga stolica. Przeprawiamy się przez rzekę – dopływ Irawadi. Nasz taksówkarz pokazuje nam małą łódź i tłumaczy, że mamy się nią przeprawić do Inwa, a tam przejmie nas „gang dorożkarzy” 🙂 Mieszkańcy wioski wykorzystują odizolowane położenie na cyplu u zbiegu dwóch rzek i tworzą mały „kartel turystyczny”. Nie można tu dojechać samochodem. Jedyne nieduży prom zasila to miejsce w turystów. Na brzegu czeka już dosłownie kilkadziesiąt dwukołowych dorożek. Prymitywne konstrukcje na drewnianych dużych kołach nie mają nawet opon. Solidarność wioskowego kartelu jest nawet godna podziwu, „kierowcy” nie chcą udzielać żadnych „rabatów”. Plan jest sztywno zarysowany – „10 000 kyatów, cztery miejscowe atrakcje, 2 godziny.. ani minuty dłużej, bo będzie drożej..” 🙂 No cóż, musimy przystać na te warunki. Ciekawa przygoda, bo za cały dzień obwożenia nas po okolicy Mandalay nasz kierowca umówił się z nami na 30 000 kyatów. Ci biznesmeni, za dwie godziny obwożenia nas wozem bez opon po wiosce chcą (i dostaną) 10 000. Gdyby nie tych kilka zabytków rozsianych po okolicznych polach, nikt nie dopatrzyłby się w wiosce byłej stolicy Królestwa Birmy.

   W pierwszej kolejności jedziemy do drewnianego klasztoru Bagaya Kyaung. Można obejść go tylko dookoła po drewnianym pomoście na palach. Z tej perspektywy widać okoliczne pola ryżowe i piękne nietypowe palmy o bardzo wysokich karbowanych pniach i niedużych pióropuszach na samej górze. Na chwilę tylko łamię zakaz wchodzenia do wnętrza świątyni. Z jednej z bocznych sal dochodzą dźwięki recytacji mantry. Zaglądam ciekawie – mali mnisi mruczą coś w kółko gardłowo pod nosem przed siedzącym przed nimi wiekowym nauczycielem – również w mnisich szatach..

10-06-inw1
   Drugi z czterech na naszej trasie „obiektów”, to niewielki kompleks kilku ceglanych stup – Yadana Hsemee Pagoda Complex. Stupy kompletnie inne od dotychczasowych – z czerwonej cegły. Przypominają klimatem odległą o ponad 1000 kilometrów stąd starą stolicę państwa Tajów – Ayutthayę. Do następnego – trzeciego – miejsca jesteśmy wiezieni przez zagajnik bananowców – ku walącej się wieży Nanmyin Tower, jedynej pozostałości po pałacowych zabudowaniach. Budynek wygląda jak birmańska „krzywa wieża w Inwie”. Co jakiś czas dzieci na rowerach próbują nam sprzedać jakieś rękodzieła. Ciekawostka – dwukółka przed nami jest „oblężona” przez dwie małe Birmanki na rowerach, które płynnie rozmawiają po francusku z jadącymi nią turystkami. Kończymy przejażdżkę po wioskowych zabytkach pod całkiem okazałą budowlą – ni to świątynia, ni to mauzoleum Maha Aung Mye Bonzan. Można ją obejść dookoła, można przeniknąć do środka, do wysokich pomieszczeń na piętrze. Jej surowe wysokie wnętrza i korytarze łączące komory przywodzą na myśl grobowce Egiptu – brakuje tylko kolorowych fresków i hieroglifów na ścianach..

   Amarapura – i jej najdłuższy tekowy most na świecie – drewniana konstrukcja tylko dla pieszych – U Bein. Klasyczna opowieść o tym, jak to zdjęcia nie tylko nigdy nie oddadzą klimatu miejsca, ale też o tym, jak sprawnie potrafią go nieraz zafałszować. Przed wyjazdem człowiek widzi zdjęcie drewnianego mostu.. po którym w zadumie przemieszcza się mnich w purpurowych szatach.. wokół cisza, spokój.. wszystko to w blasku ostatnich promieni zachodzącego słońca, które w kadrze tonie dokładnie za mostem.. Człowiek widzi taki obrazek, jego wyobraźnia zostaje zapłodniona i już, już chce jechać do Birmy.. 🙂 Co jest z tym zdjęciem nie tak?? Otóż gdyby teraz odsunąć plan.. oddalić zbliżenie, okazałoby się, że na moście oprócz mnicha jest jeszcze parę tysięcy turystów, z których każdy przyjechał zobaczyć zachód słońca na moście. Przyjechali tutaj sami, taksówkami lub zostali przywiezieni autokarami. To jedyne miejsce w Birmie, w którym natknęliśmy się na autokary z turystami. Turyści są nie tylko na moście. Kto chce mieć zdjęcie z nim i z zachodem słońca musi zejść na pole poniżej. O tej porze roku nie cały obszar pod nim jest zalany odnogą rzeki. Można zejść na rżysko i tam czekać na ujęcia z mostem i słońcem topiącym się za nim. Mało tego – jest specjalny przemysł w postaci łodzi, których kilkanaście wypływa co wieczór na plan zdjęciowy, żeby zapewnić turystom jak najlepsze zdjęcia drewnianej konstrukcji z zachodzącym słońcem w tle.. Przybliżmy więc i my plan.. zróbmy zbliżenie.. a nuż uda się w przerwie między tłumem zrobić zdjęcie mnicha – kamera! jest! „mamy go!”.. Kamili udaje się zrobić zdjęcie. No cóż – zdjęcie też zrobiliśmy, ale przynajmniej ostrzeżemy Was.. żebyście nie brali tego zdjęcia zbyt dosłownie.. pamiętajcie o paru tysiącach turystów.. autokarach.. łodziach.. kiedy będziecie jechali zobaczyć zachód słońca na moście U Bein.. 🙂
10-07a-amar1
   Czwarta stolica – Mingun. To jest plan na kolejny dzień w Mandalay. Mingun jest położony w przeciwną stronę niż wczorajsze trzy stolice. Rano nasz taksówkarz wiezie nas na przystań. I tu niespodzianka. Spotykamy tę samą parę, którą widzieliśmy wczoraj u 45-ciu Buddów w Sagaing. Tym razem to już nie będzie „para mówiąca po polsku”, ale Małgosia i Paweł z Poznania, z którymi spędzimy z przyjemnością pół dnia płynąc do Mingun i rozmawiając.. zwiedzając Mingun i rozmawiając.. i wracając z Mingun i rozmawiając.. Mało tego – nie wystarczy nam tej połowy wspólnie spędzonego dnia i umówimy się z nimi na kolację. Zaprowadzą nas wieczorem do swojej ulubionej jadłodajni ulicę dalej od ich hotelu. Będziemy rozmawiać, dowcipkować.. jak zwykle z naszej strony rozmowna będzie najbardziej Kamila – z ich strony duszą towarzystwa będzie Paweł 😉 Jechaliśmy tysiące kilometrów z Poznania i Warszawy, żeby zderzyć się ze sobą w Mandalay.. Takie oto zrządzenie losu. Może kiedyś spotkamy się jeszcze raz w Dalekim Świecie – kto wie..?

   Tymczasem jakie było samo Mingun? Znowu wioska, ale na szczęście tym razem do zobaczenia na piechotę. Główną atrakcją są ruiny niedokończonej stupy Pa Hto Taw Gyi, która w czasach kiedy powstawała miała być największą budowlą ówczesnego świata (w planach 170 m). Jej budowę rozpoczął w 1790 król Bodawpay. Jak donosi legenda, budowy zaniechano kiedy wróżbita przepowiedział królowi, że ten umrze wkrótce, kiedy ją dokończy. Cóż, umarł i tak.. mógł chociaż dokończyć „obiekt”. Do naszych czasów pozostała olbrzymia podstawa, na której miano wznosić kolejne stopnie stupy. Można się na nią wdrapać, choć oczywiście zabrania tego tabliczka na dole. Nie jest to proste, tym bardziej, że trzeba to zrobić na bosaka. Gdzieniegdzie trzeba dawać dużego susa w miejscach, gdzie trzęsienie ziemi zrobiło w masie cegieł niezłe szczeliny. Widok z samej góry na rzekę wynagradza wspinaczkę. Cóż, jeszcze trudniejsze od wspinaczki okazuje się złażenie w dół z tej kilkunastopiętrowej kupy cegieł.. 🙂

   Drugie „naj” w Mingun to największy dzwon – Mingun Bell. Źródła nie są zgodne, tylko według niektórych miałby to być największy działający dzwon na świecie. Naj, czy nie naj – waży ok. 90 ton, zewnętrzna średnica prawie 5 m, wysokość prawie 4 m. Można wejść do jego wnętrza podczas kiedy ktoś z zewnątrz belką może uderzać, żeby wydobyć dźwięk. Wchodziliśmy wszyscy.. 🙂
10-08-ming1
   Trzecie „naj” nie ma związku z rozmiarem – to moje osobiste „naj” z Mingun. Odbiega od kanonów architektonicznych Birmy. Wygląda jak śnieżnobiała mandala. Siedem poziomów-tarasów z krużgankami wyglądającymi trochę jak wyciśnięty krem na torcie.. wewnątrz małe Birmanki próbujące sprzedać girlandy kwiatów za „one dolar”.. I jeszcze starszy mężczyzna uśmiechający się od ucha do ucha, potrząsający nam ręce w szczerym geście i wołający „Welcome to Myanmar”.. 🙂 (a na zdjęciu w prawym dolnym rogu – Małgosia i Paweł z Poznania.. 🙂 )

         

Kamila:

Mingun
   A raczej podróż do Mingun – to znów sposobność obserwacji świata jakże innego niż nam znany.. Port na rzece.. pełen statków, stateczków i łodzi.. zacumowane w kilku liniach i żeby wejść na tą najdalszą, trzeba przejść przez pokład tych bliżej brzegu.. Lądowa część portu to piasek po kostki i błoto.. wszystko pełne śmieci.. ciekawe są również wejścia na statki i łodzie czyli trap.. trap to wąska deska lub równie wąski okrągły pień drzewa.. z jednej strony oparty o ziemię na brzegu, z drugiej oparty o burtę.. miejscowi z pakunkami śmigają po tych trapach bez trzymanki.. przy turystycznych łodziach luksusowa pomocna poręcz – kolejny okrągły znacznie cieńszy pień drzewa trzymany na obu końcach przez mężczyzn z obsługi statku, oni także służą turystom podając wspierająco dłoń 🙂 Ogólnie port to śmieci, brud i ogromny chaos.. Podczas rejsu dobrze widać życie na rzece.. mnóstwo łodzi.. większość z nich to łodzie transportowe wypełnione beczkami, drewnem, workami.. na piaszczystych brzegach i wysepkach .. maleńkie chatki z drewnianych pali, o ścianach i dachach ze słomianych mat.. wokół dzieci, bydło, suszące się pranie..

   W Mingun głównie jesteśmy zajęci naszym nowym towarzystwem.. i to jest największa atrakcja wycieczki – Małgosia i Paweł z Poznania.. rozmawiamy, robimy sobie wzajemnie zdjęcia, rozmawiamy, siedzimy razem w barze, rozmawiamy, wspinamy się na Pa Hto Taw Gyi, rozmawiamy.. siedzimy razem na statku podczas rejsu tam.. rozmawiamy.. i z powrotem.. rozmawiamy 🙂 Dzień jest wyjątkowo gorący.. Wszyscy jesteśmy mokrzy od potu..
10-09-ming2
   Podoba mi się wielki dzwon, zawieszony nad ziemią.. przyginając mocno plecy można do niego wejść.. jeszcze nigdy nie słuchałam bijącego dzwonu będąc w jego wnętrzu.. Robi wrażenie 🙂 To dzwonne ukoronowanie tej podróży po Birmie.. Już od pierwszego dnia walę drewnianymi palem we wszystkie niemal napotkane w każdej świątyni dzwony.. na wzór tubylców.. Ogromnie mi się to podoba.. Jestem twórcą dźwięków, które słyszą wszyscy wokoło.. takich publicznych świątynnych dźwięków.. Walnięcie w tego olbrzyma.. Coś naprawdę niesamowitego 🙂

   Po powrocie z Mingun – wieczorem podoba mi się także wspólne z Małgosią i Pawłem z Poznania wyjście na kolację.. To wieczór kompletnie inny niż pozostałe podczas wyprawy.. Jest ciekawie, wesoło i nawet piję miejscowe piwo do kolacji – nakłoniona przez nich, choć tak w ogóle nie pijam piwa.. 🙂 Odczuwam kompletne nienasycenie towarzystwem, ale wieczór się kończy, a nasze drogi rozchodzą.. Wymieniamy się poradami na dalszą podróż – oni jadą tam, gdzie my już byliśmy, my podążamy ich śladami..

   Pomiędzy rejsem do Mingun a kolacją z Małgosią i Pawłem z Poznania jest tego dnia jeszcze coś cudownego.. Shwe In Bin Monastry.. jeden z tych klimatycznych starych buddyjskich klasztorów w drewna tekowego.. Siadamy w cieniu na tarasie.. i spędzamy tam kawał dnia.. Siedząc i chłonąc miejsce.. Przychodzi do nas kot.. który najpierw ostrożnie nas obwąchuje.. i tak krok po kroku.. minuta po minucie.. w końcowej scenie leży wtulony w kolana Pawła.. Robię foto-sesję tej uroczej scenie 🙂 Potem pojawia się młoda para ze świtą fotografów, oświetleniowców i wizażystek.. oni także mają foto-sesję w scenerii drewnianego klasztoru.. Oboje w błękitach przełamanych delikatnym różem.. Ona wygląda jak księżniczka z bajki, z lekkim tiulowym trenem i parasolką od słońca.. On.. nieco śmiesznie jak na nasze standardy.. w tych kolorach, w spódnicy i w dziwnym nakryciu głowy.. Udaje się pstryknąć parze kilka zdjęć 🙂 Potem pojawia się mnich.. Mnisi wciąż są ekscytujący, bo tacy egzotyczni.. nie „nasi”.. Ten.. zaczyna z nami rozmawiać!! Pyta skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy.. a na hasło „Poland” zaczyna mówić o katastrofie lotniczej 5 lat temu.. Zaskakujące skojarzenie, jak dla mnie, ale oczywiście trafne.. Mówi też o kocie, że ten lubi obcokrajowców 🙂 Gdy już po długich godzinach postanawiamy opuścić klimat klasztoru (prawdopodobnie z głodu) obchodzimy go jeszcze wokół, przechadzamy się pod podłogą – wzniesiony jest na palach.. Spotykamy ponownie mnicha i on zgadza się zapozować ze mną do zdjęcia.. Tym razem Paweł robi mi foto-sesję z mnichem.. 🙂
10-10-shwe

Tags:

Dni 13-14 – 19-20 listopada – Mandalay („szkic”)

   

Paweł “Viajero”:

   Droga do Mandalay – w końcu mam swoją „prawdziwą Birmę”. Mam to, co lubię najbardziej, czyli „dzień w drodze” 🙂 250 kilometrów, które pokonujemy nie w kilkadziesiąt minut podziwiając zielony górski dywan z góry, ale przedzierając się 8 godzin busikiem. Przez pół dnia zjeżdżamy z wysokości 1200 metrów n.p.m praktycznie na poziom morza. Góry są porośnięte gęstym lasem – widok urozmaicają dziko rosnące bananowce. Cały czas w dół, serpentynami po wąskim asfalcie, który miejscami – dziurawy – dosyć płynnie przechodzi w żwirowe, czy piaszczyste pobocze. Drogi niszczone przez wilgotny klimat i ciężkie ciężarówki. Kilka razy widzimy miejsca, gdzie asfalt jest naprawiany. W niewielu krajach na świecie można chyba zobaczyć takie techniki kładzenia nawierzchni. Wszystkie prace prowadzone są ręcznie. Kamienie, żwir, piasek – wszystko to noszone jest ręcznie w czymś, co przypomina patelnie do płukania złota. Asfalt rozpuszcza się w beczkach nad ogniem i również wylewa ręcznie.. Stopniowo górzysty krajobraz ustępuje wyżynnemu. Teraz za oknem coś, co przypomina sawannę. Trawy, jak okiem sięgnąć i rosnące wyspowo akacjowce. Potem w ten krajobraz zaczynają się wdzierać pola uprawne, aż w końcu docieramy na przedmieścia Mandalay..
09-01-mand1

   Mandalay – regularne miasto, acz z niską zabudową.. bez wielkomiejskiego klimatu, schludne i dużo czystsze od Rangunu. Poruszanie się ułatwia sprytny pomysł z numeracją ulic. Niejedno miasto na świecie ma aleje i ulice z numerycznymi nazwami. Tutaj dodano jeszcze to, że numerację poniżej 50 mają ulice biegnące równoleżnikowo, zaś powyżej 50 ulice biegnące południkowo. Wystarczy pokazać taksówkarzowi lub właścicielowi skutera dwa skrzyżowane palce i rzucić dwie liczby – bez innych zbędnych słów, żeby ten nie miał wątpliwości, dokąd chcesz jechać. Dodatkowo jeśli pamiętasz wzrokowo z mapy, że numeracja ulic rośnie na południe i na zachód, to nawet gdy spacerując po mieście pomylisz kierunki, natychmiast odzyskujesz orientację w terenie mijając dwa kolejne skrzyżowania.

   Pierwszym punktem „programu” jest maleńka świątynia hinduistyczna. Przywodzi na myśl wspomnienia z Indii i jest miłą odmianą po milionie stup, które zdążyliśmy już zobaczyć w Birmie 🙂 Wielostopniowa kolorowa fasada pełna hinduskich figur, wewnątrz zapach kadzideł, jarmarcznie poubierane porcelanowe lalki hinduskich Bogów w bocznych nawach i mała dziewczynka, która nie chce wyjść z rodzicami, tylko nie odstępuje na krok Kamili..

   Spod świątyni chcemy dostać się na wzgórze górujące nad północno-wschodnią częścią miasta. Mamy ochotę zobaczyć Mandalay z tej perspektywy. Na szczycie wzgórza znajduje się też świątynia Sutaungpyae Paya – ważny ośrodek kultu religijnego i cel pielgrzymek birmańskich buddystów. Wiemy z przewodnika, że można dostać się samochodem na samą górę. Nie chcąc tracić energii, która przyda nam się przez cały dzień zwiedzania – szukamy taksówki. Niestety cena jest albo zaporowa, albo trafiamy na taksówkarzy, którzy ni w ząb nie rozumieją po angielsku. Idąc na piechotę w kierunku wzgórza udaje nam się w końcu zatrzymać taksówkarza, z którym spędzimy – lub tylko na chwilę widywać się będziemy – cztery kolejne dni. Miły starszy pan, który nie tylko wozi nas taksówką, ale samorzutnie pełni rolę naszego przewodnika po highlight’ach Mandalay. Jeśli po drodze do celu, który my wyznaczamy, jest jeszcze coś ciekawego, sam proponuje, że zatrzyma się, poczeka, żebyśmy tylko mogli to zobaczyć. W ten sposób nasza wizyta w Mandalay staje się pełniejsza. Pan w jasnej czapce-leninówce, dużych rogowych okularach już od samego rana będzie nas witał szerokim uśmiechem otwierając dla nas przesuwane drzwi swojej małej Toyoty – pamiętamy go do dziś..

09-02-mand2
   Tymczasem wspinamy się taksówką na Mandalay Hill. Dobrze, że wjeżdżamy, bo widok specjalnie nie wynagradzałby długotrwałej wspinaczki. Rozległa, płaska dolina z płynącą leniwie Irawadi, miejscami jej rozlewiska, w oddali na wschodzie i na zachodzie pasma wzgórz, a u samych stóp Mandalay Hill – miasto. Ten widok specjalnie nie porusza.. Ale w topografii miasta wyróżnia się wielki kwadrat terenów Pałacu Królewskiego, otoczony wysokim i grubym murem oraz szeroką fosą o boku przynajmniej 2 kilometrów. Na pewno tam będziemy.. Ciekawsza od widoku na miasto okazuje się świątynia na szczycie. Jak wszystkie religijne przybytki otoczona „pasażem handlowym” z dewocjonaliami.. ale nie tylko.. Takiego wystroju świątyni jeszcze nie widzieliśmy – cała pokryta jest mozaiką z różnokolorowych lusterek osadzonych w miedzianych płytach. Trzeba tylko strasznie uważać, bo można się poślizgnąć i zabić chodząc boso na śliskiej posadzce..

   Zjeżdżamy na dół. Prosimy kierowcę, żeby zawiózł nas do drewnianego klasztoru Shwenandaw Kyaung. Po drodze sam proponuje, żebyśmy jeszcze zobaczyli ciekawą świątynię Kuthodaw Pagoda. Centralna złota stupa otoczona jest wieloma rzędami śnieżnobiałych identycznych „kapliczek”. Rzędy tworzą coraz większe kwadraty wokół stupy. Do wnętrza kapliczek można zajrzeć przez otwory na każdej ze ścian. Wewnątrz każdej małej budowli kamienne 1,5 metrowe stele pokryte drobnymi inskrypcjami. W przewodniku czytamy, że to „najdłuższa książka na świecie”. 730 stel, 1460 stron „książki”, na której maczkiem zostały wykute buddyjskie teksty. Na terenie jeszcze jedna atrakcja – jak z dumą donosi tabliczka: 123-letnie Star Flower Tree.. z naszym dębem Bartkiem długowiecznością nie może konkurować, ale widać dla Mimusops Elengi (łac.) to wyczyn.

   Shwenandaw Kyaung – drewniany klasztor, atmosfera tych tekowych świątyń jest najbardziej poruszająca. Skrzydlate dachy, misternie rzeźbione w drewnie zdobienia, wykonane z taką dbałością o detale, że można by na ich śledzeniu spędzić w tym „zakopiańskim” kościółku pół dnia. Wewnątrz – jako, że to królewski przybytek – cały pomalowany złotą farbą. Na ołtarzu na tronie posąg Buddy, a najbliższy niego podest chroniony krzykliwą czerwoną tabliczką „Ladies are not allowed to enter”.

09-04-mand4
   Kierowca podrzuca nas jeszcze pod bramę wiodącą do Pałacu Królewskiego i tu rozstajemy się z nim na dzisiaj. Umawiamy się jutro na 8:00 na objazd po trzech dawnych stolicach – Sagaing, Inwa i Amarapura, które położone są w niewielkiej odległości wokół Mandalay. Pałac Królewski okazuje się dużą ciekawostką, ale wcale nie ze względu na spektakularność królewskich zabudowań. Ten zadrzewiony teren – około 4 km kw. – kryje w sobie cały garnizon. W kierunku Pałacu można się przemieszczać asfaltową prostą drogą, wzdłuż której powbijane są tabliczki „Restricted Area”. Można to robić tylko na piechotę. Turyści muszą zostawić przy bramie nawet swoje rowery. Za to po terenie – na rowerach, piechotą lub na skuterach – poruszają się mundurowi. Niezły pomysł.. w przypadku zamieszek, z centrum miasta natychmiast może się wysypać cała dywizja, być może łącznie z ciężkim sprzętem. Nie wiadomo, co kryją drzewa.. Same zabudowania „Pałacu” rozczarowują. Nawet nazwa wydaje się być na wyrost – drewniane pawilony malowane we wnętrzach na złoto i z pokryciem z czegoś, co przypomina blachę falistą pomalowaną farbą w kolorze ochry. Na szczycie wyższych pawilonów chyba współczesny dodatek – białe drewniane budki strażniczo-strzelnicze. Na wszystko to można popatrzeć z góry wdrapując się mozolnie na wysoką okrągłą wieżę o spiralnych schodach..

   Kiedy wychodzimy z „garnizonu królewskiego” jest już szarówka, a zaraz zapada zmierzch. Okazuje się, że 26-ta ulica biegnąca wzdłuż południowej fosy to popularne miejsce spotkań i spacerów. Pary.. grupki młodzieży i – jak na Azję przystało – miejsce, gdzie można spotkać „urodziwe lalki” – paradujących transwestytów w szpilkach i w krótkich spódniczkach. Jemy kolację w barze. Przy okazji jeszcze jedna obserwacja, tym razem dotycząca struktury spożycia alkoholu 🙂 – kolejna z angielskich pozostałości. W barze, w którym z racji charakteru (duży ekran, sportowa relacja) u nas królowałoby piwo, tutaj „kelner” przynosi do stolika kilku biesiadującym Azjatom tanią krajową whisky z kubełkiem lodu 🙂

   Ośmieleni naszymi wyczynami w Nyaung Shwe wracamy do hotelu używając popularnego w Mandalay środka transportu– skutera. Za 1000-2000 kyatów można się poruszać po całym downtown jako pasażer. Posiadacze skuterów proponują podwózkę. Wystarczy wypowiedzieć dwie liczby i wskoczyć na siedzenie za kierowcą..
09-05-mand5

         

Kamila:

Droga do Mandalay czyli prawdziwa Birma Pawła..
   Zaskakująca, wręcz niewiarygodna sytuacja.. W trakcie wielogodzinnej podróży busik zatrzymuje się – pośrodku jakiejś sawanny po obu stronach drogi zagęszczenie jadłodajni – mamy przerwę na posiłek.. Wszyscy pasażerowie wysiadają i kierują kroki do najbliższych stolików.. My także.. Obsługująca kobieta jest niezachęcająca, nierozmowna, a po chwili opryskliwa 🙂 W odpowiedzi na nasze próby ustalenia wegetariańskiego menu słyszymy poirytowane „no vegetables!.. only chicken and rice!” Honorowo odwracamy się na pięcie i pewni siebie zaglądamy do knajpki obok.. i do kolejnej knajpki obok.. i do kolejnej.. i nawet do tych po drugiej stronie szerokiej drogi.. W każdej jest tylko chicken and rice! Naprawdę! Nie ma warzyw! Czy na tej suchej sawannie nie da się nic uprawiać? Tylko kurczaki skubią pożółkłą trawę? Jesteśmy zszokowani, zdegustowani i zdecydowani zjeść gotowany ryż sauté 🙂 W kolejnym barze, do którego podchodzimy, znajdujemy coś wyglądającego, jak smażone tofu, zamawiamy pokazując palcem – kelnerka nie mówi po angielsku.. Jeszcze chwila niepewności, czy to może jednak chicken przebrany za tofu, ale uff… udało się zjeść bezmięsny bardzo niewyszukany obiad 🙂

   W drodze do Mandalay obserwujemy też przydrożne życie bliżej drogi i dalej drogi.. Prymitywne prace bez maszyn wydają się być w tym kraju na porządku dziennym.. Oprócz wspomnianego już ręcznego asfaltowania nawierzchni.. Naprawdę wszystko noszą w łapkach, mieszają w beczce i rozsypują dłońmi żwir.. I pracują przy tym kobiety.. Wielokrotnie widzimy prymitywne rolnictwo.. Na polach ręczne młócenie zboża, orka przy pomocy pługa i garbatych wołów.. Ciężka praca.. I ten żar z nieba..
Pełna serpentyn „autostrada” przez góry także robi na mnie wrażenie 🙂

09-06-mand6

Mandalay
   Wydaje się być takie „światowe”.. różnorodne.. Oprócz mnóstwa złotych stup – meczety i indyjskie świątynie.. i budynki Pałacu Królewskiego – trochę jakby w chińskim stylu 🙂 A z Mandalay Hill widać kilka luksusowych hoteli i pole golfowe 🙂 Na ulicach trochę bardziej europejsko, nie tak brudno, nie z taką ilością „street food”.. lokale bardziej ogrodzone, bardziej zadaszone.. nie wylewają się na chodnik..
Kompleks Pałacu Królewskiego.. Prawdziwa forteca.. Teren otoczony starym, grubym, wysokim murem.. w regularnych odstępach wieżyczki strażnicze.. i straż 🙂 .. szeroka fosa.. Gdy po przejściu przez bramę dla turystów zmierzamy do pałacowych zabudowań prostą asfaltową drogą, mijamy życie toczące się w tym mieście w mieście.. mundurowi na rowerach, mundurowi na boisku piłkarskim, wojskowa orkiestra dęta podczas próby, kobiety (żony mundurowych?) doglądające ogródków warzywnych.. Z asfaltowej drogi nie można zboczyć.. Wszędzie wspomniane tabliczki „restricted area”.. Oprócz nich na naszym podróżniczym szlaku bez przerwy napotykamy inne zakazy – większość nie pozwala wchodzić w butach.. nie tylko do świątyń, także np. do muzeów.. często także widzimy „ladies are prohibited”.. czyli że kobiety są zabronione w danym miejscu 🙂 🙂 🙂

Tags:

Dni 11-12 – 17-18 listopada – Okolice Inle Lake (“szkic”)

Paweł “Viajero”:

(Pindaya caves)

   Nie jest łatwo urwać się z Nyaung Shwe, nie udało nam się znaleźć regularnego lokalnego transportu. Jedyny sposób to taksówka, za którą, mimo niewielkich odległości, cena wywoławcza to 50$. Czuję się trochę uwięziony w tej osadzie z jedną główną ulicą, po której spacerują blade twarze. Lustrujemy Internet w poszukiwaniu okolicznych miejsc wartych zobaczenia i możliwości dojazdu. Wybór pada na świątynię Shwe Oo Min – niezwykłą grotę z ponad ośmioma tysiącami posągów Buddy. Z racji tego, że świątynia znajduje się w grotach, funkcjonuje również pod turystyczną nazwą Pindaya caves. Przychodzi nam do głowy pociąg z Shwenyaung do Kalaw, „a potem zobaczymy..”.
07 - 07 - pin1

   „Jenifer Lopez” zamawia nam rano tuk-tuk’a, żebyśmy mogli dostać się na dworzec w Shwenyaung. Przyjeżdża pod hotel – birmańska wersja tuk-tuk’a znad jeziora Inle jest zdecydowanie masywniejsza. Niby napędza ją również jednoślad, ale „paka” jest większa. Na dwóch ławkach ułożonych zgodnie z kierunkiem jazdy może się zmieścić przynajmniej sześć osób. Masywniejsza paka powoduje, że prędkości, które rozwija pojazd, są mizerne. O mało nie spóźniamy się na pociąg, bo kierowcy zachciało się forsować błotnisty podjazd tuż pod samą stacją – chciał nas z fasonem podwieźć pod same drzwi. W ostatniej chwili muszę wyskoczyć i przy wtórze ryku jego silnika (o mało nie pali sprzęgła) wypchnąć go z błotnistego ciasta – przy okazji mam uwalane sandały i stopy do kostek 🙂 Gdybyśmy wiedzieli, że znajdujemy się paręnaście metrów od stacji, to w pośpiechu zapłacilibyśmy mu i zostawili go w bagnie 🙂 Na peronie akcja zwalnia, nie ma nikogo w kasie, parę osób z pakami czeka na najbliższy pociąg. Nasze rozbawienie budzi rozkład jazdy wypisany „robaczkami” – żadnego słowa po angielsku. Kilka chwil przed przyjazdem pociągu w kasie pojawia się jegomość, który sprzedaje nam bilety do birmańskiej „upper class”, spisując nasze dane z paszportów. Mimo tego, że wyższej klasy, to bilet jest prawie za darmo – 60 km odcinek do Kalaw kosztuje niecałego dolara od osoby. Koleje są ewidentnie dofinansowywane przez państwo.

   Jedna z piękniejszych tras, które mamy szansę pokonać w Birmie. Po drodze podziwiamy ten sam most, który oglądaliśmy z drogi. Pociąg najpierw staje przed nim, potem z prędkością góra 5 km/h przetacza się po nim. Ale to jeszcze nie jedyna atrakcja. Dalej jedziemy przez gęsty las w wąskim „tunelu” utworzonym z drzew. Roślinność stara się pochłonąć tę przestrzeń nad torami, ale przejeżdżające tędy kilka razy dziennie pociągi utrzymują to status quo. Ale nade wszystko ten niezapomniany krajobraz to okoliczne pola. Cała żyzna dolina z glebą w niezwykłym kolorze jest podzielona na kwadratowe poletka, na których rosną różnokolorowe uprawy. Gołe kwadraty rdzawo-rudej ziemi, białe, żółte, zielone uprawy tworzą niezapomniany patchwork. Pociąg jest zdecydowanie „wolnobieżny”, te 60 km jedziemy prawie trzy godziny. Na pewnym odcinku skład rozpędza się może do 40 km/h i dostaje takiego poprzecznego kołysania, że wygląda, że zaraz przewróci się na bok (polecam ten fragment filmu Birma 2015 w 4:25 🙂 )

   Podziwiam te widoki, ale jako „kierownik wyprawy” cały czas myślę, że ten nasz wypad jest trochę na wariackich papierach. Dojedziemy do Kalaw, a jedyny pociąg powrotny mamy za niecałe dwie godziny. Nie ma szans, żebyśmy dojechali do Shwe Oo Min Pagoda, zwiedzili jaskinie i zdążyli wrócić. Albo utkniemy tu gdzieś na nocleg, mimo, że to wypad tylko z podręcznym plecaczkiem albo „poddamy się” i weźmiemy taksówkę (jeśli takowa się znajdzie), jeśli chcemy cokolwiek zobaczyć, a nie tylko poprzechadzać się po Kalaw i wrócić pociągiem. Zatrzymujemy się na stacji Aungban. Kamila robi zdjęcia z okna. Nagle impuls – stąd jest bliżej do Pindaya, nie jedźmy do Kalaw! Wyciągam zaskoczoną Kamilę z pociągu.

07 - 09 - pin3

   Ze skrawków informacji z Lonely Planet i mówiącego trzy słowa po angielsku „języka” złapanego pod dworcem konstruuję pobieżnie plan. Jak zwykle w takich chwilach, jestem tak sfokusowany na drodze, że nie widzę, jak Kamila jest już bliska frustracji – najbardziej chciałaby w tym momencie zatrzymać się i znaleźć jakieś uliczne jedzenie. Tymczasem ja napieram na znajdujące się gdzieś tu ponoć rondo, wieżę z zegarem i „transport”, który obiecywał „język”. Rondo znajdujemy, ale nie ma tu ani żadnego dworca autobusowego, ani przystanku – jeśli nawet coś tędy jeździ, to nie ma oznakowanych przystanków, ani opisów na pojazdach w ludzkim alfabecie. Koniec języka za przewodnika – pytam niskiego Azjatę w wojskowej panterce. Ten pokazuje nam busik, który właśnie podjechał. Biegnę w jego stronę, ale jest tak zapchany – i siedzenia i przejście – że musielibyśmy wisieć pod sufitem. Czekamy przez chwilę, trochę nie wiadomo na co, kiedy podchodzi do nas ten sam jegomość w panterce. Na migi proponuje swój skuter, jako środek transportu. Mówi, ze może nas zawieźć do Pindaya. Tłumaczymy, że musimy mieć dwa skutery – na jednym we trójkę przecież nie pojedziemy. Nie poddaje się – woła kolegę, który stoi nieopodal i jak połowa Birmańczyków, również ma swój skuter. Dogadujemy cenę za podwózkę, patrzę w stronę Kamili. Da radę mimo tego, że jest głodna i zła? Kamila bohatersko decyduje się i wskakujemy na skutery, jako pasażerowie – Kamila na jeden, ja na drugi. Tak zaczyna się jedna z bardziej zwariowanych przygód w Birmie. Okaże się, że będziemy jechać godzinę na tych skuterach – wiatr we włosach i balansowanie ciałem z kierowcą na zakrętach i trzymanie się drętwiejącymi rękoma, żeby ze skutera nie zlecieć.

   Kiedy dojeżdżamy, nasi kierowcy pytają, gdzie nocujemy. Są przekonani, że skoro przyjeżdżamy o tej porze, to pewnie nocujemy tutaj – chętnie więc zaoferują swoje usługi na rano. Mówimy, że chcemy tylko obejrzeć świątynie i potem wrócić. Kierowcy naradzają się chwilę ze sobą, a potem ten w panterce mówi, że mogą nas odwieźć do Nyaung Shwe – miasteczka, w którym mieszkamy. Rozpoczynają się pertraktacje – o tyle zabawne, że obaj nie mówią po angielsku. Sytuację komplikuje fakt, że nie podają jednej ceny za każdy odcinek, tylko jeden i drugi oddzielnie. Jeden mieszka gdzie indziej, drugi gdzie indziej (mają różne koszty powrotu do domu), dodatkowo mój kierowca chce więcej – pokazuje na mnie, że ze mną jego motor więcej pali 🙂 No i tak rzucając nazwy miejscowości i pisząc na kartce liczby, próbujemy ustalić łączną cenę za całą usługę. Na fali tej zabawy nawet nie chce mi się bardzo targować, tym bardziej, że oni wiedzą, że inaczej się pewnie stąd dzisiaj nie wydostaniemy. Umawiamy się w końcu za całą trasę z Aungban tu i z powrotem do naszego hotelu na okrągłe 50 000 kyatów. Niby prawie tyle samo, co za taksówkę, której chciałem uniknąć, ale za to ile mamy z tego dodatkowego fun’u – bezcenne 🙂 (podróż powrotną na pewno opisze Kamila.. 🙂 )

07 - 10 - pin4

   Shwe Oo Min Pagoda.. Wysoko w skale zespół grot, do których można się dostać długimi kamiennymi schodami lub wjechać windą. Jak zwykle należy zostawić – i to już na samym dole – buty. Wewnątrz jaskini-świątyni przez ponad 200 lat zgromadzonych zostało ponad 8 000 posągów Buddy, wykonanych w przeróżnych technikach. Jaskinia jest ładnie iluminowana. Posągi są ustawione nie tylko na poziomie „podłogi”, ale wspinają się na wszystkie dostępne naturalne półki na ścianach. Niektóre pod sklepieniem jaskini na wysokości nawet kilkunastu metrów. Za każdym z posągów, jako tło, malowany ochrą tron-ołtarzyk z białymi napisami. Rzeczywiście jest tutaj aż gęsto od tych posągów. Niektóre z miedzianej blachy, niektóre odlane z gipsu – malowane na złoto, nieduże jadeitowe i ceramiczne – porozstawiane tworzą w skałach nieregularny labirynt. Dodatkowa atrakcja – na moment gaśnie cała iluminacja napędzana generatorem i znajdujemy się w kompletnych ciemnościach. Na szczęście nie trwa to dłużej niż minutę..

(Kakku)

   Nasyceni wczorajszym szaleństwem możemy dzisiaj pozwolić sobie na pojechanie „po prostu” taksówką. Rano organizuję transport. W małej agencji kobieta dzwoni po taksówkę. Mamy kierowcę, który jedzie z nami do Taunggyi, gdzie bierzemy obowiązkowego przewodnika z plemienia Pa-Oh i dalej jedziemy z nim do Kakku. Nie bardzo jestem z tego zadowolony – nie przepadam za zwiedzaniem miejsc w towarzystwie przewodnika. Ale kiedy tylko młody chłopak w tradycyjnym stroju dołącza do nas, okazuje się, że dzięki niemu ta podróż będzie dużo barwniejsza. Tradycyjny strój górali Pa-Oh, czyli granatowy kaftan bez kołnierza ze śnieżnobiałą stójką, granatowe luźne spodnie i.. ręcznik frotte obwiązany na głowie. Co kraj to obyczaj.. 🙂 Chłopak jest niezwykle rozmowny, opowiada o osobie i różnych ciekawostkach związanych z regionem, przez który jedziemy. Chyba tylko raz w życiu wcześniej widziałem człowieka (przewoźnik po Gangesie w Varanasi) tak dumnego z tego, kim jest i gdzie mieszka. Opowiada o sobie, że marzy o tym, żeby zostać zawodowym przewodnikiem, a na razie studiuje i ma zostać inżynierem, bo tak chce jego matka. Uczy angielskiego jako wolontariusz w klasztornej szkole. Opowiada ciekawie o regionie, o plemionach z gór, które kultywują swą odrębność uważając się za wyższą kastę od Birmańczyków z nizin. Opowiada o uprawie czosnku, który jest złotem tego regionu. Rude gleby, które widzieliśmy wczoraj z okien pociągu, idealnie nadają się do jego uprawy. Okręg Shan zaopatruje całą Birmę w czosnek i całkiem nieźle dzięki temu prosperuje. Chłopak wypowiada się też z entuzjazmem o zwycięstwie Aung San Suu Kyi – kraj jest wydrenowany z młodych zdolnych ludzi, którzy wyjechali do pracy w Tajlandii i Malezji. Teraz młodzi na pewno będą wracać.. Birma stanie się krajem nieograniczonych możliwości.. Słuchając tej opowieści, tak podobnej do naszej polskiej, nie mogę się oprzeć myśli „tak.. a za 10-20 lat część z Was powie, że za generałów to było lepiej..”.
07 - 13 - kak1

   Dojeżdżamy na miejsce. Po lewej stronie od drogi duży obszar najeżony niewielkimi spiczastymi pagodami – jedna obok drugiej. Chłopak prowadzi nas najpierw do restauracji pod olbrzymim drewnianym zadaszeniem – podobno jego ojciec, który jest cieślą, budował tę restaurację. Już w samochodzie po drodze przewodnik powiedział, że będzie nas chciał namówić na założenie tradycyjnego stroju Pa-Oh. Na szczęście w restauracji okazuje się, że ta inscenizacja ograniczy się jedynie do nakrycia głowy. O ile ja mogłem się już w drodze oswoić z jego ręcznikiem, o tyle Kamila zostaje zaskoczona z kolei tym, że kobiety Pa-Oh drapują sobie na głowie.. koce w jaskrawych kolorach i w dodatku z frędzlami 🙂 Chłopak podkreśla, że jako Pa-Oh są zaszczyceni tym, że godzimy się przywdziać elementy ich tradycyjnego stroju. On wiąże mi na głowie niebiesko-zielony ręcznik frotte. Kolorystyka akurat zupełnie nietrafiona, już wolałbym ten jego czerwono-pomarańczowy 🙂 Jedna z kelnerek, również oczywiście w stroju Pa-Oh, wiąże Kamili na głowie koc w czarno-pomarańczową kratę.. 🙂

   W końcu idziemy zwiedzać „obiekt”. Oprowadza nas po nim około godziny, opowiadając o pagodach – przez kogo były ufundowane niektóre z nich, co symbolizują w buddyzmie ich poszczególne stopnie. Pagody są zbudowane z cegieł i pokryte tynkiem z domieszką różnych kolorów – białe, różowawe, szare, żółtawe. Z tynku wykonane są wszystkie sztukaterie z elementami roślinnymi, geometrycznymi i zwierzęcymi. Każda ma na czubku „parasolkę” z dzwoneczkami. Kiedy wiatr wieje, powietrze pełne jest dźwięku dzwoniących dzwoneczków. Zakłóca go tylko narracja naszego przewodnika. Mimo, że chłopak całkiem nieźle mówi po angielsku, w trakcie tego oprowadzania trafiają się dwa śmieszne momenty, kiedy to najpierw chce nam pokazać jedno święte zwierzę związane z Buddą, a potem drugie. Za pierwszym razem brzmi to jak: „chodźcie pokażę Wam ‘piż’..” my na to „co??”, a on „no ‘piż’..”. Okazuje się, że chodzi mu o świnię 🙂 (przyp.red. – pig). Za drugim razem historia powtarza się, tyle, że tym razem chce nam pokazać „hosz” 🙂 Kto zgadłby, że chodzi o konia? 🙂 Jak wcześniej wszyscy przed nami, tak i nam „przez grzeczność” niezręcznie go poprawić i tak będzie trwał w tej swojej wymowie 🙂 Oprócz posągów zwierząt pokazuje nam rozpięte między czubkami pagód sieci z wielkimi pająkami – mówi, że to miejscowy przysmak, zbierany i smażony na patelni.. Potem mamy swoje pół godzinki na samodzielne zwiedzanie.. Wykorzystujemy ten czas na sesję z dzwoneczkami. Znajdujemy miejsce, w którym jest największe ich nagromadzenie, siadamy i słuchamy..

07 - 14 - kak2

   Po wyjściu ze świątyni idziemy na miejsce zbiórki w restauracji. Jemy obiad – m.in. polecony przez naszego przewodnika „bigos” z marynowanego bambusa. Niezbyt udana kompozycja smakowa. Faktycznie przypomina naszą gotowaną kwaszoną kapustę w ogólnym aromacie, ale oprócz tego ma jakiś „twardy” nieprzyjemny w odbiorze dodatkowy smak. No ale czego się nie robi dla liźnięcia miejscowego kolorytu 🙂 Ruszamy w drogę powrotną – czekają nas trzy godziny jazdy po ciemku..

         

Kamila:

(Shwe Oo Min)

   Shwe Oo Min Pagoda – świątynia w jaskiniach.. Niezwykłe miejsce.. Ogromne naturalne jaskinie pełne obłędnych stalaktytów i stalagnatów.. naprawdę robi to na mnie wrażenie, nie byłam wcześniej w takich rozbudowanych wnętrzach w skale 🙂 ..w tym labiryncie przejść pomiędzy mnóstwem posążków Buddy.. (są szalenie różnorodne.. małe, duże, głównie siedzące, i głównie złote, ale widzimy też czarne (!)) można spędzić cały dzień.. Oprócz obiektów do podziwiania klimat tego miejsca powoduje, ze nie chce się go opuszczać.. Przechadzamy się niespiesznie, docieramy w każdy zakątek, przysiadamy wśród Buddów 🙂 .. i trafia mi się pozowane zdjęcie: ja plus czterech młodych mnichów – nie lada gratka 🙂
07-05-inle5a
   Spektakularnym punktem dnia jest też nasz szalony powrót do hotelu – znów w roli pasażerów na skuterach.. tym razem w innych warunkach.. i w innym świecie 🙂 Podróż jest bardzo długa, to około 60 km (nikt nie wie jednak, ile czasu trwała), panują już kompletne ciemności.. nasi kierowcy jadą bez świateł (!!), zapalają je tylko w kluczowych momentach typu skrzyżowanie czy ostry zakręt, część trasy pokonujemy małymi, bocznymi drogami (może tak bliżej?), część biegnie krętą drogą przez góry, o rety! Trzeba się mocno trzymać i umiejętnie balansować ciałem.. nie mamy wprawy.. Paweł pierwszy raz w życiu podróżuje na motorze, a moje życiowe doświadczenia w tym zakresie są raczej nikłe.. Towarzyszy nam też dotkliwe uczucie zimna.. Nocą temperatury w tym regionie nie są zbyt wysokie, a dodać do tego należy „czynnik chłodzenia wiatrem” podczas przemieszczania się niezabudowanym pojazdem.. Ja zakładam na siebie wszystko, co mam przy sobie.. nie jest tego dużo, ale więcej niż zazwyczaj – zabrałam ze sobą polar z racji wizyty w jaskiniach.. więc T-shirt, koszula z długim rękawem, polar, szerokie nogawki spodni (uff, jak dobrze, że dziś się ubrałam w długie..) upycham w skarpetki, bo tak podwiewa po łydkach brrr.. na głowie mój podróżniczy kapelusz przeciwsłoneczny, ale pod spodem jeszcze głowa i szyja otulona szalem (dokładam szal pod kapelusz podczas krótkiego postoju, bo uszy mam zdrętwiałe od zimna), i jeszcze zakładam okulary słoneczne, bo oczy łzawią od wiatru 🙂 Mój kierowca (w kurtce, czapce i rękawiczkach) proponuje, żebym przylgnęła do jego pleców, a dłonie schowała w kieszeniach jego kurtki.. Skostniałym dłoniom niestety nie pomaga ani ukrycie w rękawach polaru, ani w kieszeniach kierowcy.. I tak jadę cały wieczór przytulona do jakiegoś obcego Azjaty i przemarznięta do kości, spinając większość mięśni w celu utrzymania się na skuterze.. Tymczasem Paweł.. podróżuje w T-shircie.. tylko w T-shircie (i spodniach), nie tuli się do swojego kierowcy (w kurtce, czapce i rękawiczkach) i wygląda, że ma się dobrze 🙂

   To dzień pod znakiem Przygody 🙂 Zaczął się podróżą tuk-tukiem z lądowaniem w błocie, potem szalony kiwający się pociąg z obłędnymi widokami kolorowych pól za oknem, niespodziewane wyskakiwanie na stacji w Aungban na polecenie „szefa” 😉 Potem lekki stres, jak przemieścić się dalej i spontaniczne pojawienie się motorów oraz podróż do jaskiń, która wydawała się być wariacka.. ale to dopiero jazda nocą do domu była wariacka 🙂 I gdzieś pomiędzy tym podróżowaniem – perełka – cudne jaskinie z około 8100 posążkami Buddy.. 🙂

(Kakku)

   Następny dzień to opisane przez Pawła Kakku.. Niesamowite magiczne miejsce naszpikowane ponad 2000 pagód.. Robiące olbrzymie wrażenie.. plus muzyka poruszanych wiatrem miliarda dzwoneczków na szczytach stup.. Na horyzoncie góry.. (a za nimi podobno Tajlandia). To też dzień z przewodnikiem.. ja również nie przepadam za obecnością przewodników.. ale ten człowiek okrasza czas swoim uśmiechem, entuzjazmem, opowieściami, ciekawostkami.. I raczej ten czas wzbogaca, niż mu ujmuje 🙂

   Okolice Inle Lake.. naprawdę dużo powodów do zachwytu.. ♥

Tags: