Dni 1-3 – 7-9 października – Droga do Bogoty, Bogota

   

Paweł “Viajero”:

   Marcowa kartka z wiszącego w moim mieszkaniu kalendarza przypomina mi, że mam drobne opóźnienie. Na kolejnych stronach są zawsze w porządku chronologicznym zdjęcia miejsc odwiedzanych podczas wyprawy w ubiegłym roku. Ich przewracanie co miesiąc i opisywanie kolejnych odcinków na Viajero pozwala odbyć tę podróż jeszcze raz.. i to rozciągniętą na osiem, dziewięć miesięcy. Na marcowej kartce już druga odsłona Cartageny, a my na Viajero nie przylecieliśmy jeszcze nawet do Bogoty 🙂 Trzeba to nadrobić..

   Nie często zdarza się wylądować i od razu mieć szansę na kontakt z Przyrodą. Po drodze z reguły trzeba się zmierzyć z jakimś dużym miastem. Tym razem zaczynamy naszą podróż od ponownego zaprzyjaźniania się ze stolicą Kolumbii. Ale zanim wylądujemy w Bogocie, czeka nas krótki lot do Amsterdamu i przesiadka. Nie często piszę już o lotniskach, ale Amsterdamowi należą się dwa zdania – nigdy tu jeszcze nie byłem. Duże lotnisko, jak uprzedził mnie bywający tutaj dość często mój syn. Mieliśmy to na uwadze, że musimy odbyć długi spacer pomiędzy terminalami, a mimo to przytrafiła nam się mała „adrenalinka” w trakcie tego spaceru, czy też wręcz pod koniec przebieżki. Nie wzięliśmy pod uwagę, że tranzytem trafiliśmy do części hali – owszem za security, ale przed kontrolą paszportową. Usiedliśmy sobie w restauracji stylizowanej na podnóże wieży Eiffla, zjedliśmy skromne śniadanie, skorzystaliśmy z Wi-Fi i dopiero jakieś dwadzieścia minut przed godziną oznaczoną na karcie pokładowej ruszyliśmy do gate’u. No i zaczęło się.. przy przejściu w kierunku terminali D, E, F napotkaliśmy spory tłumek, który poruszał się w kierunku stanowisk odprawy paszportowej: tradycyjnych i automatycznych – dla posiadaczy paszportów biometrycznych. Wydawało nam się, że lepiej będzie skorzystać z bramek automatycznych. Okazało się jednak w praktyce, że tradycyjne mają tę przewagę, że w chwilach zagrożonej przepustowości można zacząć trochę udawać, że się cokolwiek sprawdza w paszportach podróżnych. Dodatkowo przy barierkach prowadzących do tradycyjnych stanowisk ktoś kierował ruchem, wykrzykując nazwy najbliższych wylotów, żeby wyłowić z tłumu tych, którzy jak najszybciej powinni trafić do swoich gate’ów. Natomiast przy bramkach automatycznych, po pierwsze nie było kierującego ruchem, a po drugie automaty pracowały metodycznie i precyzyjnie. Ustaw się we właściwym miejscu.. przyłóż paszport właściwą stroną.. spójrz w kamerę.. odczekaj.. zabierz paszport.. przejdź.. następna osoba.. W końcu po przejściu bramki ruszyliśmy korytarzami szybkim krokiem, potem truchtem, a pod koniec biegiem 🙂 Do naszej kolejki z napisem Bogota dopadliśmy jako ostatni – w fazie, którą na panelu nad wejściem nazywano już „closing”.. 🙂 Nawet na lotnisku w cywilizowanym kraju można sobie podnieść poziom adrenaliny.. 🙂

   Bogota lotnisko – znajome kąty. Mamy ułatwione zadanie. Byliśmy tu w zeszłym roku – wiemy, którędy do wyjścia, wiemy, gdzie są taksówki, jak działają – czy mają liczniki, kiedy i jak się za nie płaci. Czujemy się, jak u siebie. Trochę inaczej jednak patrzę na to miejsce, odkąd obejrzałem materiał Discovery o przemycie kokainy i codziennej pracy celników na lotnisku El Dorado 🙂 Wiem, że jestem obserwowanym potencjalnym „celem”, a wrażenia tego dopełniają przechadzający się mundurowi z niedużymi psami do wykrywania narkotyków.

   Droga z lotniska – długa, ale prosta. Cały czas wielopasmową Avenida El Dorado. Nie ma obawy, że taksówkarz powiezie nas jakąś okrężną trasą – o tyle istotne, że taksówki w Bogocie mają liczniki. Można by ten dystans pokonać autobusowym naziemnym metro – Transmilenio, Pomiędzy dwoma stronami arterii, zamiast pasa zieleni – asfalt, po którym poruszają się długie przegubowe autobusy. Wzdłuż trasy co jakiś czas perony, zupełnie jak kolejowe. Niestety wpisy na forach stanowczo odradzają przejażdżki Transmilenio w godzinach popołudniowego szczytu ze względu na tłok – zwłaszcza, kiedy podróżuje się z bagażem. Ostatni odcinek drogi nasza taksówka pokonuje wąskimi, jednokierunkowymi uliczkami u podnóża wzgórza Monserrate. Ostatecznie za 30 tysięcy Pesos dojeżdżamy do niedużego hostelu, który znajduje się na małej Calle 16a – u jej wylotu na ładny skwer Parqe de Los Periodistas.

   Nasz hostel mieści się w starej kamienicy pomalowanej w jaskrawe graffiti. Wewnątrz całkiem przytulnie – bielone ściany, obrazy, makatki i fotele – każdy z innej parafii. Bardzo mili właściciele – daje się poznać od wejścia. Powinniśmy zapłacić z góry za dwie doby, ale na lotnisku wymieniliśmy tylko kontrolnie jeden zielony banknot na taksówkę i „na wodę”. Dzisiaj jest sobota, późne popołudnie, nie wiem, czy uda nam się znaleźć jakieś casa de cambio. Trzeba więc załatwić prolongatę. Właściciel pozwala nam zapłacić następnego dnia. Na razie krętymi, skrzypiącymi schodami udajemy się na górę. Nasz pokój jest na ostatnim piętrze – nad nami tylko taras. Wi-Fi działa jedynie na korytarzu – można w ten sposób integrować się z innymi gośćmi. Generalnie nie ma na co narzekać. Jest gorąca woda i to nie z jakiegoś tam „zraszacza”, który nie nadąża z podgrzewaniem, ale prawdziwa – bieżąca. Jest nawet okno na ulicę 🙂

   Chociaż zmęczeni – ruszamy na miasto.. Trudno uniknąć porównań – człowiek podświadomie robi to nieustannie. W naszej ocenie Bogota jest położona identycznie, jak La Paz, w którym byliśmy w zeszłym roku. Rozległa górska kotlina, na której dnie rozłożone jest miasto. Choć położona podobnie, Bogota jednak od razu daje się poznać, jako miasto znacznie nowocześniejsze i zamożniejsze. Stolica – przynajmniej jej centrum – zdaje się dawać świadectwo zupełnie innego poziomu życia mieszkańców tego kraju. La Paz sprawiało wrażenie szarego i ubogiego. Tu mamy do czynienia z wysokimi budynkami, czystymi ulicami i regularnym transportem – a nie zaadaptowanymi do tego celu chicken busami.

   Na pierwszy rekonesans ciągniemy w kierunku znanego nam z zeszłego roku Plaza Bolivar. Szybko trafiamy na znajomy deptak, który prowadzi w jego kierunku. Byliśmy tu w ubiegłym roku świadkami barwnych obchodów Halloween. Ciekawe – Plac Bolivara, ale żadne z nas nie zapamiętało na placu pomnika bohatera 🙂 Musiał wyglądać jakoś wyjątkowo skromnie w porównaniu z dużą płaszczyzną. Nie da się też ukryć, że to co działo się na placu – wielobarwny tłum różnorakich przebierańców – również odciągnęło nasz wzrok od skromnego postumentu. Trafiamy tutaj w porze „lunchu” 🙂 Kamila testuje kolbę kukurydzy z grilla z masłem. Podobno wyśmienita – i faktycznie zaraz wymaga dokładki 🙂 Za to ja postanawiam sprawdzić, co to takiego aromatica. Na deptaku co jakiś czas można spotkać drewniany wózek, trochę w klimacie naszego niegdysiejszego saturatora – z parującym kotłem, przyprawami i butelkami. Właściciel nalewa gorącą mieszankę chochlą do styropianowego kubeczka i zadaje pytanie: „z whisky, aguardiente, czy z rumem?”. Okazuje się, że to aromatyczny grzaniec na bazie wysokoprocentowego alkoholu. Wieczorami jest w mieście nawet chłodno, więc miejscowy zwyczaj całkiem nie od parady.. 🙂

   Niedziela – ruszamy zaprzyjaźnić się z La Candelaria, czyli zabytkowym centrum Bogoty. Zaczynamy od wizyty w Museo de Oro. Znana prawda – oczekiwania zakłócają percepcję. Niepotrzebnie przeczytałem o muzeum złota przed odwiedzinami – że „największe na świecie..”, że „80 000 artefaktów..”, że „urządzone ‘na bogato’..” i nastawiłem się nie wiadomo na co.. No właśnie – na co? 🙂 na jakieś hałdy złota..? Dwa piętra – wcale nie tak duże, jak sobie wyobrażałem. Chociaż trzeba przyznać, że precjoza w gablotach ładnie wyeksponowane. Półmrok, z którego dyskretne oświetlenie wydobywa złote refleksy. Mapy i nazwy kultur, których dorobek artystyczny oglądamy. Drugie piętro stylizowane na połączenie wejścia do piramidy z wrotami do bankowego skarbca. Tutaj prezentowane są najważniejsze eksponaty. Na trzecim piętrze już tylko czasowe ekspozycje, wystawy fotograficzne, makiety, których tematem są prace archeologiczne. No cóż.. Museo de Oro – trochę nie sięgnęło moich wyobrażeń o nim.. Ale to wina moich wyobrażeń, a nie muzeum.. 😉

   Ze skweru pod muzeum blisko już do najstarszego kościoła w mieście – Iglesia de San Francisco. Przybytek, którego budowę rozpoczęto w 1557. Ascetyczna z zewnątrz bryła – jak przystało na wezwanie św. Franciszka z Asyżu – zupełnie nie zapowiada wnętrza z ołtarzem kapiącym złotem. Trzy ściany prezbiterium wyłożone wielkimi złotymi panelami – tutaj dopiero mamy prawdziwe Museo de Oro 🙂

   Staramy się szukać uliczek, którymi jeszcze nie spacerowaliśmy – ani w zeszłym roku, ani wczoraj. Mimo to i tak prędzej czy później trafiamy do serca La Candelaria, czyli na Plaza Bolivar. Pierwszy raz widzimy go za dnia – możemy ocenić właściwie jego rozmiar. Płaska powierzchnia o boku ponad 100 metrów. Skomplikowane losy spowodowały, że stanowi niespójną mieszankę stylów architektonicznych. Od katedry Catedral Primada de Colombia ukończonej w 1823 do nowoczesnej bryły trzeciego wydania Pałacu Sprawiedliwości (Palacio de Justicia), którego budowę rozpoczęto w 1998. Trzeciego, po zniszczonych dwóch – raz w trakcie zamieszek w 1948 i ponownie w trakcie ataku M-19 w 1985. Za którym to atakiem stał podobno Pablo Escobar. Na placu w niedzielne południe panuje atmosfera festynu. Rodziny z dziećmi, balony, harcerze i policja turystyczna, lodziarze z wózkami i pucybuci. Jeden z tych ostatnich koniecznie chce wypastować moje buty – patrzy z dezaprobatą na moje porysowane, skórzane CATerpillary. Nikomu na placu prawdopodobnie oprócz mnie nie przeszkadza niespójna stylowo zabudowa. Dla mieszkańców to serce ich miasta i zawsze warto tu przyjść, posiedzieć, odpocząć, czy porozmawiać ze znajomymi..

   Calle 8-mą idziemy wzdłuż ciągnących się od placu zabudowań Kongresu Republiki (Capitolio Nacional). Na razie kongres i pałac prezydenta nie bardzo nas interesują. Gdzieś tutaj niedaleko jest kościół-muzeum Iglesia de Santa Clara – jego szukamy. Małe uliczki wokół zabudowań prezydenckich są zagrodzone częściowo barierkami, przejść pilnują posterunki wojska. Ruch nimi nie jest jednak blokowany – piesi są przepuszczani. Widocznie posterunki są bardziej dla dodania powagi temu miejscu i urzędowi głowy państwa. Museo de Santa Clara mieści się w jednonawowym byłym kościele – jednym z najstarszych w mieście. Zgromadzono tu płótna i rzeźby malarzy hiszpańskiej epoki kolonialnej – od XVII do XIX w. Choć zamienione w muzeum – pozbawione wielu sakralnych akcentów – wnętrze przyciąga wzrok swoim bogatym barokowym wystrojem. Zwłaszcza florystyczne malowidła na suficie, dobrze doświetlone przez okna pod samym sklepieniem – całość w tonacji złoto-czerwień-żółć.

   Po wyjściu z muzeum idziemy dalej tą samą uliczką, aż do końca zabudowań pałacu prezydenckiego (Casa de Nariño). Z tej strony możemy obejrzeć jego klasycystyczną fasadę. Pod bramą dodatkowa atrakcja – dwóch żołnierzy w barwnych XIX w. mundurach. Granatowe kurty i spodnie z czerwonymi wykończeniami, skrzyżowane na piersiach białe skórzane pasy. Do tego biały polowy plecak oraz przypominający żołnierzy pruskich hełm. Przez chwilę robimy straży dyskretne zdjęcia, kiedy z uliczki obok dobiega odgłos wojskowej orkiestry. Za chwilę okazuje się, że dwóch „zabytkowych” żołnierzy przy bramie to jeszcze nic – ulicą paraduje cała wojskowa orkiestra. Do tego kolejne oddziały ubrane są w mundury z różnych epok. Nie tylko my chcemy przyjrzeć się bliżej kolorowej paradzie. Oprócz nas wielu niedzielnych spacerowiczów odprowadza oddziały do wejścia na dziedziniec pałacu prezydenckiego od strony Carrera 7. Kamili udaje się zająć dobrą pozycję obserwacyjną i dzięki temu może oglądać całą procedurę zdejmowania i składania na dziedzińcu olbrzymiej bandery Kolumbii. Mam nadzieję, że Kamila opisze to w swojej części 🙂

   Po zakończeniu obserwacji domykamy pętlę i znowu trafiamy na plac. Dajemy odpocząć naszym zmęczonym nogom. Znowu możemy obserwować ludzi i rodzajowe scenki – choćby wyglądający tak samo pod wszystkimi szerokościami geograficznymi uśmiech na twarzy dziecka, które dostaje swojego wymarzonego loda.. 🙂 W drodze do domu chcemy zobaczyć jeszcze może niezbyt stary, ale przepięknie wyglądający z zewnątrz kościół Santuario Nacional de Nuestra Senora del Carmen – jak zebra w paski z białego i łososiowego marmuru. Niestety do wnętrza nie udaje nam się przeniknąć – a szkoda..

   Następnego dnia postanawiamy wjechać na wzgórze Monserrate. To taki sposób – jeśli nie ma się wystarczająco dużo czasu, żeby zwiedzić całą okolicę – wjechać gdzieś wysoko i pozwolić okolicy przyjść do siebie. Z góry będziemy mieli szansę objąć wzrokiem całe miasto 🙂 Początkowo idziemy na piechotę w kierunku stacji kolejki, którą można wjechać na szczyt. W przydrożnej budce mamy okazję spróbować po raz pierwszy specjału, który towarzyszyć nam będzie w całej Kolumbii. Podstawa naszego kolumbijskiego menu – arepa 🙂 Rodzaj niedużej miękkiej tortilli z mąki kukurydzianej z różnymi nadzieniami, np. nasza ulubiona arepa con queso, czyli słone „ciacho” nadziewane serem. Czasem pieczona na blasze – taka najlepsza, a czasem z głębokiego tłuszczu. Zaczyna kropić – postanawiamy złapać taksówkę. Sprytny kierowca, mimo posiadania licznika koniecznie chce umówić się z nami na konkretną cenę – potem dopiero rusza. Okazuje się, że stacja kolejki jest tuż za zakrętem, nie dalej niż 100 metrów. Robi to jednak z takim miłym uśmiechem na twarzy, że nawet ciężko mieć mu za złe ten mały taksówkarski podstęp.. 🙂

   Na szczyt można wjechać kolejką linową i szynową – dzisiaj niestety wersja linowa nie działa. Stromizna wzgórza jest tak duża, że wagon kolejki szynowej ma specjalną konstrukcję – nie ma jednej płaskiej podłogi, ale kilka podestów na różnych poziomach. Ruszamy.. Z lewej strony torów pamiątkowy wagon z początku ubiegłego wieku, który obsługiwał kiedyś tę trasę. Dosyć szybko wjeżdżamy na szczyt, część drogi pokonując tunelem. Z góry mamy taki widok, jakiego chcieliśmy.. na pierwszym planie poniżej gniazdo wieżowców, a dalej rozłożone wokół niego całe miasto.. Motywem przewodnim tej chwili są „góry i chmury”. Całe niebo nad kotliną zasłonięte jest grubą pokrywą szarych chmur, która wisi na dosyć niskim poziomie – choć pamiętajmy, że samo wzgórze ma 3 150 m n.p.m. 🙂 Między obłokami a ziemią rozpięta jest delikatna mgiełka. Ona powoduje różne odcienie wzgórz wokół. Te na bliższym planie – jeszcze ciemno-zielone od kolorów drzew, dalsze – szare, a jeszcze odleglejsze – już tylko siwe. Na szczycie naszego wzgórza stoi m.in. mały kościółek z bieloną wapnem małą dzwonnicą. Na sąsiednim, jeszcze wyższym – obowiązkowo Chrystus z rozłożonymi ramionami strzeże miasta. Szukamy wzrokiem znajomych miejsc poniżej – tam Plaza Bolivar.. tu nasz hostel.. Widać stąd, że mieliśmy szansę spacerować tylko skrawkiem olbrzymiego miasta. Kotlina jest na tyle duża i rozłożysta, że udało się w niej pomieścić lotnisko. Widać po prawej w siwej mgiełce startujący samolot. W La Paz lotnisko trzeba było wybudować ponad miastem na płaskowyżu powyżej kotliny. Główną punktem na wzgórzu jest Basílica del Señor de Monserrate, niewielkie sanktuarium z początku XX w. Nowy budynek powstał w miejsce znacznie starszych XVII w. zabudowań zniszczonych przez trzęsienie ziemi. Samo wnętrze może nie imponuje wystrojem, ale marmurowe elementy na podłodze i ścianach powodują, że człowiek zastanawia się – „działała już wtedy kolejka..?” Jak tu wwieziono na szczyt te wszystkie materiały budowlane. No cóż, sprawdziłem teraz podczas pisania – „google wie wszystko” – kościół konsekrowano w 1920, a kolejkę zaczęto budować dopiero w 1926..

   Tego dnia pod wieczór wyruszamy do Cartageny. Z centrum kraju lecimy na północ, na wybrzeże Morza Karaibskiego. Znowu podróż po raz n-ty Avenida El Dorado. Na lotnisku krótka chwila grozy, bo trafiamy na strajk pracowników Avianca. W hali odlotów tłumek z transparentami i głośnikami-szczekaczkami. Robią spory jazgot. Od razu myśl – czyżbyśmy mieli nie polecieć naszą Aviancą w lot Bogota-Cartagena? Nad stanowiskami nadawania bagażu Avianca napisy „canceled”.. No nieźle! Mimo napisów wygląda na to, że jedno stanowisko działa – stoi przy nim kilka osób. Pani żartuje sobie, żebyśmy „szybko, szybko się odprawiali”, dając do zrozumienia, że zaraz możemy nie polecieć 🙂 Uff udaje się.. Chociaż i tak w Kolumbii dogoni nas w końcu strajk pracowników Avianca, ale jeszcze nie w tym odcinku 🙂 Trochę leniwego oczekiwania na znanym już w każdym detalu lotnisku.. potem rękaw do samolotu.. zapięcie pasów i wzbijamy się w wieczorne kolumbijskie niebo.. Kierunek: Morze Karaibskie, Cartagena: „Miłość, szmaragd i krokodyl”.. 🙂

 

Kamila:
 

   Colombia! Jesteśmy! Wita nas znajome lotnisko El Dorado 🙂

   Bogotá.. miejsce już nieco oswojone, zaprzyjaźnione.. dobrze się tu czuję.. nasz sklep, katedra, La plaza de Bolívar, uliczki La Candelaria.. W uszach miło dźwięczy hiszpański 🙂

   Doświadczamy niedzieli na placu przy katedrze.. Cudownie jest tak siedzieć i siedzieć, patrzeć, przyglądać się, obserwować.. i fotografować ludzi.. Teraz jest ich mnóstwo.. jak festyn rodzinny.. baloniki, lody i inne smakołyki, rozbrykane dzieci, gołębie, namolni sprzedawcy obnośni.. Grupy harcerzy, grupy policjantów, różne grupy.. Ładna pogoda.. Kolumbijskie słońce 🙂

   Wrażenie robi defilada Gwardii Honorowej z orkiestrą, która dociera do pałacu prezydenckiego oraz uroczyste zdjęcie z masztu na pałacowym dziedzińcu ogromnej kolumbijskiej flagi. Trafiamy na tę paradę przypadkowo – znaleźliśmy się we właściwym miejscu o właściwym czasie 🙂 Niesamowite widowisko! Wszyscy ci umundurowani odświętnie chłopcy – doskonała precyzja ruchów, wytrenowana synchronizacja i wzorowa współpraca.. każdy z nich bezbłędnie realizuje scenariusz, zna na pamięć sekwencję ruchów, wie, gdzie jest jego miejsce, jaka długość kroku, jaki ruch ręki.. maszyna absolutnie doskonała.. przy dźwiękach muzyki na żywo.. Jak taniec, jak balet.. Stoję, jak dziecko, w pierwszej linii widzów, z czołem przyklejonym do barierki, z buzią rozdziawioną z zachwytu.. Co chwilę słyszę westchnienia widzów „que bonito”.. (Paweł chyba zmęczony, nie przyłącza się do mojej super miejscówki). Współczucie budzi tylko wyobrażenie, ile ważyć musi poszczególny instrument, bęben, werbel, tuba, jak ciężki jest karabin, ile wysiłku kosztuje operowanie wielką flagą tak, żeby tkanina wciąż była odpowiednio napięta, i jak gorąco musi być w takim mundurze przez tyle czasu w pełnym słońcu.. Współczucie, ale i podziw..

   Bogotá to miejsce pełne ogromnych kolorowych arte callejero czyli artystycznych graffiti. Na murach pełno jest dzieł sztuki. Jestem pod olbrzymim wrażeniem. Szczególnie przypada mi do gustu wielka głowa lwa rozpływająca się w płomieniach – na budynku naprzeciw wejścia do naszego hostelu, widoczna także z okna naszego pokoju na górze, więc w każdej wolnej chwili nasycam wzrok..

   W pamięci pozostanie też pobyt na dominującym nad miastem wzgórzu Monserrate.. oko przyciąga zamglona panorama ogromnej aglomeracji oraz inne okoliczne wzgórza i widowisko spowodowane pogodą.. Aura, jak na podziwianie widoków, niezbyt dopisuje, mży, chmurzy się, i jeszcze mocniej się chmurzy.. Miasto przez to jest nieco rozmazane, ale góry prezentują się bardzo ciekawie, w stopniowanym zamgleniu, ze szczytami utopionymi w chmurach, i z tych chmur się wyłaniającymi.. Trudno wypuścić aparat z ręki, mnóstwo scenerii do fotografowania 🙂 Poza tym zieleń, kwitnące drzewa, odpoczywające na zapleczu stado osłów, Chrystus czuwający nad miastem, i chyba pierwszy obiad – skonstruowane przez miłą panią pyszne danie vege, chyba najlepszy posiłek obiadowy podczas całej wyprawy.

   W Bogocie też zaczyna się przygoda z comida de la calle 🙂 Jesteśmy fanami ulicznego jedzenia w Dalekim Świecie 🙂 Z pierwszych dni pamiętam cudowną grillowaną kukurydzę z masłem na placu przy katedrze i w drodze na Monserrate arepa con huevo – nasze pierwsze spotkanie z arepą – tradycyjnym daniem Kolumbii i Wenezueli. To rodzaj małej tortilli z mąki kukurydzianej. Najczęściej spotykamy ją z różnymi dodatkami: są z jajkiem, z serem, z różnego rodzaju mięsem. Ta pierwsza napotkana jest smażona w głębokim tłuszczu i po doświadczeniach z całej wyprawy należy przyznać jej ostatnie miejsce w kategorii doznań smakowych, ale w tych pierwszych dniach wydaje się nam super 🙂

   Nie ma tu upału, w dzień jest przyjemnie ciepło, po zachodzie słońca jednak znacznie się ochładza, temperatura spada do około 10 stopni, położenie miasta na ponad 2 600 m n.p.m. robi swoje.. Fala gorąca zaleje nas jednak już niebawem..

Tags:

Kolumbia 2017 – Wstęp

   

Paweł “Viajero”:

   Autor ma olbrzymią władzę nad pustą białą kartką. Może ją zapełnić takimi słowami lub zupełnie innymi. Może układać słowa jak puzzle, nawlekać je, jak koraliki. Czasem może je zdjąć i nanizać w kompletnie innej kolejności – może wszystko, ma całkowitą władzę. Ale z drugiej strony bywa też tak, że pusta biała kartka ma olbrzymią władzę nad autorem. Po pierwsze – może budzić w nim entuzjazm i dreszcz emocji. Bo oto nie wiadomo, jakie słowa tu przypłyną i jakie na niej zostaną. Jak w tej podróży, co to ma być opisana – kiedy wejście do rękawa przed pierwszym samolotem rozpoczyna wszystko. Po drugie jednak – może budzić opór trudny do pokonania. Opór przed ruszeniem z posad bryły. Kiedy już zostanie wzruszona, słowa same będą się podpowiadać i wołać do autora: „ja też tutaj chcę!.. ja też!.. i ja!” – dalej wszystko pójdzie jak z płatka. Ale zanim to nastąpi, trzeba pokonać dziesiątki czynności zastępczych, które starają się odwlec ten moment. Kiedy już jednak wszystkie naczynia będą pozmywane.. buty zostaną wypastowane.. podłoga będzie umyta.. a kawa zrobiona.. wtedy nie będzie już odwrotu.. Tym bardziej, że pierwsze zdanie – a z nim zawsze jest problem – zostało już jakiś czas temu wymyślone. A brzmi ono tak..

   „Zamierzam stanąć w obronie Kolumbii”. Dlaczego? Ponieważ ponownie, jak przed podróżą do Birmy, słyszę w głosie pytających pobrzmiewającą sceptyczną nutę. Słowa składają się niby to w np. „co tam jest do oglądania?” ale brzmią zupełnie, jak „po cóż tam lecieć?”. Fakt, że większość z nas ma skojarzenie jedynie z kartelami narkotykowymi, kokainą i Pablo Escobar’em. Sam takie miałem. Na szczęście czytałem również relacje ludzi, którzy odwiedzili ten kraj, oglądałem zdjęcia mojej Przyjaciółki, która zwiedzała Kolumbię i wiedziałem, że kiedyś na pewno będą chciał tam polecieć. Widziałem na zdjęciach dżunglę – włochate przyjacielskie tarantule na otwartej dłoni, kalosze, bez których w deszczowym lesie ani rusz, Amazonkę z lotu ptaka. Widziałem na fotografiach Morze Karaibskie – wody lazur i pochyłe palmy nad piaszczystą plażą. Widziałem miasteczka z kolonialną zabudową – ściany malowane w wibrujące kolory i drewniane rzeźbione balkony. Wiedziałem, że Kolumbia jest na moim szlaku. Co prawda nie ma w niej spektakularnych piramid, czy świątyń – nie sięgnęło tutaj ani państwo Majów, ani imperium Inków (skrawkiem jedynie musnęło południe kraju). Miejscowe plemiona Czibcza, Arawak, czy Tairona, choć uważane za wysoko zorganizowane społeczności Ameryki prekolumbijskiej, nie mogą się poszczycić takimi architektonicznymi osiągnięciami, jak te z Jukatanu, czy z Peru. Owszem wśród turystycznych atrakcji Kolumbii są kurhany i kamienne posągi w San Agustín na południu kraju oraz TeyunaCiudad Perdida (hiszp. „Zaginione Miasto”) – małe ruiny w dżungli na północy dostępne tylko w trakcie czterodniowej wędrówki w górach Sierra Nevada de Santa Marta. Ale ostatecznie nawet te zabytki nie znalazły się na naszej trasie. Naszą „Kolumbię 2017” zdominowała przyroda. To ona okazała się być główną atrakcją. Choćby dla niej warto było udać się do tego kraju. Na pewno znam tę prawdę o sobie, że nie doceniałem kiedyś Przyrody. Złakniony kolejnych oszałamiających stosów kamieni ułożonych przez ludzi, zbyt rzadko spoglądałem w kierunku tego, co stworzyła sama Natura. Może to naturalny proces – im więcej lat na karku, tym większy zachwyt dla tego co wieczne i naturalne, a nie tego, co stworzone ręką człowieka. Bo z jednej strony można odczuwać zachwyt patrząc na te wytwory dawnych cywilizacji, a z drugiej można zadawać sobie pytanie, czy nie lepiej było zostać w głębi lasu, zamiast go karczować i budować na jego zgliszczach kamienne stopnie do nieba. Gdzie nas to wszystko doprowadziło.. do wyobcowanych kamiennych miast dzisiaj..? A więc, czy „Kolumbia bez zabytków” to tylko przypadek, czy jakiś zwiastun, „znak-sygnał” zachodzącej zmiany – okaże się przy kolejnych podróżach.. el futuro vendrá, czyli „przyszłość nadejdzie”.. i pokaże..

   Muszę się przyznać, że choć wiadomo było, że Kolumbia jest na szlaku, to, że znalazła się na nim w 2017, było dziełem przypadku. Plany obejmowały eskapadę p.t. „Nikaragua 2017”. Kupiony został przewodnik, było wytrwałe polowanie na tanie bilety do Managua. Niestety linie lotnicze uparły się, żebym nie znalazł niczego w akceptowalnej cenie. Za to pojawił się w pewnym momencie atrakcyjny bilet Air France/KLM/Avianca do Kolumbii – postanowiłem wykonać to ćwiczenie, tzn. zrobić nie to, na co się już tak nastawiłem (żeby nie powiedzieć „zafiksowałem”), ale to, co przynosi Los. Kupiliśmy więc bilety – co prawda tańsze, ale w komplecie z uciążliwością w postaci ponad 6-godzinnej przesiadki w stolicy Wenezueli. Los jednak w końcu postanowił nam wynagrodzić to przyzwolenie na niewygodę. Kiedy sytuacja polityczna w Wenezueli skomplikowała się i Avianca odwołała nasz lot Caracas-Bogota, KLM zaoferował nam – bez zmiany ceny – „bezpośredni” bilet z krótką jedynie przesiadką w Amsterdamie. I tak to się zaczęło..

   Żałuję, że nie przeczytałem przed podróżą do Kolumbii jeszcze więcej o tym kraju – zwłaszcza o jego historii. Gdybym to zrobił, miałbym pewnie zupełnie inne spojrzenie na niego. I znowu z jednej strony – może to dobrze. Mogłem go zobaczyć takim, jakim jest teraz, bez całego tego bagażu wiedzy o skomplikowanej przeszłości. A z drugiej – gdybym to wiedział, pewnie baczniej przyglądał bym się ludziom, głębiej zaglądałbym im w oczy, żeby znaleźć odpowiedź na to, jak to możliwe, że ten kraj – ludzie – w ciągu zaledwie kilkunastu lat podniósł się po tych wszystkich okropieństwach. Wojna domowa w Kolumbii od 1964 do 2016 pochłonęła setki tysięcy ofiar. Kraj przez dekady doświadczał przemocy w wykonaniu wszystkich bez wyjątku stron – komunistycznych guerillas różnej maści: FARC, ELN, EPL, M-19; paramilitarnych grup AUC (Autodefensas Unidas de Colombia) powstałych dla obrony przed nimi; ze strony rządu, a także kokainowego imperium dwóch głównych karteli: Medellin i Cali. Zresztą handlem narkotykami – żeby sfinansować swoją działalność – zajmowała się każda ze stron konfliktu. Nic więc dziwnego, że ten wart miliardy dolarów biznes napiętnował w świadomości światowej społeczności ten kraj. Wojna domowa trwała de facto do roku 2016, do podpisania traktatu pokojowego między rządem a głównym ugrupowaniem rebelianckim FARC (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia). Handel narkotykami trwa i trwać będzie.. bo kto porzuci biznes, który pozwala zarobić kilkadziesiąt tysięcy dolarów na każdym wyprodukowanym i przemyconym za granicę Kolumbii kilogramie proszku..

   Na całe szczęście my na swojej drodze nie napotkaliśmy żadnych handlarzy narkotyków.. że o żadnych guerillas nie wspomnę. Zastaliśmy Kolumbię spokojną i pokojowo usposobioną.. 🙂 Ludzie wydali nam się wyjątkowo mili, uśmiechnięci i uczynni.. aż dziw. Takie jej oblicze zdaje się potwierdzać reklamowe hasło, które ma promować kraj wśród zagranicznych turystów: „Jedyne ryzyko to.., że będziesz chciał tu zostać”.. 🙂

 

Kamila:
 
   Kolumbia.. tak, początkowo są inne pomysły.. A pewnego kwietniowego dnia skuszeni ceną kupujemy bilety do Bogoty. I otwiera się wyobrażenie o Kolumbii.. Ku mojej radości 🙂 Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale natychmiast pojawia się w moim wnętrzu jakieś poczucie łączności.. I choć Paweł na zachętę pokazuje mi w necie zdjęcia i filmiki, to nie potrzebuję zachęty 🙂 Cieszę się na kolejny kraj Ameryki Południowej, na słyszany wokół hiszpański, na różnorodność krajobrazów.. Zapowiedzi mówią o różnych miejscach: Bogotá – chętnie znów powłóczę się po Centro Histórico, starówka ponoć ukochanej przez piratów Cartageny.. egzotyczne Wybrzeże Morza Karaibskiego.. bajkowa kraina wokół Guatapé.. Medellín – miasto Escobara.. chatka na zboczach Kanionu Rio Claro.. i amazońskie lasy deszczowe.. 🙂 Tym razem dżungla nie budzi oporu, jest jednym z elementów, na które radośnie reaguję.. Po wspomnieniu ubiegłorocznej boliwijskiej dżungli, która przed wyjazdem była raczej źródłem mojego stresu, strachu i niechęci, a w której pobyt wspominam, jako najcudowniejsze dni podczas wyprawy do Boliwii.. Wiem, że to przyjazne miejsce, choć pełne wyzwań.. morze zieleni, o jakiej nie śniłam, gęste i pełne kojących odgłosów, nasycone jakąś siłą i spokojem, miejsce, gdzie można spotkać ciepłych tubylców i ciekawych obcokrajowców, posłuchać opowieści o magii drzew i podróżniczych przygód, i choć nie jest tam zbyt komfortowo, to miejsce, do którego się chce.. Będę w dżungli nad prawdziwą Amazonką.. !!! Znów myślę o tym, jak pełne niespodzianek jest Życie.. jak wszystko się zmienia.. Jeszcze 5 lat temu.. taki pomysł.. ja w Dalekim Świecie, ja w tropikalnych amazońskich lasach.. Niewiarygodne! Niemożliwe! Niesłychane! Wręcz surrealistyczne 🙂
   Życie płynie.. i my płyniemy wraz z nim 🙂
   Więc kupujemy bilet i się zaczyna, dzieje się, otwiera.. Viva Colombia!!! 🙂

Tags:

Dni 22-25 – 29 października-1 listopada – Santa Cruz, Samaipata, Zakończenie

   

Paweł “Viajero”:

   W roli zakończenia wystąpi ostatni fragment maila wysłanego po powrocie z Boliwii do naszego Przyjaciela. Jeśli wpadnie tu kiedyś zapewne pozna go..
Konrad – pozdrawiamy serdecznie..

„… Ostatnim rozdzialikiem w naszej podróży było Santa Cruz, a właściwie oddalona o trzy godziny jazdy busem – Samaipata. W górach ponad mieściną – ruiny El Fuerte. Mówią o nich “boliwijskie Machu Picchu”.. Skromniejsze i o innym charakterze. Jakaś kultura jeszcze przed Inkami obrała sobie szczyt góry, jako miejsce architektonicznych eksperymentów. Dziesiątki lat kuli w skale i próbowali wykuć komnaty, świątynie.. i co tam jeszcze im w duszy grało.. Wygląda to jednak na trochę niedokończoną “inwestycję”.. Ale widoki piękne.. i miejsce ciekawe.. Taka materialna łączność z tymi, którzy tu kiedyś byli.. żyli.. coś chcieli uwiecznić..

Z Santa Cruz.. z ciężkim sercem wracaliśmy już do domu. Jedynym akcentem po drodze, który nas wyrwał na chwilę z powrotnego spleen’u – smutku, że już przygoda się kończy – były obchody helloween w Bogocie. Mieliśmy długą przesiadkę w Kolumbii i poprosiliśmy, żeby nas „wypuścili” z lotniska do miasta.. Opłacało się.. widok wieczornej fiesty.. setek mieszkańców na-i-wokół głównego placu.. przebrani wszyscy, niezależnie od wieku i płci.. Warto było zobaczyć miejscową tradycję..

Podsumowanie wyjazdu.. wiadomo, że nie można go w żaden sposób porównywać.. czy był lepszy.. czy gorszy.. Na ten moment budzi oczywiście najżywsze emocje.. Wręcz mam problem z zamknięciem na Viajero opowieści z Birmy.. zbieram się i zbieram.. żeby zakończyć jedną opowieść i “odkorkować” możliwość pisania kolejnej.. Masz tu w mailu.. taki przedpremierowy, osobisty skrót tego, co mam nadzieję pojawi się na Viajero.pl..”
 

Tags:

Dni 17-21 – 24-28 października – Uyuni, Salar Uyuni, Eduardo Avaroa Nacional Reserve

   

Paweł “Viajero”:

   Obiecałem sobie, że nie będę już kończył opisów jednej wyprawy po powrocie z kolejnej. Do tej pory noga powinęła mi się raz – opisu Birmy nie udało mi się domknąć w ciągu roku i kończyłem go jeszcze po powrocie z Boliwii. I to nie jest dobre – zapamiętałem.. Trzeba zawsze zamknąć jakiś rozdział, żeby zrobić miejsce dla czegoś nowego.. Ale to oznacza, że przez nadchodzący tydzień chcę napisać dwa odcinki. Za tydzień lecimy do Kolumbii i po powrocie chciałbym myśleć już tylko o niej. Zatem będzie już teraz zupełnie „migawkowo”. Jeszcze nigdy nie napisałem dwóch odcinków w ciągu tygodnia.. 🙂 Szczególnie żałowałbym, gdyby ten obecny miał nie powstać. Trzydniowa wycieczka na pustynię solną Salar Uyuni i do Kordyliery przy granicy z Chile to jeden z gwoździ naszej podróży do Boliwii – do dzieła więc.. 🙂

   Wyprawa „Peru Boliwia..” mogłaby mieć na trzecie „Kalejdoskop”. Jak w tej zabawce z dzieciństwa, tak w trakcie naszej podróży krajobrazy zmieniają się nieustannie. Ledwo wylecieliśmy z gorącej dżungli, zdążyli wrócić do zimnego, trochę ponurego miasta, ledwie wsiedliśmy w nim do nocnego autobusu – a po 7 godzinach jazdy wysiadamy o 3:00 nad ranem na zupełnym pustkowiu. Nie przewidziałem ani tego, że Uyuni to taka miała mieścina, ani tego, że autobus przyjedzie do niej w środku nocy. Według rozkładu miał dojechać o świcie. Tymczasem jest środek nocy – rozespani wysiadamy w miejscu, w którym jest tak zimno, że para leci z ust. Jak nie przepadam za wszelkiego rodzaju naganiaczami, którzy czasem bardzo nachalnie oferują swoje usługi, tak muszę przyznać, że raz chociaż taka osoba do czegoś się przydaje. Wyskakując z autobusu wpadamy wprost na Indiankę, która w środku nocy czeka na zbłąkanych turystów i od razu chce im sprzedawać wycieczkę na pustynię solną. My z kolei marzymy tylko o tym, żeby znaleźć jakiś hostel. Indianka otwiera jednak blaszaną „szczękę” w ścianie, za którą znajduje się jej agencja turystyczna i próbuje nas do niej ciągnąć. Wymykamy się mówiąc, że oczywiście rano tu wrócimy, ale teraz musimy znaleźć lokum dla siebie. Ale gdyby agentka nie przykleiła się do nas, jak rzep do psiego ogona i nie poszła za nami, skończylibyśmy raczej kiepsko. Wszystkie miejsca, które wyglądają jak hotele, czy hostele są o tej porze zamknięte na głucho i zakratowane. Ulice puste – ciemno i zimno. Nie wpadłbym na to, że przy drzwiach są dzwonki, którymi bez pardonu można budzić kogoś w środku nocy w poszukiwaniu wolnego pokoju. W dwóch takich miejscach po drodze kobieta dzwoni, ale ktoś wychylający się z okna na piętrze rzuca w odpowiedzi, że wolnych łóżek nie ma. Dopiero w trzecim hotelu zaspany jegomość otwiera i potwierdza, że ma dwuosobowy pokój.

   Odsypiamy długo naszą ciężką podróż autobusem. Potem wychodzimy do miasteczka na „zwiad”. W okolicy polecanej przez Lonely Planet wybieramy jedną z agencji, która oferuje to, czego potrzebujemy – trzydniową podróż jeep’em, podczas której pokonamy po bezdrożach Boliwii paręset kilometrów. Nie tylko zobaczymy pustynię solną, ale również południowy kraniec kraju przy granicy z Chile, gdzie znajduje się Park Narodowy o trochę długawej nazwie: Reserva Nacional de fauna Andina Eduardo Avaroa. Upewniamy się, że „w cenie” będziemy mieli wszystkie atrakcje, o których czytaliśmy przed wyjazdem: Salar Uyuni, „wyspę” Incahuasi wyrastającą z solniska, a także laguny z kolorowymi wodami – Laguna Verde, Laguna Colorada; a oprócz nich Arbol de Piedra – kamienny ostaniec w kształcie drzewa.. Tak – wszystko to zobaczymy.. Agentka przybliża nam resztę detali – w samochodzie mieści się sześcioro turystów i kierowca, który jednocześnie jest kucharzem, przewodnikiem i naszym opiekunem na trzy dni i dwie noce. Pokazuje nam trasę na mapie, zdjęcia i uprzedza lojalnie, że warunki zakwaterowania po drodze będą bardzo spartańskie. W pierwszej „stanicy” woda do mycia będzie za dodatkową opłatą, a w drugim miejscu, w którym zanocujemy, wody nie będzie w ogóle; światło będzie tylko przez jakiś czas po naszym przyjeździe – prąd pochodzi bowiem z agregatu. Oczywiście akceptujemy niewygody – w zamian za to, co będziemy mogli po drodze zobaczyć.. Mamy stawić się jutro rano o 8:00 – spakowani w jeden plecak. Drugi na czas wyprawy zostanie przechowany w biurze. Jutro poznamy też osoby, które akurat na ten dzień również wykupią taką wycieczkę – ciekawe kogo przydzieli nam los jako współtowarzyszy podróży.. 🙂

   Dzisiaj możemy powłóczyć się po tej małej mieścinie. Co prawda tego „włóczenia” nie ma zbyt wiele – osada jest mała, dosłownie parę ulic na krzyż. Kiedy tylko oddalimy się trochę od okolic głównego placyku, sceneria zaczyna wyglądać trochę „westernowo” – szerokie ulice z ubitej ziemi i parterowa prosta zabudowa. Przejeżdżający z rzadka samochód wzbija tumany kurzu, a ulicami biegają w grupkach bezpańskie psy. Co chwila wybuchają między nimi jakieś awantury – trochę nieswojo się czujemy, kiedy tak krążą wokół nas i powarkują. Na szczęście chyba wszystkie psy na świecie znają ten gest – człowiek podnoszący kamień z ziemi. Dzięki temu zachowują dystans. Dlaczego snujemy się w takiej scenerii? Gdzieś tu za miastem znajduje się miejscowa atrakcja – Cementerio de trenes. Przez miasto przebiegała kiedyś towarowa linia kolejowa. Pociągami wywożono bogactwa z gór – minerały takie jak boraks, rudy cynku, siarka etc. Dzisiaj XIX-wieczne lokomotywy, wagony i drezyny rdzewieją na bocznicy jakieś 3 km za miastem. Kiedy przyjeżdżają tu jeepy z turystami robi się tłoczno i gwarno. Na szczęście o tej porze, w której my docieramy, nie ma tu nawet psa z kulawą nogą – te zatrzymały się na granicy miasteczka 🙂 Kamila przysiada na jakimś kawale żelastwa i robi zdjęcia, a ja mam okazję przez moment poczuć się jak mały chłopiec–zdobywca 🙂 Wdrapuję się na jedną z tych rdzewiejących lokomotyw, żeby podziwiać z jej dachu to żelazne cmentarzysko i pustynny krajobraz dookoła..

   Przez cały dzień staramy się znaleźć coś ciepłego do zjedzenia – czegoś, co składałoby się z warzyw i nie było kurczakiem. Mieszkańcy tej zimnej krainy poważają tylko drób. Z rożna, z grilla, szaszłyki – wszystko, tylko nie warzywa. Przyparta do muru Kamila kupuje w ulicznej budce jajka sadzone z frytkami. Ja wolę suchy prowiant, niż takie „delicje”. To nie jest kraina dla nas – wegetarian. Na szczęście jest targ, który znajduje się niedaleko naszego hostelu – zaraz za rogiem. A tam wszystkie warzywa, owoce potrzebne do życia. Jest też nasz ulubiony w Boliwii ser – owczy, czy kozi trudno powiedzieć. Jest też to, czego na co dzień nie tykamy, czyli pszenne pieczywo 🙂 Cóż, nie tylko takie niewygody jesteśmy w stanie znieść w podróży.. 🙂

   Stawiamy się o poranku w agencji. Grupka turystów siedzi przy stolikach. Stoją chyba trzy samochody terenowe, których kierowcy czynią ostatnie przygotowania przed wyjazdem. Ładują na dach koła zapasowe, kanistry z benzyną i inne potrzebne w podróży rzeczy, których nie znajdziemy po drodze – oddalając się od cywilizacji na trzy dni. Następuje „losowanie” i w naszym jeep’ie lądują sami młodzi ludzie – że o nas nie wspomnę 😉 – para Francuzów, Holenderka i Szwajcar. To nie jest oczywiście wiedza dostępna nam w tym momencie, ale w ciągu tych trzech dni dowiemy się po drodze, że Francuz studiował rok w Polsce na Erasmusie, Holenderka – o której nikt na podstawie urody nie powiedziałby, że jest Holenderką.. i słusznie – jest w połowie Turczynką, a Szwajcar – mieszka od kilku lat w Meksyku i włada biegle hiszpańskim, francuskim, angielskim i oczywiście swoim niemieckim. Znowu mamy szczęście do ludzi spotkanych w podróży. Jej niewygody rekompensują nam zabawne sytuacje, żarty, dowcipy i gry słowne we wszystkich znanych nam językach. Przebojem lingwistycznym podróży staje się np. pewne polskie słowo na „k…”, zapamiętane przez Francuza z Erasmusa, które tutaj pojawia się w wersji hiszpańskiej na drogowskazach informując o zakrętach, a które Szwajcar ze swoim niezwykłym lingwistycznym talentem wypowiada ze swadą w żartach zupełnie, jak rodowity Polak 🙂 Począwszy od wspólnej kolacji pierwszego wieczora – zakrapianej odrobiną alkoholu – wspólnym żartom nie będzie końca. A my – cóż, mamy szansę trochę odmłodzić się przez te trzy dni, obcując cały czas z młodzieżą 😉

   Wyjeżdżamy z miasteczka i jedziemy na południe. Płaska sucha równina, wzdłuż szosy co jakiś czas wikunie. Chciałoby się powiedzieć „pasące się wikunie”, ale czym one się żywią – nie wiadomo, skoro wokół tylko goła skała pokryta kurzem. Nasze spotkanie z pustynią solną zaczynamy w małej osadzie – taki ostatni cywilizacyjny tourist trap. Jeepy zajeżdżają tutaj – turyści mogą kupić pamiątki, torebeczkę soli wydobywanej ręcznie z pobliskiej pustyni lub coś przekąsić. Dalej już nikt nie będzie nam chciał niczego sprzedawać.. W końcu wjeżdżamy na pustynię. Już rozumiem, dlaczego google nie potrafi wyznaczyć drogi z Uyuni do np. Laguna Colorada.. tu nie ma żadnej drogi. Okazuje się też, że pustynia solna to wcale nie piaskownica pełna sypkiej soli, ale raczej solna skorupa wykrystalizowana z roztworu. Dodatkowo na całej powierzchni skorupy są charakterystyczne struktury, które przypominają wzorem spękaną w czasie suszy ziemię. Tyle, że tutaj odwrotnie – owe bruzdy są wypukłe. Głęboko pod naszymi stopami podobno 50% światowych zasobów Litu. W porze deszczowej Salar jest ukryta pod kilkucentymetrową warstwą wody. Jeepy nie mogą wtedy wjeżdżać na nią, ale ludzie przyjeżdżają tu dla niesamowitych zdjęć wielkiego „lustra”, w którym odbija się niebo. Zatracają się wtedy granice pomiędzy wodnym lustrem a odbitym w nim nieboskłonem. Teraz jest pora sucha. Nie ma lustra, ale za to możemy mknąć jeep’em przez białą równinę, słuchając Los Kjarkas – ewidentnie ulubionego zespołu folkowego naszego kierowcy 🙂 Andyjska muzyka doskonale koresponduje z krajobrazem na zewnątrz 🙂

   Obiad jemy w hotelu zbudowanym z soli. Od wielu lat nie pełniący już tej roli budynek – ze względu na wymogi ochrony środowiska – wykorzystywany jest przez kierowców jeep’ów, jako miejsce na postój i lunch. Nasz przewodnik z prowiantu zabranego z miasteczka przygotowuje dla nas smaczny posiłek. Mamy okazję pierwszy raz porozmawiać wszyscy: kto-skąd-dokąd-po-co-i-dlaczego.. Po obiedzie krótki spacer wokół obozu. Można obejrzeć wielką rzeźbę z soli – logo wyścigu Paryż-Dakar. Ani Paryż, ani Dakar – ale właśnie tędy przebiegała trasa edycji wyścigu w 2014. Oprócz logo – rzeźba z soli w skali 1:1 – replika jeep’a Toyoty. Zaraz za hotelem klimatyczny akcent – ktoś kiedyś zainicjował, a potem już dalej poleciało.. Ludzie zostawiają na pamiątkę flagi swoich krajów.. Oczywiście jest i polski akcent.. 🙂

   Ruszamy dalej w drogę. Odjeżdżamy spory kawałek od solnego hotelu. Gdyby pustynia miała regularny kształt, byłaby kwadratem o boku 100 km. Powierzchnia Salar to 10 582 km2. Na pewno nie jesteśmy na jej środku. Gdzieniegdzie majaczą bowiem na horyzoncie góry. Ma tu miejsce jakieś ciekawe zjawisko optyczne. Tam, gdzie zbocze góry powinno dotykać białej podstawy, brakuje obrysu wzgórza, coś się tam odbija od czegoś. Efekt jest taki, że samotne wzgórza wyglądają, jak okręty z ukośnie zarysowanym dziobem i rufą sunące po białym morzu. Zatrzymujemy się na postój i kierowca proponuje „sesję zdjęciową”. OK, wszyscy to robią. Biały płaski teren pozbawiony jakichkolwiek punktów odniesienia doskonale nadaje się do zabawy perspektywą. Internet pełen jest zdjęć z Salar – zabawnych pomysłów, jak można wykorzystać te szczególne warunki. Wystarczy np., że ktoś stanie kilkanaście kroków za kimś, żeby wprawny fotograf wykonał zdjęcie, na którym jedna osoba trzyma malutką figurkę tej drugiej na wyciągniętej dłoni. Młodzież ochoczo rusza do robienia takich zdjęć. Trochę na początku zdystansowani, w końcu i my dajemy się wciągnąć w zabawę. Tym bardziej, że nasz kierowca, który przyjeżdża tu z turystami co któryś dzień, doskonale się na tym zna i zostaje „moderatorem” sesji – podpowiada kolejne zabawne ujęcia. W końcu wszyscy mamy niezły ubaw, kiedy wychodzimy na zdjęciu np. jako małe figurki biegnące po rozciągniętej między butami sznurówce. BTW – to zresztą jedno z pożegnalnych zdjęć moich butów. Należy im się ostatnie wystąpienie na Viajero.. 🙂 🙂

   Znowu długa jazda.. nie ma drogi.. po prostu jedna koleina wyjeżdżona przez samochody. Niestety odznacza się szarym śladem na tym bielutkim „śniegu” – mikroskopijne okruchy gumy z opon i cząsteczki oleju oraz spalin nie pozostają bez wpływu na ten krajobraz. Następną atrakcją na naszej trasie jest skalista „wyspa” porośnięta olbrzymimi kaktusami. Incahuasi faktycznie była kiedyś wyspą. Musiała wystawać ze środka jeziora. Dziś wystaje z białej skorupy i ze względu na te olbrzymie kaktusy jest turystyczną atrakcją. Należy kupić bilet, żeby móc przejść przez wyznaczoną ścieżkę rekreacyjną z jednego krańca wysepki na drugi. Przechodzimy trasę i my, podziwiając kilkumetrowe zwaliste kaktusy..

   Po kilku godzinach trochę już monotonnej jazdy, kierowca proponuje nam ostatnią atrakcję na Salar – polowanie na zachód słońca.. 🙂 Zbliżamy się do wzgórz i zatrzymujemy. Wkrótce słońce będzie zachodziło za nie. Po tej stronie niebo robi się żółto-czarne. Po drugiej stronie panować zaś będą długo róże, błękity i fiolety. Podczas kiedy po stronie żółto-czarnej będzie się wyostrzał kontrast, po drugiej wszystko zostanie spowite delikatną mgiełką. W końcu nie będzie już wiadomo, czy to różowe niebo, czy różowy odblask na białej soli – ziemia zjednoczy się z powietrzem. Do samego końca spektaklu możemy bawić się swoimi długimi cieniami. Rzadko kiedy człowiek bywa na takiej otwartej przestrzeni, nieczęsto więc może obserwować aż tak karykaturalnie wydłużony cień. Wyglądamy, jakbyśmy chodzili na olbrzymich szczudłach. Mały ruch nogą, powoduje olbrzymi ruch cienia. Wygląda to komicznie, trochę jak przeglądanie się w krzywym zwierciadle.

   Zostawiamy pustynię za sobą. Zaczynamy wspinać się na zbocza gór. Kamienista droga. Nasz Lexus pokazuje swoje drugie oblicze. Niby skórzane obicia.. niby lakier metalic, ale okazuje się, że to rasowy koń pociągowy. Czterema kołami niezależnie zagarnia kamienie pod siebie. Każdy miejski SUV udający samochód terenowy już dawno odegrałby rolę w filmiku „ale urwał”, a ten prze do przodu niepowstrzymany. Dojeżdżamy do prostego hostelu w małej osadzie – tutaj nocujemy. Jeszcze kilka terenówek oprócz naszej przywiozło tu swoich turystów. Czekają na nas stoły z soli zastawione jedzeniem, w pokojach łózka z soli, na podłodze chrzęści solny żwir. Francuzi dostali nawet solną dwójkę z łazienką, my z Kamilą dwójkę, a Szwajcar i Holenderka trafili do większej koedukacyjnej sali.

   Drugiego dnia wspinamy się dalej po bezdrożach. Nasz Lexus jest niezawodny. Motywem przewodnim dzisiaj są laguny – płytkie jeziorka, wokół których żerują całe stada flamingów. Jeziora niezwykłe. Ich płytkie wody obfitują w związki mineralne – czasem nawet trujące, jak arszenik – które nadają im niezwykłe zabarwienie. Środowisko tak niesprzyjające dla jednych roślin i zwierząt, bywa ulubionym przez inne. W tego typu trujących roztworach żyją malutkie algi i to im laguny zawdzięczają swoje kolory. Z algami i kolorem lagun związana jest jeszcze jedna ciekawostka. Mianowicie algi lubią wietrzną pogodę, podczas której silnie wiejący wiatr powoduje marszczenie wody i dotlenianie jej wierzchniej warstwy. Algi przybliżają się wtedy do powierzchni i dzięki temu woda zyskuje bardziej intensywny kolor. Kiedy pogoda jest bezwietrzna, algi niczym nie wabione, opadają bliżej dna – kolor wody staje się mniej intensywny. Z innych atrakcji, które możemy oglądać tego dnia, na pewno zapamiętamy jeden z czynnych wulkanów na granicy Boliwii i Chile. Wąska stróżka dymu i pary sączy się z jego wysokiego krateru. Gdzieś między kolejnymi lagunami nasz kierowca przywozi nas pod jeszcze jedną atrakcję. Arbol de Piedra – kamienny ostaniec ukształtowany przez wiatr na obraz i podobieństwo drzewa.. Na zdjęciach tego nie widać, ale faktycznie wieje tu jak Kieleckiem albo i jeszcze lepiej. „Pień” z czasem będzie coraz cieńszy i cieńszy.. za milion lat „drzewo” przewróci się. Oprócz tych nieożywionych pomników przyrody, jest tu sporo zwierząt. Wielkie stada flamingów okupujące laguny. Dosyć często widujemy też „żerujące” wikunie. Raz do zdjęcia pozuje nam zaskakujący zwierzak. Pocieszny futrzak wyglądający jak skrzyżowanie zająca, lisa, psa z nie wiadomo czym jeszcze. Przewodnik mówi, że futrzak nazywa się viskacha (czyt. wiskacza).

   Najbardziej spektakularną lagunę mamy zaplanowaną na koniec dnia. Żeby ją zobaczyć, musimy kupić bilet wstępu do Parku Eduardo Avaroa. Warto zapłacić – nawet gdyby jedyną atrakcją parku miała być właśnie Laguna Colorada. Ona również swój różowy kolor zawdzięcza algom. Ponieważ dzisiaj jest wietrznie – laguna nie skąpi nam swego intensywnego koloru. Ale nie tylko różowego.. na płyciznach widać różne inne kolorowe wykwity – białego boraksu, żółtej siarki.. etc. Tutaj też jest trochę flamingów, ale nie tyle, co nad poprzednimi lagunami. Może przekroczyliśmy już jakąś ulubioną wysokość n.p.m. flamingów albo różowe algi nie są takie smaczne, jak inne 😉 Nocujemy nieopodal laguny. Tym razem prawie w lepiankach. Tak przynajmniej wyglądają z zewnątrz. W środku jest trochę lepiej. Jest długi korytarz, w którym są rozstawione stoły. Podobnie jak w poprzednim miejscu, na nocleg zjeżdża tutaj kilka innych jeep’ów. Mamy tu swego rodzaju pożegnalną kolację. Nasz kierowca – Agostino – przynosi na nią butelkę wina „od firmy”. Rozmawiamy do późna w nocy, choć na korytarzu robi się coraz zimniej. Nie mamy termometru, ale temperatura na zewnętrz na pewno jest bliska zera. Ostatniego wieczoru wciągamy do rozmowy naszego – z reguły cichego i skromnego – Agostino. I tu kolejne zaskoczenie. Z Kamilą dawaliśmy mu zgodnie ok. 40-tu lat. Tymczasem okazuje się, że nasz kierowca jest tylko tak zniszczony przez życie. Pokazuje nam nawet swój „dowód osobisty”, żeby udowodnić, że ma dopiero.. 29 lat. Opowiada nam, że zanim znalazł pracę w turystyce, pracował parę lat w kopalni – 12 godzin na dobę, przez 30-parę dni bez przerwy – bez jakichś tam sobót, czy niedziel. Potem kilkanaście dni odpoczynku. Około północy udajemy się na spoczynek. Śpimy w szóstkę w małej koedukacyjnej sali. Jest tak zimno, że nikomu nie przychodzi do głowy rozbierać się do spania. Wszyscy śpimy w ubraniach, narzucając się kocami, które mamy zamiast pościeli. Kładziemy się wcześnie, bo o 4:00 pobudka..

   Ostatniego dnia wstajemy tak wcześnie, ponieważ część ekipy będzie odłączać się od naszej wycieczki. Dla nich to była podróż w jednym kierunku – do graniczy z Chile. Wykupili podróż do San Pedro de Atacama. Dowieziemy ich do granicy, a tam przejmie ich chilijski bus współpracujący z naszą agencją. Taki sposób przedostania się do Chile – połączony z wycieczką krajoznawczą – wybrali Francuzi i Szwajcar. Holenderka i my będziemy wracać resztę dnia do Uyuni. No cóż.. ale zanim pożegnania przyjdzie czas.. rano jedziemy jeszcze zobaczyć miejscową atrakcję – gejzery. Pod powierzchnią drzemią olbrzymie siły – gorąca para i gazy wydobywają się z sykiem z wielu szczelin. W powietrzu unosi się zapach siarkowodoru. Kilka kilometrów dalej mamy okazję wykąpać się w naturalnych gorących źródłach. Zabawa dla hardcore’ów – co prawda same źródła są gorące, ale powietrze wokół ma tylko kilka stopni na plusie 🙂 Trzeba rozebrać się, przejść kawałek i dopiero zanurzyć w ciepłej wodzie. Część z nas decyduje się na tę dodatkową atrakcję 🙂 Zanim jeszcze dojedziemy do tej umownej linii pośrodku niczego – dzielącej Boliwię i Chile – mamy szansę podziwiać Valle de Dali (hiszp. Dolina Dali’ego), czy też jak ją nazywają inni Pustynię Salvadora Dali. Pasmo gór i przełęcze, które wyglądają, jakby usypane były z kolorowych piasków – jakby góry pozazdrościły lagunom spektakularnych efektów i uprosiły jakiegoś malarza, żeby je pomalował.. Docieramy w końcu do Laguna Verde. Niestety, tym razem nie mamy tyle szczęścia – laguna nie jest teraz tak bardzo verde, jak czasem bywa. Zamiast intensywnie turkusowa, jest dzisiaj mleczno-ledwo-zielonkawa. Niedaleko stąd do granicy chilijskiej, ale także argentyńskiej. Agostino pokazuje nam, które szczyty widoczne stąd, leżą za jaką granicą.

   Jest i granica.. mała chatka i zatknięta na długim drzewcu postrzępiona od porywistych wiatrów boliwijska flaga, parę metrów dalej zielona tablica „República de Chile”.. Szkoda -rozstajemy się.. Przed Francuzami i Szwajcarem jeszcze przynajmniej dwa miesiące wędrówki.. dla nas to już „przedostatni odcinek”.. Dzisiaj wracamy do Uyuni, a jutro odlatujemy do Santa Cruz..
 

Tags:

Dni 11-16 – 18-23 października – Dżungla: Rurrenabaque, Parque Nacional Madidi

   

Paweł “Viajero”:

   Tym razem pójdę chyba trochę na łatwiznę. Zdaję sobie sprawę, że nie dam rady opisać naszego pobytu w dżungli w taki sposób, w jaki bym chciał – to znaczy wiem, że nie będę w stanie oddać ogromu, tajemniczej urody i bogactwa tego morza zieleni. Ułatwię sobie więc zadanie i dołączę ilustrację. Ale nie własne zdjęcia – nie.. Będzie to materiał filmowy, który poniekąd przyciągnął mnie do boliwijskiej dżungli.. 🙂 Ma nadal tylko 7,5 tysiąca odsłon na YouTube.. i większość to chyba moja robota.. 🙂 🙂 Ktoś tak umiejętnie zmontował obrazy.. tak trafnie dobrał podkład muzyczny, że nie mogłem się od niego oderwać przed podróżą do Boliwii.. Zaręczam, że wszystko to, co można zobaczyć w tym „materiale reklamowym” – TAM JEST.. To wszystko – i ZNACZNIE WIĘCEJ..
   

   
   

   Pięć dni, które dzieli moment od wylotu z La Paz do powrotu na to samo lotnisko, to osobna wyprawa-w-ramach-wyprawy. Kompletnie inne pejzaże i krajobrazy, inna roślinność, inni ludzie i zupełnie inna sytuacja. To wrażenie spotęgowane jest tym, że zmiana ta dokonuje się przed naszymi oczami bardzo szybko. Dzięki małemu samolotowi w 45 minut zlatujemy z wysokości 4 150 m n.p.m, na zaledwie 200 m n.p.m. Z wysokiego Altiplano, na którym panują temperatury trochę ponad zero i gdzie marzy się głównie o gorącej herbacie, na tropikalną zalesioną równinę, na której człowiek wypaca ostatnie krople wody i marzy tylko o zimnym napoju z lodówki. Z gór i suchych wyżyn, na których przyroda ożywiona musi walczyć o każdy skrawek powierzchni do życia, do miejsca, które kipi jego bujnością. Te różnice zdają się też udzielać ludziom. Nie lubię generalizacji, ale coś w tym jest – czytam mianowicie w przewodniku, że „mieszkańcy surowych gór Boliwii są zamknięci, nieufni i nieskorzy do kontaktów z obcymi, podczas kiedy mieszkańców dżungli cechuje otwartość, pogoda ducha i ciekawość obcych”. Moje skromne osobiste doświadczenia zdają się to potwierdzać..

   Lecimy małym samolotem z dwoma śmigłami. Pierwszy raz – nie licząc kilkuosobowych awionetek – jestem w sytuacji, w której wchodząc do samolotu muszę się zdrowo pochylić, żeby nie powiedzieć – wczołgać się 🙂 16-tu białych viajeros i jedna para boliwijskich staruszków – ona w obowiązkowym meloniku, z długimi warkoczami i falbaniastej spódnicy. Ciekawe w jakim celu leci do dżungli to starsze małżeństwo. Z przodu – w otwartej kabinie tak, że mamy ich na wyciągnięcie ręki – nasi dwaj piloci. Maszyna chyba nie wznosi się na wysokość, na której latają rejsowe samoloty. Lecimy tuż nad górami, a czasem pomiędzy szczytami. Sceneria, jak w drugiej części Indiana Jones, kiedy w początkowych sekwencjach bohater ucieka nad Himalajami małym samolotem linii Lao Che. Po jakimś czasie krajobraz zmienia się – góry ustępują miejsca ciągnącemu się jak okiem sięgnąć morzu zieleni. Nasz cel – dżungla.. Jedyne, co w jakiś sposób narusza tę zieloną nieprzerwaną pokrywę, to rzeki. Co ciekawe, amazońskie rzeki nie mają ochoty płynąć prosto i zdecydowanie. Jak makaron-wstążki wiją się na tym zielonym talerzu, nieustannie wykręcając jakieś zakola. W prawo.. za chwilę w lewo.. i znowu w prawo. Jakby był to przejaw jakiegoś wodnego niezdecydowania.. Acz na pewno chodzi o coś zupełnie innego.. I ten kolor wody.. jak płynne masło orzechowe.. 🙂

   Już lądowanie dostarcza nam niezłych emocji. Ponieważ drzwi do kabiny są otwarte, dokładnie widzimy, jak piloci obierają cel. Pokryta zielenią równina i gdzieś niedaleko rzeki wycięty w zieleni krótki i wąski pasek. Samolot wyraźnie obiera kurs na niego. Silne podmuchy, czy prądy powodują, że maszyną rzuca w poziomie. Widać, jak pas ucieka to w prawo, to w lewo.. a piloci starają się utrzymać go pośrodku przedniej szyby. Dalej wypadki rozgrywają się błyskawicznie. Pasek szybko rośnie w oczach, a my „spadamy” z wysoka i za chwilę koła dudnią już po podniszczonym asfalcie – pilot stara się wyhamować na nim maszynę. Anglik za nami pozbywa się do torebki zawartości żołądka. To było mocne przeżycie – trochę jak lot roller coaster’em i zapewniło nam naprawdę wysoki poziom adrenaliny.. 🙂

   W małym parterowym pawilonie przy pasie startowym czeka na nas pracownik Madidi Jungle Lodge. Jedziemy razem z nim do biura w Rurrenabaque – załatwiamy tam krótkie formalności. Potem odwozi nas do hostelu, w którym dzisiaj zanocujemy. Dopiero jutro rano łodzią popłyniemy w górę rzeki – w głąb Parque Nacional Madidi. Pierwszy raz w życiu nocuję w takim hostelu – na pierwszym piętrze pokoje nie mają ścian od strony rzeki 🙂 W drewnianych ramach od podłogi do sufitu nie ma szyb, tylko zielona siatka przeciw owadom – i to też tylko miejscami. Dlatego nad obu łóżkami wiszą dodatkowe moskitiery. Te ściany, które są, wykonane są z nieotynkowanych cegieł. Ten brak zewnętrznego muru jest świetnym rozwiązaniem – mamy pokój, a jednocześnie możemy patrzeć na rzekę i czuć się częścią tego krajobrazu.. 🙂

   Popołudnie spędzamy spacerując po małej mieścinie. Atrakcjami są: targ, na którym można kupić np. buty przebierając w ich olbrzymiej stercie, nadrzeczny „bulwar”, na którym dla rozrywki niektórzy mieszkańcy jeżdżą w-tę-i-z-powrotem na skuterach, a na koniec malutki „plaza mayor” z ławkami, którego atrakcją są uwijające się między drzewami kolorowe papużki. Potem zapada zmierzch i udajemy się do swojego pokoju bez ściany. Dodatkową „atrakcją” wieczoru jest brak wody. Nie możemy się wykąpać w naszej łazience po trudach dnia. Na szczęście działa jeden prysznic na dole przy małym basenie. Robimy więc wyprawę w kąpielówkach i klapkach, żeby skorzystać z tego jedynego prysznica. Noc jest ciężka – musimy się przyzwyczaić do wysokiej temperatury, na szczęście chociaż tlenu jest w końcu pod dostatkiem.. 🙂

   Rano wyruszamy z przystani. Na brzegu rzeki Beni cumuje sporo podłużnych łodzi. Wszystkie podobne do siebie – ze składanymi siedzeniami i brezentowymi zadaszeniami. Na naszej łodzi jesteśmy jedynymi turystami, razem z nami płynie trzech członków „załogi” – sternik i dwóch majtków – nasz przewodnik i jeszcze kilka kobiet z dziećmi. Podróż do naszego obozu trwa ponad trzy godziny. Poziom wody miejscami jest bardzo niski. Dwóch chłopaków z obsługi, a chwilami też i nasz młody przewodnik, wskakują w ubraniach do wody przepychając łódkę przez płytkie miejsca, kiedy z powodu kamienistego dna trzeba podnieść śrubę do góry, a łódkę zaczyna wtedy znosić prąd. Sternik z wielką wprawą wybiera miejsca nadające się najlepiej do przeprawy, zbliżając się to do jednego, to do drugiego brzegu. W bursztynowo mętnej wodzie, nie widać mielizn i trzeba mieć całą nawigację w głowie. Tylko raz musimy zatrzymać się przy brzegu, bo śruba ewidentnie ucierpiała na kamieniach. Po kwadransie ruszamy dalej..

   W końcu dopływamy do obozu. Dostajemy naszą „chatę”. Jest bardzo solidnie wykonana i bardzo prosto, ale praktycznie urządzona. Mamy w niej łóżko, stolik, prostą łazienkę.. zamiast żarówki – świeczki. Na podeście wokół chaty, pod dachem są zawieszone hamaki. W obozie jest też jedna chata wspólna, w której spotykamy się na posiłki. Rytm dnia wyznaczają wspólne śniadania, obiady i kolacje, po których odbywają się krótkie „odprawy”. Każda dwójka, czy trójka turystów ma swojego przewodnika, z którym omawia to, gdzie za chwilę się uda – na który szlak i co będą na nim robili. Przewodnicy dzielą między sobą ścieżki tak, żeby nie prowadzić na nie więcej niż jednej grupy podróżników. Wszyscy mają wtedy wrażenie, że są w dżungli sami. A i las i zwierzęta nie są w ten sposób nadmiernie niepokojone. Wokół obozu znajduje się kilka szlaków. Wszystkie wychodzą z niego i po kilku kilometrach wracają koliście, po drodze w kilku miejscach krzyżując się ze sobą. Tych pięć dni jest optymalne, żeby je wszystkie zobaczyć i żeby jednocześnie szlaki nie zaczęły się powtarzać.

   To zaskakujące, ale ważniejszym od całej dżungli okazuje się nasz przewodnik. Albo też można powiedzieć, że stanowią dla siebie komplementarne dopełnienie.. Jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć..? 🙂 Cheo to cała osobna opowieść. Te pięć dni spędzamy praktycznie w jego towarzystwie. Dwa lub trzy razy w ciągu dnia wychodzimy na długie wędrówki. Niezwykły, 29-letni Boliwijczyk.. niezwykły, bo tchnie od niego jakiś niesamowity wewnętrzny spokój.. życzliwość.. i życiowa mądrość.. zupełnie, jakby tych lat miał z pięćdziesiąt.. Artysta.. z naturalnych materiałów, których dostarcza las, robi prawdziwe cudeńka. Kiedy słyszy moją opowieść, że nie mam (nie pamiętam..) snów, robi dla mnie z liany i sznurka prosty „dream catcher” 🙂 Jego „łapacz snów” wisi dziś na ścianie w moim domu na honorowym miejscu. Mamy w dżungli sporo czasu na długie wspólne rozmowy. On mówi o sobie, my o nas.. Opowiada nam historie ze swojego życia – aż trudno uwierzyć, że ma dopiero 29 lat.. Pokazuje nam i opowiada ciekawe rzeczy o roślinach, które mijamy na każdym kroku.. o ich medycznych – i nie tylko – zastosowaniach.. Mamy możliwość zobaczenia np. pnączy Ayahuasca w naturze..

   A przyroda..? Sami Indianie mówią nam, że przyjechaliśmy w nietypowym okresie. Jest za gorąco nawet dla nich. W trakcie spacerów zaskakuje nas np. to, że jak w polskim lesie pod nogami chrzęszczą suche liście. Dopiero kiedy trzeciego dnia zaczyna padać i leje przez całą noc, dżungla upodobnia się do samej siebie 🙂 Ale i tak nie musimy chodzić w gumowcach, więc jest to ewidentnie pora sucha. Z powodu tej temperatury i szeleszczących liści trudno jest trafić w lesie na jakieś zwierzęta. Nasz Cheo dwoi się i troi, żeby pokazać nam jak najwięcej tutejszych mieszkańców. Co chwila odwraca się do nas, gestem pokazuje, żebyśmy szli jak najciszej. Urządzamy wtedy „podchody” tak, żeby z jak najmniejszego dystansu zobaczyć np. małpy. Chociaż te – buszując wysoko w koronach drzew – najlepiej wychodzą na zbliżonych z pomocą teleobiektywu zdjęciach 🙂 Przez tych kilka dni na naszym szlaku udaje nam się zobaczyć mrówkojada, który nas nie wyczuł, żółwia mającego na skorupie ślady po pazurach jaguara, leżącego na ścieżce niejadowitego węża, gigantyczne mrówki wielkości palca, czy niebieskie motyle morpho. Czasem odwrotnie – nie my znajdujemy zwierzęta, ale one szukają kontaktu z nami 🙂 Niezapomniany zabawny incydent, kiedy to podczas poobiedniej sjesty wparowuje do naszej chaty zwalisty tapir. Kamila piszczy, ja bohatersko staram się wypchnąć 200-kilową kreaturę z naszego domku. Nie zapomnę bezpośredniego kontaktu – zwierzak ma tak twardą skórę na zadzie, jakbym dotykał deski z sierścią. Zanim daję radę go wypłoszyć, zżera nam zapas świeczek 🙂

   Oprócz kontaktu wzrokowego ze zwierzyną jest też mnóstwo dźwięków, które uczymy się rozpoznawać. Do zabawnych należy odgłos ping-pong’a 🙂 Słychać w lesie dźwięk, do którego wyobraźnia podpowiada dwóch ping-pong’istów odbijających piłeczkę przy stole.. pik.. pok.. pik.. pok.. niesie się echem.. Na nasze pytanie „co to?” Cheo odpowiada, że to stado żerujących świń – rozgryzają swoje ulubione orzechy. Mimo tego, że już wiadomo o co chodzi, dźwięk jest tak łudząco podobny, że nadal słychać ping-pong’istów 🙂 Raz udaje nam się nawet zobaczyć z pewnej odległości tych tenisistów stołowych w akcji – stadko, które wyszło do wodopoju 🙂 W miejscu zwanym El Mirador. Orzekliśmy z Kamilą, że w takich okolicznościach przyrody można by wybudować swój dom.. Podczas jednej z wędrówek Cheo wyprowadził nas na wysoki lessowy klif, z którego mieliśmy możliwość podziwiania zakola rzeki – szliśmy lasem nie spodziewając się takiego widoku, aż nagle doszliśmy do krawędzi lasu dokładnie w miejscu, gdzie poniżej rzeka zdecydowała się zrobić jedną ze swoich pętelek.. A dalej za nią morze zieleni, a w oddali wzgórza.. Taki widok można by mieć codziennie pijąc poranną kawę.. A poniżej dodatkowo dzikie świnie grałyby w ping-ponga.. 🙂 Jeśli o przyrodzie jeszcze.. to niekwestionowanym królem tej przyrody jest tutaj Mapajo (czytaj: Mapaho) – olbrzymie drzewo o charakterystycznym pniu, które u podstawy rozszerza się, tworząc wykroty, w których spokojnie może schować się cała sylwetka człowieka. W drzewach tych mieszkają – według Indian – duchy niezbyt przyjazne ludziom. Z tegoż powodu miejscowi traktują je z dużym szacunkiem i rezerwą.

   Oprócz wszystkich zaplanowanych na te pięć dni aktywności wydarza się też nam jedna zupełnie niezaplanowana 🙂 Jak zwykle po krótkim poobiednim odpoczynku wychodzimy po raz kolejny na ścieżkę z zamiarem przejścia kilku kilometrów. „Ścieżka” jest tutaj dosyć umownym pojęciem. Czasami faktycznie jest wydeptana, ale czasem jest dostępna tylko dla oczu przewodnika, który widzi w tym zielonym matrix’ie zupełnie co innego, niż my. Czasem ścieżkę zagradza zwalony pień, trzeba wtedy poszukać, gdzie po prawej lub po lewej jest jej kontynuacja, czasem ludzka ścieżka krzyżuje się z tą, którą wydeptały sobie zwierzęta i trzeba cały czas zachować czujność, żeby nie zboczyć z obranego kierunku. W niektórych wątpliwych miejscach przewodnicy stawiają tabliczki-drogowskazy, żeby potwierdzić kierunek, zwłaszcza dla tych, którzy pracują od niedawna w Madidi, jak np. nasz Cheo.. Idziemy więc ścieżką, której nigdy jeszcze Cheo do końca nie przemierzył. Jak zawsze, na wszelki wypadek chłopak zostawia co jakiś czas znaki swoją maczetą – jak mówi: „nawet jeśli jesteś pewien, że nie pobłądziłeś – zostawiaj znaki.. nie wiadomo, jak sytuacja będzie wyglądała za moment..”. Robimy postój przy jednym z takich drogowskazów – odeszliśmy od obozu już jakieś trzy kilometry. Od tego miejsca, zdaniem Cheo, ścieżka powinna zawracać powoli w kierunku obozu – po kolejnych trzech kilometrach powinniśmy do niego dotrzeć.. Idziemy.. Cheo jak zwykle stara się nam wystawiać zwierzęta.. podchodzimy małpy.. właśnie tu spotykamy żółwia, który ma na skorupie wyraźne ślady pazurów. Cheo opowiada, że jaguary bardzo lubią żółwie mięso. Nawet kiedy żółw schowa się w skorupie, mają technikę uderzania w tylną część skorupy tak, żeby wystraszony żółw wystawił głowę, a wtedy już po nim. Ten nasz widocznie wytrzymał wojnę nerwów, bo skończyło się na śladach pazurów na pancerzu. I tak idziemy w kierunku obozu.. Kamila, która zawsze idzie druga zaraz za Cheo, podobno wcześniej zorientowała się, że „coś jest nie tak”. Nasz przewodnik, który zawsze dbał o to, żeby nie zostawiać nas w tyle – uwzględniał naszą kondycję – teraz wyraźnie zaczyna coraz częściej wyprzedzać nas, jakby chciał szybko coś z przodu sprawdzić.. potwierdzić. Zaczyna się przedwieczorna szarówka – która, wiadomo, trwa tu niezwykle krótko. Kiedy słońce już zdecyduje się zajść – rach-ciach, robi to błyskawicznie. Tak więc Cheo coraz częściej zostawia nas z tyłu, idzie coraz szybciej, zostawia coraz więcej znaków – brutalnie ścinając już nawet młode drzewka, nie tylko robiąc draśnięcia na korze dużych drzew. Teraz i ja widzę, że nasza ścieżka zniknęła i.. zgubiliśmy się. Od naszego ostatniego postoju przeszliśmy pewnie jakieś dalsze dwa kilometry. Tu Cheo postanawia nas wtajemniczyć w naszą sytuację – w miejscu naszego ostatniego postoju tabliczka-drogowskaz musiała być „przekręcona” i wskazała nam niewłaściwy kierunek. Musimy koniecznie do niej wrócić. Ale pierwsze co teraz robi, jest zaskakujące.. 🙂 Usadza nas na zwalonym pniu i mówi, że musimy zebrać myśli. Zapala szczapkę drzewa palo santo, tłumacząc, że to najlepszy sposób na uspokojenie się i dostrojenie do Dobrej Fali. Mówi też coś, czego na szczęście Kamila nie usłyszała już: „jeśli zapadnie zmrok, nie będziemy mogli iść dalej – w załomach Mapajo zbuduje dla nas prowizoryczny szałas i w nim przeczekamy noc. O świcie bez problemu znajdziemy obóz”. Moja pamięć od razu przywołuje dzisiejszą opowieść – nomen-omen o tym – jak to Mapajo doskonale nadaje się na kryjówkę, bo przynajmniej z trzech stron człowiek jest osłonięty przed atakiem jaguara. W szarówce zaczynamy pospieszny odwrót. Cheo zrobił tego wieczoru coś, co do dzisiaj zostaje dla mnie zagadką. Jak na podstawie nadłamanych gałązek i rys na korze można przez dwa kilometry znajdować drogę. Mam wrażenie, że on pamięta sekwencję tych śladów, bo czasem zatrzymuje się, rozgląda i mówi, że szuka czegoś konkretnego. Po chwili znajduje swoją poszukiwaną gałązkę, czy ślad na korze i dalej biegniemy. Kiedy dopadamy do znajomych rozstajów jest już ciemno. Stąd Cheo postanawia jednak iść dalej – ścieżka jest dla niego widoczna. Wokół nas latają dziesiątki małych świetlików, a my dodatkowo staramy się oświetlać drogę – ja małą ledową latarką, a Kamila i Cheo telefonami. Jakieś sto metrów przed obozem, znajduje nas ekipa ratunkowa – pozostali przewodnicy, którzy zorientowali się, że nasza trójka nie wróciła na kolację.. Na szczęście nasza przygoda dobrze się kończy – mamy szansę zjeść kolację w naszej jadalni, wykąpać się w naszej łazience – nie musimy, zgodnie z tym co mówił Cheo, budować szałasu w załomach Mapajo.. 🙂

Przyznaję się bez bicia, że biegnąc z latarką po ciemku, patrząc na latające świetliki, pozwoliłem przemknąć przez głowę myśli: „Ekstra! 🙂 będzie co opisać na Viajero.. :)”

P.S. Cheo – tęsknimy za Tobą i wspominamy Cię często.. Można powiedzieć, że w równym stopniu tęsknimy za Tobą, co za Dżunglą..

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Tags:

Dni 9-10 i 17 – 16-17 i 24 października – La Paz cz.1 i cz. 2

   

Paweł “Viajero”:

   Siadamy z plecakami na głównym skrzyżowaniu Copacabana. Co godzina ruszają stąd zielone autobusy firmy „Oltursa”. Nie sposób je przegapić – kierowca gardłowym głosem wykrzykuje kierunek, w którym będzie jechał: „para La Paz! para La Paz!! para La Paz!!!”. Kobiety w kapeluszach z tradycyjnie związanymi na końcu warkoczami, niektóre z wplecionym w każdy z nich eleganckim pomponem, meloniki i barwne pledy na plecach – to wszystko stanowi o urokliwym kolorycie. Podróżni, którzy zaraz wsiądą do autobusu, zaopatrują się w prowizorycznym stoisku w napoje na drogę – butelki z wodą, kolorowe napoje gazowane. Można też wypić na miejscu „oranżadki” rozlewane do plastikowych kubeczków. Klimat naszego niegdysiejszego stanowiska z saturatorem. No może warunki higieniczne na odrobinę niższym poziomie.. 🙂

   Jedziemy wzdłuż brzegów jeziora. Copacabana leży na dużym półwyspie wcinającym się głęboko w wodę i dzielącym prawie w tym miejscu Titicaca na dwie części. I właśnie z tym „dzieleniem” związana jest zabawna historia. Po trzech kwadransach zatrzymujemy się w małym miasteczku. Miejsce wygląda jak targowisko nad samym brzegiem jeziora. Pasażerowie leniwie wysiadają z autobusu – pewnie chwila postoju dla kierowcy. Nie chcę mi się wychodzić, Kamila idzie rozprostować nogi. Oprócz mnie w autobusie zostaje tylko jedna bardzo sędziwa Indianka. Kierowca zamyka drzwi i uruchamia silnik. Wykonuje kilka manewrów – pewnie chce zaparkować w cieniu, myślę. Ale nagle ku mojemu zaskoczeniu autobus wjeżdża na prom. „Prom” to za dużo powiedziane, wjeżdża na płaskodenną drewnianą łódź niewiele większą od autobusu. Wysoki pojazd nabiera całkiem niezłego przechyłu – to w jedną, to w drugą stronę. Płyniemy.. No tak.. przypomniałem sobie jeden z wpisów na Tripadvisor. Połączenie promowe skracające drogę w kierunku La Paz w miejscowości Tiquina – „pasażerowie muszą przepłynąć tę drogę łodziami, autobusy pokonują ten przesmyk na promie”. Kamila będzie musiała popłynąć łodzią – musi zadbać o siebie, skoro już doszło do rozdzielenia. Nie mogę nic już teraz zrobić będąc na środku jeziora. Jeśli Kamili nie uda się przeprawa – cóż, będę musiał wysiąść z bagażami i zaczekać na nią. Może Kamila opisze to w swojej części, jeśli nie – dopowiem to za nią. Sprawa bardziej się skomplikowała, bo Kamila akurat nie miała grosza, czy też centavo przy duszy. Nie mogła więc popłynąć łodzią, za którą trzeba dodatkowo zapłacić. Ubłagała więc kierowcę autobusu, żeby mogła ukradkiem – wbrew oficjalnemu zakazowi – płynąć na promie obok autobusu. Z powodu zakazu nie chciał jej też wpuścić do środka pojazdu. I tak płynęliśmy obok – ja myśląc, że Kamila płynie gdzieś łodzią, ona wiedząc, że jest bezpieczna, a ja jestem kilka metrów od niej w autobusie 🙂

   Po godzinnej jeździe autobusem wzdłuż brzegów ostatecznie rozstajemy się z Titicaca. Krajobraz jest nadal suchy, niegościnny. Przyroda zdaje się dawać do zrozumienia, że nie warto zapuszczać się w te okolice. Wbrew temu, co jakiś czas na trasie mijamy biedne miasteczka. Osady bez chodników, z rozkopanym asfaltem, czy wręcz ulicami tylko z ubitej ziemi. Domy z dużej czerwonej cegły z prętami sterczącymi z ostatniej niedokończonej kondygnacji. Uliczne stragany, na których gospodynie mogą kupić mąkę wprost z worków, wielkie butle z olejem i inne podstawowe produkty. Po jakichś dwóch godzinach pasażerowie zaczynają wysiadać na kolejnych „przystankach”. Przejeżdżamy teraz przez mieścinę, która wygląda jeszcze gorzej, niż te mijane po drodze. Dopiero, kiedy po prawej stronie drogi pojawia się widok kotliny z panoramą olbrzymiego miasta, orientujemy się, że przejeżdżamy przez El Alto – najuboższą dzielnicę La Paz. Wrażenie jakie sprawia, jest wręcz przygnębiające – jakbyśmy chwilami znajdowali się za więziennymi murami..

   Autobus ma zatrzymać się przy dworcu autobusowym – w miarę w centrum miasta. Mamy stamtąd opracowaną drogę do Plaza San Francisco. W jego okolicy znajduje się tzw. Mercado de Las Brujas (Targ czarownic), a w jego pobliżu okolica, w której podobno jest sporo hoteli i hosteli dla „plecakowców” – tam zamierzamy znaleźć lokum dla siebie. Autobus zatrzymuje się na końcowym przystanku. Budynek, przy którym stajemy, pasuje do „rysopisu” dworca autobusowego, ale szybko okazuje się, że to stacja kolejki linowej. Plan wziął w łeb – nie wiemy, gdzie jesteśmy, jak daleko stąd do Plaza San Francisco – musimy skorzystać z taksówki. Udaje się nią dojechać do placu – nawet nie było tak daleko. Zostawiam na nim Kamilę z plecakami, a sam wyruszam na poszukiwanie optymalnego lokum – w znośnej cenie, ze znośnymi warunkami. W kilku hotelach – ceny za wysokie, w jednym hostelu cena w porządku, to znowu pokój ciemna norka z niezmienioną pościelą. Dopiero po jakimś czasie trafiam do małego hoteliku przy uliczce prowadzącej schodkami pod górę. Za drzwiami patio oświetlone przez mleczny szklany sufit i trzy piętra schodów, galeryjek z wejściami do pokojów. Dogaduję cenę i wracam po Kamilę. Pokój jest duży, ale do luksusu mu daleko – nie ma okna, trochę zatęchłe powietrze, a sanitariat nam się co chwila zapycha. Dzięki sporym rozmiarom, lustru z finezyjnej oprawie i kanapie ze starodawnym obiciem uzyskuje przydomek „apartament Paderewskiego”. Dwie noce jakoś się tutaj przemęczymy 🙂

   Tego dnia spacerujemy głównie w okolicach placu i Mercado de Las Brujas. Targ czarownic trochę rozczarowuje – zgrupowanie kilkunastu straganów pod niebieskim brezentem, głównie wzdłuż ulicy Santa Cruz. Przy każdym straganie stara Indianka. Na straganach zasuszone embriony lam, których używa się ponoć jako talizmanów na szczęście – np. wmurowując je w fundamenty nowobudowanego domu. Oprócz tego zioła, herbaty, szczapki drewna palo santo i tysiące innych „czarodziejskich” drobiazgów. Jako, że Mercado przyciąga turystów, to w jego okolicy zgromadziły się też sklepiki z pamiątkami, instrumentami muzycznymi, tekstyliami z wełny lam. Kamila ma stąd magnesik z laminowanego liścia koki z napisem Boliwia 🙂 Z ciekawostek – jak u nas prażone orzeszki, czy lody, tak w La Paz na każdym kroku można kupić chrupki kukurydziane, które sprzedawcy sprzedają wprost z wielkich worów lub zwykłych taczek. Za kilka Bolivianos można kupić sobie plastikową torbę pełną chrupek w różnym wydaniu – na słodko, na słono, na-jakoś-tam-jeszcze.. 🙂

   Pisać.. nie pisać.. zastanawiam się. Ta awantura mogła się przydarzyć w dowolnym miejscu na Ziemi, może więc nie być interesująca, jeśli ktoś czyta ten post w poszukiwaniu informacji o Boliwii.. ale niech tam.. Jest noc.. ta pora.. w której człowiek przebudzony, nie wie, jak dawno zasnął – czy było to przed chwilą, czy też może już świta. Ten człowiek nie za bardzo nawet pamięta, gdzie jest.. gdzieś poza czasem i przestrzenią. W ten stan wdziera się uporczywe pukanie.. coś jakby ktoś po nocy uparł się, że będzie zamiatał zamaszyście podłogę, nie bacząc na to, że co chwila rąbnie z rozmachem szczotką o ścianę.. Na miły Bóg.. dlaczego on zamiata podłogę w środku nocy. Może uda się jakoś wrócić w sen puk.. puk.. Ciężko będzie puk.. puk.. Już na moment udaje się odpłynąć.. i znowu puk.. puk.. puk.. Wygląda to już jak zabawa w kotka i myszkę.. jakby złośliwie czekał, aż prawie uda się zasnąć i wtedy znowu puk.. puk.. puk.. Wściekłość zaczyna wzbierać we mnie.. „w kotka i myszkę.. ze mną..??” puk.. puk.. „Sprzątać w środku nocy.. na złość.. wprost nad moją głową..” puk.. puk.. „Do k… …!!!” Zrywam się z łóżka.. Kamila też nie śpi – „daj spokój”, mówi. Nie odzywam się tylko wciągam w pośpiechu spodnie – na bosaka, bez koszulki, w samych spodniach biegnę jak taran nabuzowany na pierwsze piętro. Wprost nad nami jest pokój, w którego w oknie wychodzącym na korytarz widać mdłe światło, słychać w nim cichutko grające radio. Tylko tu może się znajdować ten uporczywy „sprzątacz”. Bez namysłu walę do drzwi – już ja ci pokażę szczotką walenie w nocy środku. Nikt nie odpowiada – pukanie ustało. Nie wytracając impetu łapię za klamkę i pcham drzwi, w tym momencie czuję, że coś stawia mi słaby opór od środka. Rozjuszony oburącz pcham drzwi i wywalczam sobie większą szczelinę. I cóż w niej widzę? Wątły opór stawia mi od środka krępy nagi Indianin krzyczący teraz na widok rozjuszonego białego „que pasa!? que pasa!?” (co się dzieje!?). W łóżku po lewej stronie chichocząc zakrywa się kołdrą naga indiańska squaw. Zapominam na moment wszystkie języki świata – jedyny, w którym jestem w stanie dokonać pełnej ekspresji stanu mych emocji, to mój język ojczysty. Puszczam więc w kierunku Indianina niechlubną wiązkę przekleństw, w której daję mu do zrozumienia, że jak jeszcze raz puknie, to spotka go los straszny. Wyładowany wracam do pokoju. Ciężko było prawdopodobnie dokończyć dzieła bezszelestnie, ale już więcej tej nocy nie zakłócało nam spokoju „pukanie szczotką”.. 🙂

   Po burzliwej nocy dzień zaczynamy poszukiwaniem produktów spożywczych – skończyły nam się zapasy żywności. Przy samym placu odkrywamy Mercado Lanza, zadaszoną wersję placu targowego, który na trzech poziomach mieści dziesiątki blaszanych „szczęk” – stoisk, w którym znajdziesz wszystko. A na pewno wszystko to, co nam podróżnikom potrzebne do życia: pieczywo, ser, pomidory, cebula, owoce etc.

   Na pewno największą atrakcją tego dnia w La Paz jest wjazd kolejką górską łączącą dół kotliny z dzielnicą El Alto. Do stacji kolejki idziemy na piechotę – niełatwo spaceruje się po La Paz, prawie wszędzie jest pod górę 🙂 Docieramy do eleganckiego budynku stacji – tego, przy którym wysadził nas autobus z Copacabana. Kolejka nadziemna w La Paz to prestiżowy projekt, w który zaangażował się sam prezydent kraju Evo Morales. Podniebne metro, które ma rozwiązać problemy komunikacyjne miasta. Faktycznie, zamiast wjeżdżać w korkach ponad godzinę ulicami wspinającymi się po zboczach kotliny, można w parę minut wjechać czerwoną linią z samego jej dna do płaskowyżu El Alto, na którym znajduje się np. lotnisko. Kupujemy bilety i wsiadamy do czerwonego wagonika. Z naszego punktu widzenia – szkoda, że podróż trwa tak krótko. W dole miasto.. w pewnym momencie wzrok przyciąga regularna zabudowa, cały „kwadrat” wypełniony podłużnymi kilkukondygnacyjnymi budynkami z jednakowymi dachami. Przy dłuższej lustracji, okazuje się, że to cmentarz. Na kilku kondygnacjach równo stojących budynków zamiast okien i drzwi, wnęki z kwiatami, za którymi znajdują się zamurowane prawdopodobnie urny z prochami. Całe duże „osiedle” tych, co odeszli – Cementerio General.

   Na samej górze znowu elegancka stacja, budowana z aż za dużym rozmachem. Widać, że to pokazowy projekt, który ma promować Boliwię, jako państwo rozwijające się i aspirujące do nowoczesności. Na górnym „pokładzie” budynku punkt widokowy, gdzie z wysokości 4150 m. n.p.m. można podziwiać olbrzymią panoramę miasta. W sumie to najlepsze chyba co La Paz ma do zaoferowania – widok ośnieżonych szczytów i miasto wypełniające prawie po brzegi kotlinę. Z daleka wygląda to wszystko całkiem urokliwie. Chociaż z drugiej strony, jak napisał kiedyś mój Kolega o fawelach w Rio de Janeiro.. wygląda to trochę, jak “ludzka pleśń pokrywająca piękny krajobraz”.. Tak – można w tym zobaczyć i jedno i drugie..

Po zjechaniu z powrotem do kotliny robimy rekonesans na dworcu autobusowym. Znaleźliśmy na mapie, gdzie znajduje się ów „dworzec autobusowy”, przy którym miano nas wysadzić w drodze z Copacabana. Faktycznie, jest niedaleko. Chcemy sprawdzić, jak wygląda sytuacja z biletami na trasie La Paz – Uyuni. Kiedy wrócimy za kilka dni z dżungli naszą kolejną destynacją będzie pustynia solna Salar Uyuni. Chcemy sprawdzić, czy można bez problemu kupić bilety na ten sam dzień, czy powinniśmy kupić je teraz z kilkudniowym wyprzedzeniem. Jest wielu przewoźników, na tablicach reklamowych trzeba szukać tras, na których jeżdżą. Po krótkim wywiadzie w kilku kasach mamy pewność, że zakup biletów na ten sam dzień nie stanowi problemu. Wrócimy tu zatem za kilka dni.

   Kolejny nocleg – już bez żadnego „pukania szczotką”. Następnego ranka udajemy się taksówką do kolejki Teleferico. Wczoraj to wymyśliliśmy, kiedy podróż kolejką do El Alto zajęła nam kilka minut – zamiast wstawać dużo wcześniej, przepłacać taksówkę do El Alto, polecimy kolejką, a tam zrobimy krótki kurs taksówką. Wjeżdżamy.. Jeszcze w wagoniku pytamy współpasażerkę, ile może kosztować taksówka z El Alto na lotnisko. Elegancka starsza pani – okazuje się, że ona również jedzie na lotnisko – sama proponuje nam podzielenie się kosztami. Bierzemy wspólną taksówkę i wszyscy za 30 Bolivianos dostajemy się na lotnisko.

   Na lotnisku czeka nas trochę emocji – nasz samolot spóźnia się. Kilka lotów, które najpierw są wyświetlone w naszym gate, jako następne po naszym – odprawiają się kolejno, a my czekamy.. Kilkanaście osób, które wyraźnie również czeka na lot do Rurrenabaque, jest coraz bardziej zniecierpliwionych. Godzinne opóźnienie to nie jest to najgorsze, co potrafi się przydarzyć linii Amaszonas. Na szczęście w końcu nad gate’m wyświetla się nasz kierunek i pracownik odprawy sprawdza nam karty pokładowe, a potem prowadzi nas na piechotę przez płytę lotniska do 18-to osobowego Fairchild’a Metro 23..

(Tu następuje niestandardowy przeskok w czasie – nasze przygody w dżungli zostaną opisane w następnym odcinku)

                                                   * * *

   Wracamy do La Paz z dżungli – na to samo lotnisko, z którego wylecieliśmy pięć dni temu. Razem z zaprzyjaźnionymi Anglikami spotkanymi w Madidi Jungle Lodge bierzemy taksówkę z lotniska do centrum. Jedziemy oglądając nocną odsłonę La Paz. Mimo wieczornej pory korki na Autopista La Paz – El Alto. Po tygodniu spędzonym wśród nieskończonej zieleni, ludzkie mrowisko wydaje się tym bardziej czymś nienaturalnym – przytłaczjącym i ponurym. Dlaczego ludzie chcą tak żyć jeden-na-drugim tłocząc się, jak mrówki w mrowisku. Żegnamy się z Anglikami – zazdrościmy im tego, że od kilku miesięcy znajdują się w podróży po Ameryce Południowej, a przed nimi jeszcze wielomiesięczna trasa po Australii i Nowej Zelandii. Wysiadają jeszcze przed placem San Francisco, my ponownie chcemy zanocować w jego okolicy. Na pewno nie tam, gdzie „pukają” nocami. Tym razem wybieramy hotelik, który za pierwszym razem był trochę „za drogi” – na jedną noc możemy trochę odpuścić z formuły low-budget.

   Następny dzień możemy cały poświęcić na spacerowanie po La Paz. Rano odwiedzamy betonowo-blaszany bazar Mercado Lanza i zaopatrujemy się w produkty na śniadanie. Po śniadaniu ruszamy znaleźć pocztę. To jedna z naszych ulubionych misji – znaleźć w Dalekim Świecie pocztę i wysłać pocztówki do przyjaciół w Polsce i nie tylko.. 🙂 Kupujemy kartki, znaczki i idziemy dalej na spacer, znaleźć dogodne miejsce do ich wypełnienia. Pod siedzibą Ministerstwa Pracy pokojowa demonstracja. Setki mężczyzn i kobiet z różnych okręgów Boliwii koczują pod budynkiem na okalających go chodnikach. Ludzie siedzą na ziemi, kobiety wydają jedzenie z garnków – prawdziwe „obozowisko”. Idziemy dalej, aż trafiamy na urokliwy Plaza Murillo. Tu możemy usiąść spokojnie wypełnić kartki pocztowe, ale też poprzyglądać się ludziom. Plac pełen jest gołębi, wśród których biegają beztroskie dzieci. Obok nas na sąsiedniej ławce zabawna scenka. Ławeczkę zasiedla czterech dostojnych staruszków, którzy najpierw prowadzą niezbyt ożywioną dysputę, po czy kolejno zapadają w drzemkę, żeby znowu za pół godzinki obudzić się i jakby nigdy nic, powrócić do przerwanej rozmowy.. wesołe jest życie staruszka.. 🙂

   Spacerując dalej trafiamy na jedyną zabytkową uliczkę z czasów kolonialnych – Calle Jaen. Aż dziwne, że w całym La Paz zachowała się tylko ta jedna krótka i wąska uliczka.. Skoro już tu jesteśmy, siadamy, żeby napić się kawy w jednej z kawiarenek. Potem wracamy już w kierunku poczty, gdzie ostatecznie wypełniamy naszą misję oddając kartki pani w okienku. Tutaj łapie nas popołudniowy deszcz. Nie możemy go nawet przeczekać, bo pora już żeby powoli wrócić po nasze plecaki zostawione w hotelu i udać się na dworzec autobusowy. Kiedy przechodzimy przez plac San Francisco robi nam się żal, że tyle razy przechodziliśmy obok kościoła Św. Franciszka i ani razu do niego nie weszliśmy. Wchodzimy więc chociaż na chwilę – pożegnać się z nim i z La Paz..

   A teraz w drogę.. na dworzec, znaleźć nocny autobus do Uyuni. Zmieniamy dekorację – jedziemy na kamienistą pustynię, gdzie temperatury spadają poniżej zera, a nad kolorowymi lagunami żerują różowe flamingi.. 🙂
 

Tags: