Dni 15-16 – 21-22 listopada – Okolice Mandalay („szkic”)

Piąty z serii birmańskich “szkiców”.. a do wylotu pozostało już tylko 6 dni..

   

Paweł “Viajero”:

   Trzy stolice Birmy – taki jest plan na dzisiaj. Trzy miejscowości położone na południe i południowy-zachód od Mandalay, które w różnych okresach historycznych pełniły rolę stolicy królestwa Birmy. Kierowca ustala z nami kolejność, uzależniając ją od tego, czy chcemy – jak większość turystów – zobaczyć most U Bein w Amarapura o zachodzie słońca. Jeśli tak, to w pierwszej kolejności jedziemy do Sagaing – położonego najdalej od Mandalay, potem poprzez Inwa, będziemy cofać się do Amarapura i wrócimy do Mandalay.

   Zanim wyjedziemy z miasta, nasz kierowca wiezie nas do Mahamuni Paya. Ponoć obowiązkowy punkt na szlaku. Można podziwiać tu najważniejszy w Birmie posąg Buddy. Jego znaczenie wynika z tego, że jest to podobno jedyny prawdziwy wizerunek. Miał być wykonany za życia Oświeconego i on sam miał do niego pozować. Czterometrowa sylwetka Buddy wykonana z brązu siedzi na tronie w stroju birmańskich władców. Do dzisiaj brązowa pozostała jedynie twarz, cała reszta posągu – na modłę birmańską – została oklejona przez stulecia złotymi płatkami zatracając swój antropomorficzny kształt. Cała ta góra brązu i złota waży już ponad 12 ton.

10-02-maha2
   Znowu zostawiamy buty w taksówce i ruszamy do świątyni. Najpierw długa alejka, przy której nie tylko tradycyjne sklepiki, ale także warsztaty, w których wyrabia się różne dewocjonalia. Po lewej stoisko pełne marmurowych Buddów, po prawej manufaktura dzwonów, dzwonków i innych płaskich talerzy-gongów. Właśnie odbywa się kucie i „strojenie” jednego z nich. Wchodzimy w obręb zabudowań wokół świątyni. Dziedziniec otaczają pomniejsze budynki. W każdym z nich coś ciekawego do zobaczenia. Posąg trzygłowego słonia z brązu. Najwyraźniej wszyscy dotykają go na szczęście – dokładnie widać, gdzie jest głaskany – czoło i kły są lśniące, reszta równo pokryta patyną. W innym pawilonie dwa posągi w tradycyjnych strojach podtrzymują duży płaski gong. W głębi dziedzińca taki sam, tylko olbrzymi, mający pewnie ponad cztery metry, pokryty wypukłymi odlanymi birmańskimi „robaczkami”. Obok mała kapliczka-łaźnia, gdzie każdy może polać wodą posążek Buddy z właściwym – dla dnia swoich urodzin – dniem tygodnia. Dni wypisane po birmańsku i – trochę z błędami – po angielsku.. W innej części dziedzińca obowiązkowe tu w świątyniach mniejsze, klasyczne dzwony, w które większość przechodzących uderza końcem grubej, jak męski biceps, gałęzi. W jednym z przylegających do dziedzińca budyneczków zaskoczenie – kolekcja dużych olejnych obrazów. Historie z życia birmańskich królów i świętych. Docieramy w końcu do głównego korytarza, w perspektywie którego widać słynny posąg. Kobiety modlą się na posadzce przed wnęką, w której znajduje się tron Buddy. Mężczyźni uwijają się wokół posągu naklejając złoto w płatkach. Modlących się jest tyle, że nie za bardzo można podejść bliżej. Kto ma daleko, może „transmisję z naklejania” oglądać na dużych monitorach. Z lewej strony krypty rusza właśnie mała kolorowa procesja. Wygląda to jak pierwsza komunia. Sznureczek małych Birmańczyków płci obojga ubranych w jaskrawo-czerwone stroje, ociekające złotymi zdobieniami. Za nimi rodzice, odświętnie ubrani, niosący misy z kwiatami..

   Po drodze, skoro już tu jesteśmy – mówi nasz taksówkarz – zobaczymy manufakturę posągów z brązu. Zajeżdżamy pod posesję, na której pod chmurką są porozstawiane wielkie rzeźby na różnych etapach produkcji. Ile trzeba mieć wyobraźni przestrzennej, żeby wpuszczając roztopiony metal między dwie warstwy gipsu uzyskać posąg albo Buddy, albo narodowego bohatera – generała Aung San (ojca Suu Kyi). Oczywiście wstępnie odlana bryła nie jest od razu gotowym lśniącym posągiem – w ruch idą potem młotki, dłuta, a następnie elektryczne szlifierki, ale sam proces odlania jej nadal jest fascynujący..

10-04-sag1
   Sagaing – droga do niego wiedzie wzdłuż rzeki. Leniwie płynącą Irawadi ciągną barki oraz mniejsze i większe łodzie. Przy brzegu w wielu miejscach pracują pogłębiarki. Być może wydobywany piasek jest jakimś „surowcem” i nie tylko o regulowanie biegu rzeki chodzi. Widok po drugiej stronie Irawadi wygląda, jak „uprawa stup”. Cały przeciwległy brzeg to zalesione niewysokie wzgórza, z których wyrastają złote i białe stupy różnych wysokości. Wygląda, jakby ktoś podlewał to miejsce i one wyrastały, jak grzyby po deszczu. Coś zresztą w tym jest – grunt wiary jest tu tak silny i to on wypycha je na powierzchnię, a potem ku górze. W perspektywie, w dole rzeki widać dwa mosty – metalowe konstrukcje, z których młodszy, większy wygląda jak faliste tory dużego rollercoaster’a. Przejeżdżamy przez niego i zaczynamy się wspinać się pod górę..

   Jedziemy przez miejscowość – bardziej wioskę, niż miasteczko. Drogą chodzą całe „watahy” małych mnichów ubranych w różowe szaty. W zielonych okolicznościach przyrody, po obu stronach jezdni klasztorne zabudowania pełne mnisiej młodzieży. Bardzo wdzięczny „plan fotograficzny”. W Sagaing mamy do zobaczenia dwie świątynie. Pierwsza z nich to OoHminThoneSel Pagoda – znana z 45 posągów Buddów siedzących półkolem pod arkadami. Pawilon z nimi zdobny jest w różnokolorowe kafle na podłodze i mozaikę z lusterek na zielonych ścianach. Budda siedzący centralnie jest odrobinę wyższy i ma zdobioną płaskorzeźbę-tron. W równych półkolach po prawej i po lewej siedzi po dwadzieścia dwa odrobinę niższych klonów. Dla nas ta świątynia będzie pamiętna jeszcze z jednego powodu 🙂 W podcieniach jest dosłownie kilka osób oprócz nas – na palcach ręki można policzyć. Kamila poluje na swoje zdjęcie „45 Buddów bez ludzi”, a ja stoję w pobliżu centralnego posągu. Nagle drugi raz podczas naszego pobytu w Birmie słyszę polski język. Kobieta mówi do swojego męża: „ciekawe, dlaczego ten jest większy od pozostałych?”. Pozwalam sobie na mały żarcik i stojąc tuż obok niej mówię „nikt nie wie dlaczego..”. Zaskoczenie po jednej stronie, uśmiechy po obu. Kwitujemy to żartobliwym stwierdzeniem, że „może to jakiś szef..” i że „zawsze jakiś musi przecież być..” 🙂 Rozchodzimy się w swoje strony. Wygląda to na krótki polonijny epizod-incydent, ale życie lubi płatać figle..

10-05-sag2
   Druga świątynia to SoneOoPoneNyaShin Pagoda – chyba zdecydowanie większe centrum sakralne. Dużo pielgrzymujących, kadzidełka, dary z owoców i sznurów kwiatów u stóp wielkiego siedzącego posągu Buddy z białego marmuru. W obrębie zabudowań centrum stanowi oczywiście wysoka złota stupa. W tym miejscu pada „historyczne zdanie”, które potem będziemy ze śmiechem wspominać. Noszę aparat w plecaczku. Staramy się nie biegać cały czas z aparatem w dłoni. Kiedy pojawia się coś ciekawego, jakiś przyciągający plan, pada z reguły pytanie „wyciągnąć aparat?”. I tutaj pierwszy raz w Birmie na takie pytanie pada odpowiedź „nieeeee…”. Po sfotografowaniu miliona złotych stup zdecydowanie podnosi nam się już poprzeczka.. 🙂

   Inwa – druga stolica. Przeprawiamy się przez rzekę – dopływ Irawadi. Nasz taksówkarz pokazuje nam małą łódź i tłumaczy, że mamy się nią przeprawić do Inwa, a tam przejmie nas „gang dorożkarzy” 🙂 Mieszkańcy wioski wykorzystują odizolowane położenie na cyplu u zbiegu dwóch rzek i tworzą mały „kartel turystyczny”. Nie można tu dojechać samochodem. Jedyne nieduży prom zasila to miejsce w turystów. Na brzegu czeka już dosłownie kilkadziesiąt dwukołowych dorożek. Prymitywne konstrukcje na drewnianych dużych kołach nie mają nawet opon. Solidarność wioskowego kartelu jest nawet godna podziwu, „kierowcy” nie chcą udzielać żadnych „rabatów”. Plan jest sztywno zarysowany – „10 000 kyatów, cztery miejscowe atrakcje, 2 godziny.. ani minuty dłużej, bo będzie drożej..” 🙂 No cóż, musimy przystać na te warunki. Ciekawa przygoda, bo za cały dzień obwożenia nas po okolicy Mandalay nasz kierowca umówił się z nami na 30 000 kyatów. Ci biznesmeni, za dwie godziny obwożenia nas wozem bez opon po wiosce chcą (i dostaną) 10 000. Gdyby nie tych kilka zabytków rozsianych po okolicznych polach, nikt nie dopatrzyłby się w wiosce byłej stolicy Królestwa Birmy.

   W pierwszej kolejności jedziemy do drewnianego klasztoru Bagaya Kyaung. Można obejść go tylko dookoła po drewnianym pomoście na palach. Z tej perspektywy widać okoliczne pola ryżowe i piękne nietypowe palmy o bardzo wysokich karbowanych pniach i niedużych pióropuszach na samej górze. Na chwilę tylko łamię zakaz wchodzenia do wnętrza świątyni. Z jednej z bocznych sal dochodzą dźwięki recytacji mantry. Zaglądam ciekawie – mali mnisi mruczą coś w kółko gardłowo pod nosem przed siedzącym przed nimi wiekowym nauczycielem – również w mnisich szatach..

10-06-inw1
   Drugi z czterech na naszej trasie „obiektów”, to niewielki kompleks kilku ceglanych stup – Yadana Hsemee Pagoda Complex. Stupy kompletnie inne od dotychczasowych – z czerwonej cegły. Przypominają klimatem odległą o ponad 1000 kilometrów stąd starą stolicę państwa Tajów – Ayutthayę. Do następnego – trzeciego – miejsca jesteśmy wiezieni przez zagajnik bananowców – ku walącej się wieży Nanmyin Tower, jedynej pozostałości po pałacowych zabudowaniach. Budynek wygląda jak birmańska „krzywa wieża w Inwie”. Co jakiś czas dzieci na rowerach próbują nam sprzedać jakieś rękodzieła. Ciekawostka – dwukółka przed nami jest „oblężona” przez dwie małe Birmanki na rowerach, które płynnie rozmawiają po francusku z jadącymi nią turystkami. Kończymy przejażdżkę po wioskowych zabytkach pod całkiem okazałą budowlą – ni to świątynia, ni to mauzoleum Maha Aung Mye Bonzan. Można ją obejść dookoła, można przeniknąć do środka, do wysokich pomieszczeń na piętrze. Jej surowe wysokie wnętrza i korytarze łączące komory przywodzą na myśl grobowce Egiptu – brakuje tylko kolorowych fresków i hieroglifów na ścianach..

   Amarapura – i jej najdłuższy tekowy most na świecie – drewniana konstrukcja tylko dla pieszych – U Bein. Klasyczna opowieść o tym, jak to zdjęcia nie tylko nigdy nie oddadzą klimatu miejsca, ale też o tym, jak sprawnie potrafią go nieraz zafałszować. Przed wyjazdem człowiek widzi zdjęcie drewnianego mostu.. po którym w zadumie przemieszcza się mnich w purpurowych szatach.. wokół cisza, spokój.. wszystko to w blasku ostatnich promieni zachodzącego słońca, które w kadrze tonie dokładnie za mostem.. Człowiek widzi taki obrazek, jego wyobraźnia zostaje zapłodniona i już, już chce jechać do Birmy.. 🙂 Co jest z tym zdjęciem nie tak?? Otóż gdyby teraz odsunąć plan.. oddalić zbliżenie, okazałoby się, że na moście oprócz mnicha jest jeszcze parę tysięcy turystów, z których każdy przyjechał zobaczyć zachód słońca na moście. Przyjechali tutaj sami, taksówkami lub zostali przywiezieni autokarami. To jedyne miejsce w Birmie, w którym natknęliśmy się na autokary z turystami. Turyści są nie tylko na moście. Kto chce mieć zdjęcie z nim i z zachodem słońca musi zejść na pole poniżej. O tej porze roku nie cały obszar pod nim jest zalany odnogą rzeki. Można zejść na rżysko i tam czekać na ujęcia z mostem i słońcem topiącym się za nim. Mało tego – jest specjalny przemysł w postaci łodzi, których kilkanaście wypływa co wieczór na plan zdjęciowy, żeby zapewnić turystom jak najlepsze zdjęcia drewnianej konstrukcji z zachodzącym słońcem w tle.. Przybliżmy więc i my plan.. zróbmy zbliżenie.. a nuż uda się w przerwie między tłumem zrobić zdjęcie mnicha – kamera! jest! „mamy go!”.. Kamili udaje się zrobić zdjęcie. No cóż – zdjęcie też zrobiliśmy, ale przynajmniej ostrzeżemy Was.. żebyście nie brali tego zdjęcia zbyt dosłownie.. pamiętajcie o paru tysiącach turystów.. autokarach.. łodziach.. kiedy będziecie jechali zobaczyć zachód słońca na moście U Bein.. 🙂
10-07a-amar1
   Czwarta stolica – Mingun. To jest plan na kolejny dzień w Mandalay. Mingun jest położony w przeciwną stronę niż wczorajsze trzy stolice. Rano nasz taksówkarz wiezie nas na przystań. I tu niespodzianka. Spotykamy tę samą parę, którą widzieliśmy wczoraj u 45-ciu Buddów w Sagaing. Tym razem to już nie będzie „para mówiąca po polsku”, ale Małgosia i Paweł z Poznania, z którymi spędzimy z przyjemnością pół dnia płynąc do Mingun i rozmawiając.. zwiedzając Mingun i rozmawiając.. i wracając z Mingun i rozmawiając.. Mało tego – nie wystarczy nam tej połowy wspólnie spędzonego dnia i umówimy się z nimi na kolację. Zaprowadzą nas wieczorem do swojej ulubionej jadłodajni ulicę dalej od ich hotelu. Będziemy rozmawiać, dowcipkować.. jak zwykle z naszej strony rozmowna będzie najbardziej Kamila – z ich strony duszą towarzystwa będzie Paweł 😉 Jechaliśmy tysiące kilometrów z Poznania i Warszawy, żeby zderzyć się ze sobą w Mandalay.. Takie oto zrządzenie losu. Może kiedyś spotkamy się jeszcze raz w Dalekim Świecie – kto wie..?

   Tymczasem jakie było samo Mingun? Znowu wioska, ale na szczęście tym razem do zobaczenia na piechotę. Główną atrakcją są ruiny niedokończonej stupy Pa Hto Taw Gyi, która w czasach kiedy powstawała miała być największą budowlą ówczesnego świata (w planach 170 m). Jej budowę rozpoczął w 1790 król Bodawpay. Jak donosi legenda, budowy zaniechano kiedy wróżbita przepowiedział królowi, że ten umrze wkrótce, kiedy ją dokończy. Cóż, umarł i tak.. mógł chociaż dokończyć „obiekt”. Do naszych czasów pozostała olbrzymia podstawa, na której miano wznosić kolejne stopnie stupy. Można się na nią wdrapać, choć oczywiście zabrania tego tabliczka na dole. Nie jest to proste, tym bardziej, że trzeba to zrobić na bosaka. Gdzieniegdzie trzeba dawać dużego susa w miejscach, gdzie trzęsienie ziemi zrobiło w masie cegieł niezłe szczeliny. Widok z samej góry na rzekę wynagradza wspinaczkę. Cóż, jeszcze trudniejsze od wspinaczki okazuje się złażenie w dół z tej kilkunastopiętrowej kupy cegieł.. 🙂

   Drugie „naj” w Mingun to największy dzwon – Mingun Bell. Źródła nie są zgodne, tylko według niektórych miałby to być największy działający dzwon na świecie. Naj, czy nie naj – waży ok. 90 ton, zewnętrzna średnica prawie 5 m, wysokość prawie 4 m. Można wejść do jego wnętrza podczas kiedy ktoś z zewnątrz belką może uderzać, żeby wydobyć dźwięk. Wchodziliśmy wszyscy.. 🙂
10-08-ming1
   Trzecie „naj” nie ma związku z rozmiarem – to moje osobiste „naj” z Mingun. Odbiega od kanonów architektonicznych Birmy. Wygląda jak śnieżnobiała mandala. Siedem poziomów-tarasów z krużgankami wyglądającymi trochę jak wyciśnięty krem na torcie.. wewnątrz małe Birmanki próbujące sprzedać girlandy kwiatów za „one dolar”.. I jeszcze starszy mężczyzna uśmiechający się od ucha do ucha, potrząsający nam ręce w szczerym geście i wołający „Welcome to Myanmar”.. 🙂 (a na zdjęciu w prawym dolnym rogu – Małgosia i Paweł z Poznania.. 🙂 )

         

Kamila:

Mingun
   A raczej podróż do Mingun – to znów sposobność obserwacji świata jakże innego niż nam znany.. Port na rzece.. pełen statków, stateczków i łodzi.. zacumowane w kilku liniach i żeby wejść na tą najdalszą, trzeba przejść przez pokład tych bliżej brzegu.. Lądowa część portu to piasek po kostki i błoto.. wszystko pełne śmieci.. ciekawe są również wejścia na statki i łodzie czyli trap.. trap to wąska deska lub równie wąski okrągły pień drzewa.. z jednej strony oparty o ziemię na brzegu, z drugiej oparty o burtę.. miejscowi z pakunkami śmigają po tych trapach bez trzymanki.. przy turystycznych łodziach luksusowa pomocna poręcz – kolejny okrągły znacznie cieńszy pień drzewa trzymany na obu końcach przez mężczyzn z obsługi statku, oni także służą turystom podając wspierająco dłoń 🙂 Ogólnie port to śmieci, brud i ogromny chaos.. Podczas rejsu dobrze widać życie na rzece.. mnóstwo łodzi.. większość z nich to łodzie transportowe wypełnione beczkami, drewnem, workami.. na piaszczystych brzegach i wysepkach .. maleńkie chatki z drewnianych pali, o ścianach i dachach ze słomianych mat.. wokół dzieci, bydło, suszące się pranie..

   W Mingun głównie jesteśmy zajęci naszym nowym towarzystwem.. i to jest największa atrakcja wycieczki – Małgosia i Paweł z Poznania.. rozmawiamy, robimy sobie wzajemnie zdjęcia, rozmawiamy, siedzimy razem w barze, rozmawiamy, wspinamy się na Pa Hto Taw Gyi, rozmawiamy.. siedzimy razem na statku podczas rejsu tam.. rozmawiamy.. i z powrotem.. rozmawiamy 🙂 Dzień jest wyjątkowo gorący.. Wszyscy jesteśmy mokrzy od potu..
10-09-ming2
   Podoba mi się wielki dzwon, zawieszony nad ziemią.. przyginając mocno plecy można do niego wejść.. jeszcze nigdy nie słuchałam bijącego dzwonu będąc w jego wnętrzu.. Robi wrażenie 🙂 To dzwonne ukoronowanie tej podróży po Birmie.. Już od pierwszego dnia walę drewnianymi palem we wszystkie niemal napotkane w każdej świątyni dzwony.. na wzór tubylców.. Ogromnie mi się to podoba.. Jestem twórcą dźwięków, które słyszą wszyscy wokoło.. takich publicznych świątynnych dźwięków.. Walnięcie w tego olbrzyma.. Coś naprawdę niesamowitego 🙂

   Po powrocie z Mingun – wieczorem podoba mi się także wspólne z Małgosią i Pawłem z Poznania wyjście na kolację.. To wieczór kompletnie inny niż pozostałe podczas wyprawy.. Jest ciekawie, wesoło i nawet piję miejscowe piwo do kolacji – nakłoniona przez nich, choć tak w ogóle nie pijam piwa.. 🙂 Odczuwam kompletne nienasycenie towarzystwem, ale wieczór się kończy, a nasze drogi rozchodzą.. Wymieniamy się poradami na dalszą podróż – oni jadą tam, gdzie my już byliśmy, my podążamy ich śladami..

   Pomiędzy rejsem do Mingun a kolacją z Małgosią i Pawłem z Poznania jest tego dnia jeszcze coś cudownego.. Shwe In Bin Monastry.. jeden z tych klimatycznych starych buddyjskich klasztorów w drewna tekowego.. Siadamy w cieniu na tarasie.. i spędzamy tam kawał dnia.. Siedząc i chłonąc miejsce.. Przychodzi do nas kot.. który najpierw ostrożnie nas obwąchuje.. i tak krok po kroku.. minuta po minucie.. w końcowej scenie leży wtulony w kolana Pawła.. Robię foto-sesję tej uroczej scenie 🙂 Potem pojawia się młoda para ze świtą fotografów, oświetleniowców i wizażystek.. oni także mają foto-sesję w scenerii drewnianego klasztoru.. Oboje w błękitach przełamanych delikatnym różem.. Ona wygląda jak księżniczka z bajki, z lekkim tiulowym trenem i parasolką od słońca.. On.. nieco śmiesznie jak na nasze standardy.. w tych kolorach, w spódnicy i w dziwnym nakryciu głowy.. Udaje się pstryknąć parze kilka zdjęć 🙂 Potem pojawia się mnich.. Mnisi wciąż są ekscytujący, bo tacy egzotyczni.. nie „nasi”.. Ten.. zaczyna z nami rozmawiać!! Pyta skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy.. a na hasło „Poland” zaczyna mówić o katastrofie lotniczej 5 lat temu.. Zaskakujące skojarzenie, jak dla mnie, ale oczywiście trafne.. Mówi też o kocie, że ten lubi obcokrajowców 🙂 Gdy już po długich godzinach postanawiamy opuścić klimat klasztoru (prawdopodobnie z głodu) obchodzimy go jeszcze wokół, przechadzamy się pod podłogą – wzniesiony jest na palach.. Spotykamy ponownie mnicha i on zgadza się zapozować ze mną do zdjęcia.. Tym razem Paweł robi mi foto-sesję z mnichem.. 🙂
10-10-shwe

c.d.n.

Tags:

Dni 13-14 – 19-20 listopada – Mandalay („szkic”)

Czwarty z serii birmańskich “szkiców”. Jeszcze bardziej skracam fabułę i opisy, żeby tylko zdążyć przed wylotem 8 października..

   

Paweł “Viajero”:

   Droga do Mandalay – w końcu mam swoją „prawdziwą Birmę”. Mam to, co lubię najbardziej, czyli „dzień w drodze” 🙂 250 kilometrów, które pokonujemy nie w kilkadziesiąt minut podziwiając zielony górski dywan z góry, ale przedzierając się 8 godzin busikiem. Przez pół dnia zjeżdżamy z wysokości 1200 metrów n.p.m praktycznie na poziom morza. Góry są porośnięte gęstym lasem – widok urozmaicają dziko rosnące bananowce. Cały czas w dół, serpentynami po wąskim asfalcie, który miejscami – dziurawy – dosyć płynnie przechodzi w żwirowe, czy piaszczyste pobocze. Drogi niszczone przez wilgotny klimat i ciężkie ciężarówki. Kilka razy widzimy miejsca, gdzie asfalt jest naprawiany. W niewielu krajach na świecie można chyba zobaczyć takie techniki kładzenia nawierzchni. Wszystkie prace prowadzone są ręcznie. Kamienie, żwir, piasek – wszystko to noszone jest ręcznie w czymś, co przypomina patelnie do płukania złota. Asfalt rozpuszcza się w beczkach nad ogniem i również wylewa ręcznie.. Stopniowo górzysty krajobraz ustępuje wyżynnemu. Teraz za oknem coś, co przypomina sawannę. Trawy, jak okiem sięgnąć i rosnące wyspowo akacjowce. Potem w ten krajobraz zaczynają się wdzierać pola uprawne, aż w końcu docieramy na przedmieścia Mandalay..
09-01-mand1

   Mandalay – regularne miasto, acz z niską zabudową.. bez wielkomiejskiego klimatu, schludne i dużo czystsze od Rangunu. Poruszanie się ułatwia sprytny pomysł z numeracją ulic. Niejedno miasto na świecie ma aleje i ulice z numerycznymi nazwami. Tutaj dodano jeszcze to, że numerację poniżej 50 mają ulice biegnące równoleżnikowo, zaś powyżej 50 ulice biegnące południkowo. Wystarczy pokazać taksówkarzowi lub właścicielowi skutera dwa skrzyżowane palce i rzucić dwie liczby – bez innych zbędnych słów, żeby ten nie miał wątpliwości, dokąd chcesz jechać. Dodatkowo jeśli pamiętasz wzrokowo z mapy, że numeracja ulic rośnie na południe i na zachód, to nawet gdy spacerując po mieście pomylisz kierunki, natychmiast odzyskujesz orientację w terenie mijając dwa kolejne skrzyżowania.

   Pierwszym punktem „programu” jest maleńka świątynia hinduistyczna. Przywodzi na myśl wspomnienia z Indii i jest miłą odmianą po milionie stup, które zdążyliśmy już zobaczyć w Birmie 🙂 Wielostopniowa kolorowa fasada pełna hinduskich figur, wewnątrz zapach kadzideł, jarmarcznie poubierane porcelanowe lalki hinduskich Bogów w bocznych nawach i mała dziewczynka, która nie chce wyjść z rodzicami, tylko nie odstępuje na krok Kamili..

   Spod świątyni chcemy dostać się na wzgórze górujące nad północno-wschodnią częścią miasta. Mamy ochotę zobaczyć Mandalay z tej perspektywy. Na szczycie wzgórza znajduje się też świątynia Sutaungpyae Paya – ważny ośrodek kultu religijnego i cel pielgrzymek birmańskich buddystów. Wiemy z przewodnika, że można dostać się samochodem na samą górę. Nie chcąc tracić energii, która przyda nam się przez cały dzień zwiedzania – szukamy taksówki. Niestety cena jest albo zaporowa, albo trafiamy na taksówkarzy, którzy ni w ząb nie rozumieją po angielsku. Idąc na piechotę w kierunku wzgórza udaje nam się w końcu zatrzymać taksówkarza, z którym spędzimy – lub tylko na chwilę widywać się będziemy – cztery kolejne dni. Miły starszy pan, który nie tylko wozi nas taksówką, ale samorzutnie pełni rolę naszego przewodnika po highlight’ach Mandalay. Jeśli po drodze do celu, który my wyznaczamy, jest jeszcze coś ciekawego, sam proponuje, że zatrzyma się, poczeka, żebyśmy tylko mogli to zobaczyć. W ten sposób nasza wizyta w Mandalay staje się pełniejsza. Pan w jasnej czapce-leninówce, dużych rogowych okularach już od samego rana będzie nas witał szerokim uśmiechem otwierając dla nas przesuwane drzwi swojej małej Toyoty – pamiętamy go do dziś..

09-02-mand2
   Tymczasem wspinamy się taksówką na Mandalay Hill. Dobrze, że wjeżdżamy, bo widok specjalnie nie wynagradzałby długotrwałej wspinaczki. Rozległa, płaska dolina z płynącą leniwie Irawadi, miejscami jej rozlewiska, w oddali na wschodzie i na zachodzie pasma wzgórz, a u samych stóp Mandalay Hill – miasto. Ten widok specjalnie nie porusza.. Ale w topografii miasta wyróżnia się wielki kwadrat terenów Pałacu Królewskiego, otoczony wysokim i grubym murem oraz szeroką fosą o boku przynajmniej 2 kilometrów. Na pewno tam będziemy.. Ciekawsza od widoku na miasto okazuje się świątynia na szczycie. Jak wszystkie religijne przybytki otoczona „pasażem handlowym” z dewocjonaliami.. ale nie tylko.. Takiego wystroju świątyni jeszcze nie widzieliśmy – cała pokryta jest mozaiką z różnokolorowych lusterek osadzonych w miedzianych płytach. Trzeba tylko strasznie uważać, bo można się poślizgnąć i zabić chodząc boso na śliskiej posadzce..

   Zjeżdżamy na dół. Prosimy kierowcę, żeby zawiózł nas do drewnianego klasztoru Shwenandaw Kyaung. Po drodze sam proponuje, żebyśmy jeszcze zobaczyli ciekawą świątynię Kuthodaw Pagoda. Centralna złota stupa otoczona jest wieloma rzędami śnieżnobiałych identycznych „kapliczek”. Rzędy tworzą coraz większe kwadraty wokół stupy. Do wnętrza kapliczek można zajrzeć przez otwory na każdej ze ścian. Wewnątrz każdej małej budowli kamienne 1,5 metrowe stele pokryte drobnymi inskrypcjami. W przewodniku czytamy, że to „najdłuższa książka na świecie”. 730 stel, 1460 stron „książki”, na której maczkiem zostały wykute buddyjskie teksty. Na terenie jeszcze jedna atrakcja – jak z dumą donosi tabliczka: 123-letnie Star Flower Tree.. z naszym dębem Bartkiem długowiecznością nie może konkurować, ale widać dla Mimusops Elengi (łac.) to wyczyn.

   Shwenandaw Kyaung – drewniany klasztor, atmosfera tych tekowych świątyń jest najbardziej poruszająca. Skrzydlate dachy, misternie rzeźbione w drewnie zdobienia, wykonane z taką dbałością o detale, że można by na ich śledzeniu spędzić w tym „zakopiańskim” kościółku pół dnia. Wewnątrz – jako, że to królewski przybytek – cały pomalowany złotą farbą. Na ołtarzu na tronie posąg Buddy, a najbliższy niego podest chroniony krzykliwą czerwoną tabliczką „Ladies are not allowed to enter”.

09-04-mand4
   Kierowca podrzuca nas jeszcze pod bramę wiodącą do Pałacu Królewskiego i tu rozstajemy się z nim na dzisiaj. Umawiamy się jutro na 8:00 na objazd po trzech dawnych stolicach – Sagaing, Inwa i Amarapura, które położone są w niewielkiej odległości wokół Mandalay. Pałac Królewski okazuje się dużą ciekawostką, ale wcale nie ze względu na spektakularność królewskich zabudowań. Ten zadrzewiony teren – około 4 km kw. – kryje w sobie cały garnizon. W kierunku Pałacu można się przemieszczać asfaltową prostą drogą, wzdłuż której powbijane są tabliczki „Restricted Area”. Można to robić tylko na piechotę. Turyści muszą zostawić przy bramie nawet swoje rowery. Za to po terenie – na rowerach, piechotą lub na skuterach – poruszają się mundurowi. Niezły pomysł.. w przypadku zamieszek, z centrum miasta natychmiast może się wysypać cała dywizja, być może łącznie z ciężkim sprzętem. Nie wiadomo, co kryją drzewa.. Same zabudowania „Pałacu” rozczarowują. Nawet nazwa wydaje się być na wyrost – drewniane pawilony malowane we wnętrzach na złoto i z pokryciem z czegoś, co przypomina blachę falistą pomalowaną farbą w kolorze ochry. Na szczycie wyższych pawilonów chyba współczesny dodatek – białe drewniane budki strażniczo-strzelnicze. Na wszystko to można popatrzeć z góry wdrapując się mozolnie na wysoką okrągłą wieżę o spiralnych schodach..

   Kiedy wychodzimy z „garnizonu królewskiego” jest już szarówka, a zaraz zapada zmierzch. Okazuje się, że 26-ta ulica biegnąca wzdłuż południowej fosy to popularne miejsce spotkań i spacerów. Pary.. grupki młodzieży i – jak na Azję przystało – miejsce, gdzie można spotkać „urodziwe lalki” – paradujących transwestytów w szpilkach i w krótkich spódniczkach. Jemy kolację w barze. Przy okazji jeszcze jedna obserwacja, tym razem dotycząca struktury spożycia alkoholu 🙂 – kolejna z angielskich pozostałości. W barze, w którym z racji charakteru (duży ekran, sportowa relacja) u nas królowałoby piwo, tutaj „kelner” przynosi do stolika kilku biesiadującym Azjatom tanią krajową whisky z kubełkiem lodu 🙂

   Ośmieleni naszymi wyczynami w Nyaung Shwe wracamy do hotelu używając popularnego w Mandalay środka transportu– skutera. Za 1000-2000 kyatów można się poruszać po całym downtown jako pasażer. Posiadacze skuterów proponują podwózkę. Wystarczy wypowiedzieć dwie liczby i wskoczyć na siedzenie za kierowcą..
09-05-mand5

         

Kamila:

Droga do Mandalay czyli prawdziwa Birma Pawła..
   Zaskakująca, wręcz niewiarygodna sytuacja.. W trakcie wielogodzinnej podróży busik zatrzymuje się – pośrodku jakiejś sawanny po obu stronach drogi zagęszczenie jadłodajni – mamy przerwę na posiłek.. Wszyscy pasażerowie wysiadają i kierują kroki do najbliższych stolików.. My także.. Obsługująca kobieta jest niezachęcająca, nierozmowna, a po chwili opryskliwa 🙂 W odpowiedzi na nasze próby ustalenia wegetariańskiego menu słyszymy poirytowane „no vegetables!.. only chicken and rice!” Honorowo odwracamy się na pięcie i pewni siebie zaglądamy do knajpki obok.. i do kolejnej knajpki obok.. i do kolejnej.. i nawet do tych po drugiej stronie szerokiej drogi.. W każdej jest tylko chicken and rice! Naprawdę! Nie ma warzyw! Czy na tej suchej sawannie nie da się nic uprawiać? Tylko kurczaki skubią pożółkłą trawę? Jesteśmy zszokowani, zdegustowani i zdecydowani zjeść gotowany ryż sauté 🙂 W kolejnym barze, do którego podchodzimy, znajdujemy coś wyglądającego, jak smażone tofu, zamawiamy pokazując palcem – kelnerka nie mówi po angielsku.. Jeszcze chwila niepewności, czy to może jednak chicken przebrany za tofu, ale uff… udało się zjeść bezmięsny bardzo niewyszukany obiad 🙂

   W drodze do Mandalay obserwujemy też przydrożne życie bliżej drogi i dalej drogi.. Prymitywne prace bez maszyn wydają się być w tym kraju na porządku dziennym.. Oprócz wspomnianego już ręcznego asfaltowania nawierzchni.. Naprawdę wszystko noszą w łapkach, mieszają w beczce i rozsypują dłońmi żwir.. I pracują przy tym kobiety.. Wielokrotnie widzimy prymitywne rolnictwo.. Na polach ręczne młócenie zboża, orka przy pomocy pługa i garbatych wołów.. Ciężka praca.. I ten żar z nieba..
Pełna serpentyn „autostrada” przez góry także robi na mnie wrażenie 🙂

09-06-mand6

Mandalay
   Wydaje się być takie „światowe”.. różnorodne.. Oprócz mnóstwa złotych stup – meczety i indyjskie świątynie.. i budynki Pałacu Królewskiego – trochę jakby w chińskim stylu 🙂 A z Mandalay Hill widać kilka luksusowych hoteli i pole golfowe 🙂 Na ulicach trochę bardziej europejsko, nie tak brudno, nie z taką ilością „street food”.. lokale bardziej ogrodzone, bardziej zadaszone.. nie wylewają się na chodnik..
Kompleks Pałacu Królewskiego.. Prawdziwa forteca.. Teren otoczony starym, grubym, wysokim murem.. w regularnych odstępach wieżyczki strażnicze.. i straż 🙂 .. szeroka fosa.. Gdy po przejściu przez bramę dla turystów zmierzamy do pałacowych zabudowań prostą asfaltową drogą, mijamy życie toczące się w tym mieście w mieście.. mundurowi na rowerach, mundurowi na boisku piłkarskim, wojskowa orkiestra dęta podczas próby, kobiety (żony mundurowych?) doglądające ogródków warzywnych.. Z asfaltowej drogi nie można zboczyć.. Wszędzie wspomniane tabliczki „restricted area”.. Oprócz nich na naszym podróżniczym szlaku bez przerwy napotykamy inne zakazy – większość nie pozwala wchodzić w butach.. nie tylko do świątyń, także np. do muzeów.. często także widzimy „ladies are prohibited”.. czyli że kobiety są zabronione w danym miejscu 🙂 🙂 🙂

c.d.n.

Tags:

Dni 11-12 – 17-18 listopada – Okolice Inle Lake (“szkic”)

Trzeci z serii naszych “szkiców”..

   

Paweł “Viajero”:

(Pindaya caves)

   Nie jest łatwo urwać się z Nyaung Shwe, nie udało nam się znaleźć regularnego lokalnego transportu. Jedyny sposób to taksówka, za którą, mimo niewielkich odległości, cena wywoławcza to 50$. Czuję się trochę uwięziony w tej osadzie z jedną główną ulicą, po której spacerują blade twarze. Lustrujemy Internet w poszukiwaniu okolicznych miejsc wartych zobaczenia i możliwości dojazdu. Wybór pada na świątynię Shwe Oo Min – niezwykłą grotę z ponad ośmioma tysiącami posągów Buddy. Z racji tego, że świątynia znajduje się w grotach, funkcjonuje również pod turystyczną nazwą Pindaya caves. Przychodzi nam do głowy pociąg z Shwenyaung do Kalaw, „a potem zobaczymy..”.
07 - 07 - pin1

   „Jenifer Lopez” zamawia nam rano tuk-tuk’a, żebyśmy mogli dostać się na dworzec w Shwenyaung. Przyjeżdża pod hotel – birmańska wersja tuk-tuk’a znad jeziora Inle jest zdecydowanie masywniejsza. Niby napędza ją również jednoślad, ale „paka” jest większa. Na dwóch ławkach ułożonych zgodnie z kierunkiem jazdy może się zmieścić przynajmniej sześć osób. Masywniejsza paka powoduje, że prędkości, które rozwija pojazd, są mizerne. O mało nie spóźniamy się na pociąg, bo kierowcy zachciało się forsować błotnisty podjazd tuż pod samą stacją – chciał nas z fasonem podwieźć pod same drzwi. W ostatniej chwili muszę wyskoczyć i przy wtórze ryku jego silnika (o mało nie pali sprzęgła) wypchnąć go z błotnistego ciasta – przy okazji mam uwalane sandały i stopy do kostek 🙂 Gdybyśmy wiedzieli, że znajdujemy się paręnaście metrów od stacji, to w pośpiechu zapłacilibyśmy mu i zostawili go w bagnie 🙂 Na peronie akcja zwalnia, nie ma nikogo w kasie, parę osób z pakami czeka na najbliższy pociąg. Nasze rozbawienie budzi rozkład jazdy wypisany „robaczkami” – żadnego słowa po angielsku. Kilka chwil przed przyjazdem pociągu w kasie pojawia się jegomość, który sprzedaje nam bilety do birmańskiej „upper class”, spisując nasze dane z paszportów. Mimo tego, że wyższej klasy, to bilet jest prawie za darmo – 60 km odcinek do Kalaw kosztuje niecałego dolara od osoby. Koleje są ewidentnie dofinansowywane przez państwo.

   Jedna z piękniejszych tras, które mamy szansę pokonać w Birmie. Po drodze podziwiamy ten sam most, który oglądaliśmy z drogi. Pociąg najpierw staje przed nim, potem z prędkością góra 5 km/h przetacza się po nim. Ale to jeszcze nie jedyna atrakcja. Dalej jedziemy przez gęsty las w wąskim „tunelu” utworzonym z drzew. Roślinność stara się pochłonąć tę przestrzeń nad torami, ale przejeżdżające tędy kilka razy dziennie pociągi utrzymują to status quo. Ale nade wszystko ten niezapomniany krajobraz to okoliczne pola. Cała żyzna dolina z glebą w niezwykłym kolorze jest podzielona na kwadratowe poletka, na których rosną różnokolorowe uprawy. Gołe kwadraty rdzawo-rudej ziemi, białe, żółte, zielone uprawy tworzą niezapomniany patchwork. Pociąg jest zdecydowanie „wolnobieżny”, te 60 km jedziemy prawie trzy godziny. Na pewnym odcinku skład rozpędza się może do 40 km/h i dostaje takiego poprzecznego kołysania, że wygląda, że zaraz przewróci się na bok (polecam ten fragment filmu Birma 2015 w 4:25 🙂 )

   Podziwiam te widoki, ale jako „kierownik wyprawy” cały czas myślę, że ten nasz wypad jest trochę na wariackich papierach. Dojedziemy do Kalaw, a jedyny pociąg powrotny mamy za niecałe dwie godziny. Nie ma szans, żebyśmy dojechali do Shwe Oo Min Pagoda, zwiedzili jaskinie i zdążyli wrócić. Albo utkniemy tu gdzieś na nocleg, mimo, że to wypad tylko z podręcznym plecaczkiem albo „poddamy się” i weźmiemy taksówkę (jeśli takowa się znajdzie), jeśli chcemy cokolwiek zobaczyć, a nie tylko poprzechadzać się po Kalaw i wrócić pociągiem. Zatrzymujemy się na stacji Aungban. Kamila robi zdjęcia z okna. Nagle impuls – stąd jest bliżej do Pindaya, nie jedźmy do Kalaw! Wyciągam zaskoczoną Kamilę z pociągu.

07 - 09 - pin3

   Ze skrawków informacji z Lonely Planet i mówiącego trzy słowa po angielsku „języka” złapanego pod dworcem konstruuję pobieżnie plan. Jak zwykle w takich chwilach, jestem tak sfokusowany na drodze, że nie widzę, jak Kamila jest już bliska frustracji – najbardziej chciałaby w tym momencie zatrzymać się i znaleźć jakieś uliczne jedzenie. Tymczasem ja napieram na znajdujące się gdzieś tu ponoć rondo, wieżę z zegarem i „transport”, który obiecywał „język”. Rondo znajdujemy, ale nie ma tu ani żadnego dworca autobusowego, ani przystanku – jeśli nawet coś tędy jeździ, to nie ma oznakowanych przystanków, ani opisów na pojazdach w ludzkim alfabecie. Koniec języka za przewodnika – pytam niskiego Azjatę w wojskowej panterce. Ten pokazuje nam busik, który właśnie podjechał. Biegnę w jego stronę, ale jest tak zapchany – i siedzenia i przejście – że musielibyśmy wisieć pod sufitem. Czekamy przez chwilę, trochę nie wiadomo na co, kiedy podchodzi do nas ten sam jegomość w panterce. Na migi proponuje swój skuter, jako środek transportu. Mówi, ze może nas zawieźć do Pindaya. Tłumaczymy, że musimy mieć dwa skutery – na jednym we trójkę przecież nie pojedziemy. Nie poddaje się – woła kolegę, który stoi nieopodal i jak połowa Birmańczyków, również ma swój skuter. Dogadujemy cenę za podwózkę, patrzę w stronę Kamili. Da radę mimo tego, że jest głodna i zła? Kamila bohatersko decyduje się i wskakujemy na skutery, jako pasażerowie – Kamila na jeden, ja na drugi. Tak zaczyna się jedna z bardziej zwariowanych przygód w Birmie. Okaże się, że będziemy jechać godzinę na tych skuterach – wiatr we włosach i balansowanie ciałem z kierowcą na zakrętach i trzymanie się drętwiejącymi rękoma, żeby ze skutera nie zlecieć.

   Kiedy dojeżdżamy, nasi kierowcy pytają, gdzie nocujemy. Są przekonani, że skoro przyjeżdżamy o tej porze, to pewnie nocujemy tutaj – chętnie więc zaoferują swoje usługi na rano. Mówimy, że chcemy tylko obejrzeć świątynie i potem wrócić. Kierowcy naradzają się chwilę ze sobą, a potem ten w panterce mówi, że mogą nas odwieźć do Nyaung Shwe – miasteczka, w którym mieszkamy. Rozpoczynają się pertraktacje – o tyle zabawne, że obaj nie mówią po angielsku. Sytuację komplikuje fakt, że nie podają jednej ceny za każdy odcinek, tylko jeden i drugi oddzielnie. Jeden mieszka gdzie indziej, drugi gdzie indziej (mają różne koszty powrotu do domu), dodatkowo mój kierowca chce więcej – pokazuje na mnie, że ze mną jego motor więcej pali 🙂 No i tak rzucając nazwy miejscowości i pisząc na kartce liczby, próbujemy ustalić łączną cenę za całą usługę. Na fali tej zabawy nawet nie chce mi się bardzo targować, tym bardziej, że oni wiedzą, że inaczej się pewnie stąd dzisiaj nie wydostaniemy. Umawiamy się w końcu za całą trasę z Aungban tu i z powrotem do naszego hotelu na okrągłe 50 000 kyatów. Niby prawie tyle samo, co za taksówkę, której chciałem uniknąć, ale za to ile mamy z tego dodatkowego fun’u – bezcenne 🙂 (podróż powrotną na pewno opisze Kamila.. 🙂 )

07 - 10 - pin4

   Shwe Oo Min Pagoda.. Wysoko w skale zespół grot, do których można się dostać długimi kamiennymi schodami lub wjechać windą. Jak zwykle należy zostawić – i to już na samym dole – buty. Wewnątrz jaskini-świątyni przez ponad 200 lat zgromadzonych zostało ponad 8 000 posągów Buddy, wykonanych w przeróżnych technikach. Jaskinia jest ładnie iluminowana. Posągi są ustawione nie tylko na poziomie „podłogi”, ale wspinają się na wszystkie dostępne naturalne półki na ścianach. Niektóre pod sklepieniem jaskini na wysokości nawet kilkunastu metrów. Za każdym z posągów, jako tło, malowany ochrą tron-ołtarzyk z białymi napisami. Rzeczywiście jest tutaj aż gęsto od tych posągów. Niektóre z miedzianej blachy, niektóre odlane z gipsu – malowane na złoto, nieduże jadeitowe i ceramiczne – porozstawiane tworzą w skałach nieregularny labirynt. Dodatkowa atrakcja – na moment gaśnie cała iluminacja napędzana generatorem i znajdujemy się w kompletnych ciemnościach. Na szczęście nie trwa to dłużej niż minutę..

(Kakku)

   Nasyceni wczorajszym szaleństwem możemy dzisiaj pozwolić sobie na pojechanie „po prostu” taksówką. Rano organizuję transport. W małej agencji kobieta dzwoni po taksówkę. Mamy kierowcę, który jedzie z nami do Taunggyi, gdzie bierzemy obowiązkowego przewodnika z plemienia Pa-Oh i dalej jedziemy z nim do Kakku. Nie bardzo jestem z tego zadowolony – nie przepadam za zwiedzaniem miejsc w towarzystwie przewodnika. Ale kiedy tylko młody chłopak w tradycyjnym stroju dołącza do nas, okazuje się, że dzięki niemu ta podróż będzie dużo barwniejsza. Tradycyjny strój górali Pa-Oh, czyli granatowy kaftan bez kołnierza ze śnieżnobiałą stójką, granatowe luźne spodnie i.. ręcznik frotte obwiązany na głowie. Co kraj to obyczaj.. 🙂 Chłopak jest niezwykle rozmowny, opowiada o osobie i różnych ciekawostkach związanych z regionem, przez który jedziemy. Chyba tylko raz w życiu wcześniej widziałem człowieka (przewoźnik po Gangesie w Varanasi) tak dumnego z tego, kim jest i gdzie mieszka. Opowiada o sobie, że marzy o tym, żeby zostać zawodowym przewodnikiem, a na razie studiuje i ma zostać inżynierem, bo tak chce jego matka. Uczy angielskiego jako wolontariusz w klasztornej szkole. Opowiada ciekawie o regionie, o plemionach z gór, które kultywują swą odrębność uważając się za wyższą kastę od Birmańczyków z nizin. Opowiada o uprawie czosnku, który jest złotem tego regionu. Rude gleby, które widzieliśmy wczoraj z okien pociągu, idealnie nadają się do jego uprawy. Okręg Shan zaopatruje całą Birmę w czosnek i całkiem nieźle dzięki temu prosperuje. Chłopak wypowiada się też z entuzjazmem o zwycięstwie Aung San Suu Kyi – kraj jest wydrenowany z młodych zdolnych ludzi, którzy wyjechali do pracy w Tajlandii i Malezji. Teraz młodzi na pewno będą wracać.. Birma stanie się krajem nieograniczonych możliwości.. Słuchając tej opowieści, tak podobnej do naszej polskiej, nie mogę się oprzeć myśli „tak.. a za 10-20 lat część z Was powie, że za generałów to było lepiej..”.
07 - 13 - kak1

   Dojeżdżamy na miejsce. Po lewej stronie od drogi duży obszar najeżony niewielkimi spiczastymi pagodami – jedna obok drugiej. Chłopak prowadzi nas najpierw do restauracji pod olbrzymim drewnianym zadaszeniem – podobno jego ojciec, który jest cieślą, budował tę restaurację. Już w samochodzie po drodze przewodnik powiedział, że będzie nas chciał namówić na założenie tradycyjnego stroju Pa-Oh. Na szczęście w restauracji okazuje się, że ta inscenizacja ograniczy się jedynie do nakrycia głowy. O ile ja mogłem się już w drodze oswoić z jego ręcznikiem, o tyle Kamila zostaje zaskoczona z kolei tym, że kobiety Pa-Oh drapują sobie na głowie.. koce w jaskrawych kolorach i w dodatku z frędzlami 🙂 Chłopak podkreśla, że jako Pa-Oh są zaszczyceni tym, że godzimy się przywdziać elementy ich tradycyjnego stroju. On wiąże mi na głowie niebiesko-zielony ręcznik frotte. Kolorystyka akurat zupełnie nietrafiona, już wolałbym ten jego czerwono-pomarańczowy 🙂 Jedna z kelnerek, również oczywiście w stroju Pa-Oh, wiąże Kamili na głowie koc w czarno-pomarańczową kratę.. 🙂

   W końcu idziemy zwiedzać „obiekt”. Oprowadza nas po nim około godziny, opowiadając o pagodach – przez kogo były ufundowane niektóre z nich, co symbolizują w buddyzmie ich poszczególne stopnie. Pagody są zbudowane z cegieł i pokryte tynkiem z domieszką różnych kolorów – białe, różowawe, szare, żółtawe. Z tynku wykonane są wszystkie sztukaterie z elementami roślinnymi, geometrycznymi i zwierzęcymi. Każda ma na czubku „parasolkę” z dzwoneczkami. Kiedy wiatr wieje, powietrze pełne jest dźwięku dzwoniących dzwoneczków. Zakłóca go tylko narracja naszego przewodnika. Mimo, że chłopak całkiem nieźle mówi po angielsku, w trakcie tego oprowadzania trafiają się dwa śmieszne momenty, kiedy to najpierw chce nam pokazać jedno święte zwierzę związane z Buddą, a potem drugie. Za pierwszym razem brzmi to jak: „chodźcie pokażę Wam ‘piż’..” my na to „co??”, a on „no ‘piż’..”. Okazuje się, że chodzi mu o świnię 🙂 (przyp.red. – pig). Za drugim razem historia powtarza się, tyle, że tym razem chce nam pokazać „hosz” 🙂 Kto zgadłby, że chodzi o konia? 🙂 Jak wcześniej wszyscy przed nami, tak i nam „przez grzeczność” niezręcznie go poprawić i tak będzie trwał w tej swojej wymowie 🙂 Oprócz posągów zwierząt pokazuje nam rozpięte między czubkami pagód sieci z wielkimi pająkami – mówi, że to miejscowy przysmak, zbierany i smażony na patelni.. Potem mamy swoje pół godzinki na samodzielne zwiedzanie.. Wykorzystujemy ten czas na sesję z dzwoneczkami. Znajdujemy miejsce, w którym jest największe ich nagromadzenie, siadamy i słuchamy..

07 - 14 - kak2

   Po wyjściu ze świątyni idziemy na miejsce zbiórki w restauracji. Jemy obiad – m.in. polecony przez naszego przewodnika „bigos” z marynowanego bambusa. Niezbyt udana kompozycja smakowa. Faktycznie przypomina naszą gotowaną kwaszoną kapustę w ogólnym aromacie, ale oprócz tego ma jakiś „twardy” nieprzyjemny w odbiorze dodatkowy smak. No ale czego się nie robi dla liźnięcia miejscowego kolorytu 🙂 Ruszamy w drogę powrotną – czekają nas trzy godziny jazdy po ciemku..

         

Kamila:

(Shwe Oo Min)

   Shwe Oo Min Pagoda – świątynia w jaskiniach.. Niezwykłe miejsce.. Ogromne naturalne jaskinie pełne obłędnych stalaktytów i stalagnatów.. naprawdę robi to na mnie wrażenie, nie byłam wcześniej w takich rozbudowanych wnętrzach w skale 🙂 ..w tym labiryncie przejść pomiędzy mnóstwem posążków Buddy.. (są szalenie różnorodne.. małe, duże, głównie siedzące, i głównie złote, ale widzimy też czarne (!)) można spędzić cały dzień.. Oprócz obiektów do podziwiania klimat tego miejsca powoduje, ze nie chce się go opuszczać.. Przechadzamy się niespiesznie, docieramy w każdy zakątek, przysiadamy wśród Buddów 🙂 .. i trafia mi się pozowane zdjęcie: ja plus czterech młodych mnichów – nie lada gratka 🙂
07-05-inle5a
   Spektakularnym punktem dnia jest też nasz szalony powrót do hotelu – znów w roli pasażerów na skuterach.. tym razem w innych warunkach.. i w innym świecie 🙂 Podróż jest bardzo długa, to około 60 km (nikt nie wie jednak, ile czasu trwała), panują już kompletne ciemności.. nasi kierowcy jadą bez świateł (!!), zapalają je tylko w kluczowych momentach typu skrzyżowanie czy ostry zakręt, część trasy pokonujemy małymi, bocznymi drogami (może tak bliżej?), część biegnie krętą drogą przez góry, o rety! Trzeba się mocno trzymać i umiejętnie balansować ciałem.. nie mamy wprawy.. Paweł pierwszy raz w życiu podróżuje na motorze, a moje życiowe doświadczenia w tym zakresie są raczej nikłe.. Towarzyszy nam też dotkliwe uczucie zimna.. Nocą temperatury w tym regionie nie są zbyt wysokie, a dodać do tego należy „czynnik chłodzenia wiatrem” podczas przemieszczania się niezabudowanym pojazdem.. Ja zakładam na siebie wszystko, co mam przy sobie.. nie jest tego dużo, ale więcej niż zazwyczaj – zabrałam ze sobą polar z racji wizyty w jaskiniach.. więc T-shirt, koszula z długim rękawem, polar, szerokie nogawki spodni (uff, jak dobrze, że dziś się ubrałam w długie..) upycham w skarpetki, bo tak podwiewa po łydkach brrr.. na głowie mój podróżniczy kapelusz przeciwsłoneczny, ale pod spodem jeszcze głowa i szyja otulona szalem (dokładam szal pod kapelusz podczas krótkiego postoju, bo uszy mam zdrętwiałe od zimna), i jeszcze zakładam okulary słoneczne, bo oczy łzawią od wiatru 🙂 Mój kierowca (w kurtce, czapce i rękawiczkach) proponuje, żebym przylgnęła do jego pleców, a dłonie schowała w kieszeniach jego kurtki.. Skostniałym dłoniom niestety nie pomaga ani ukrycie w rękawach polaru, ani w kieszeniach kierowcy.. I tak jadę cały wieczór przytulona do jakiegoś obcego Azjaty i przemarznięta do kości, spinając większość mięśni w celu utrzymania się na skuterze.. Tymczasem Paweł.. podróżuje w T-shircie.. tylko w T-shircie (i spodniach), nie tuli się do swojego kierowcy (w kurtce, czapce i rękawiczkach) i wygląda, że ma się dobrze 🙂

   To dzień pod znakiem Przygody 🙂 Zaczął się podróżą tuk-tukiem z lądowaniem w błocie, potem szalony kiwający się pociąg z obłędnymi widokami kolorowych pól za oknem, niespodziewane wyskakiwanie na stacji w Aungban na polecenie „szefa” 😉 Potem lekki stres, jak przemieścić się dalej i spontaniczne pojawienie się motorów oraz podróż do jaskiń, która wydawała się być wariacka.. ale to dopiero jazda nocą do domu była wariacka 🙂 I gdzieś pomiędzy tym podróżowaniem – perełka – cudne jaskinie z około 8100 posążkami Buddy.. 🙂

(Kakku)

   Następny dzień to opisane przez Pawła Kakku.. Niesamowite magiczne miejsce naszpikowane ponad 2000 pagód.. Robiące olbrzymie wrażenie.. plus muzyka poruszanych wiatrem miliarda dzwoneczków na szczytach stup.. Na horyzoncie góry.. (a za nimi podobno Tajlandia). To też dzień z przewodnikiem.. ja również nie przepadam za obecnością przewodników.. ale ten człowiek okrasza czas swoim uśmiechem, entuzjazmem, opowieściami, ciekawostkami.. I raczej ten czas wzbogaca, niż mu ujmuje 🙂

   Okolice Inle Lake.. naprawdę dużo powodów do zachwytu.. ♥

c.d.n.

Tags:

Dni 9-10 – 15-16 listopada – Inle Lake (“szkic”)

Drugi z serii “szkiców” – Inle Lake. Może trochę lepiej idzie mi już skracanie moich przydługich opisów.. 😉
Inle Lake to także drugi z tekstów Kamili.

   

Paweł “Viajero”:

   Pierwszy raz mam wrażenie, że jesteśmy w dużym „skansenie” wykreowanym na potrzeby turystów. Nieduże samoloty, w których są sami biali turyści, miejsca ustalone do zwiedzania pewnie przez jakieś Ministerstwo Kultury Myanmar, bilet do „strefy Inle Lake” (musi go kupić każdy, kto chce zwiedzić okolice jeziora), a choćby i jego nazwa. Dlaczego wszyscy powtarzają nazwę Inle opatrzoną angielskim „Lake”. Są pewnie dziesiątki, jeśli nie setki, takich jezior w Birmie, w okolicy każdego można pewnie podziwiać świątynie, drewniane klasztory i złote stupy – wszak to kraj miliona świątyń, drewnianych klasztorów i złotych stóp. Dlaczego więc Inle..?

   Nasz „boy” odwozi nas na lotnisko. Tym samym samolotem, którym my odlecimy, przylecą zaraz jego nowi goście – zostaje w budynku, żeby z tabliczką Diamond Ngapali Hotel ich powitać. Spędzimy prawie cały dzień w samolotach i na lotniskach. Z Thandwe lecimy do Rangunu i tam mamy kilkugodzinną przesiadkę do Heho. Mimo, że mamy dwa loty tą samą linią KBZ Airlines, nie ma udogodnień typu „bagaż wprost do Heho”. Musimy odebrać go w Rangunie i ponownie w znanym już kantorku z siedmioma osobami obsługi nadać go do Heho. Robimy dwa skoki ponad zalesionymi górami – gdzieś tam dołem ucieka nam znowu prawdziwa Birma.
07 - 01 - inle1
   Na miejscu od razu czuć różnicę temperatur – z plaży na poziomie morza, przylecieliśmy do miejscowości na wysokości prawie 1200 m. Co poniektórzy z nas wkładają polar 🙂 Budyneczek z odprawą jest tak samo skromny, jak w Thandwe. Za ogrodzeniem lotniska zgrana „mafia” taksówkowa. Nikt nie zechce podwieźć Cię stąd tylko do Heho – oddalonego o kilka kilometrów – gdzie można by znaleźć setki innych taksówek, tuk-tuk’ów za rozsądną cenę. Wszyscy chcą podwozić stąd wprost do Nyaung Shwe – nad jeziorem – za nie mniej niż 25 000 kyatów. A to tylko 20-parę kilometrów stąd. Dobrze, że uprzedził mnie już o tym Lonely Planet, bo przeżyłbym tu niezły w@$#%!. Dobrze, że chociaż droga jest malownicza – na długim odcinku serpentyny w górach. W pewnym momencie asfalt krzyżuje się z torami kolejowymi, które tuż przed krzyżówką biegną mostem na wysokich kamiennych filarach. Zaparkowane samochody na poboczu i widzowie czekający na przejazd pociągu przez malowniczy most. Parę kilometrów przed jeziorem, kiedy droga robi się niemal żwirowa, budka z dwoma żołnierzami, którzy sprzedają nam „bilet do jeziora” za 10$ od osoby.

   Taksówkarz pyta nas, co chcemy robić jutro. Zgodnie z jego oczekiwaniem pada odpowiedź, że chcemy płynąć na jezioro – zobaczyć okoliczne atrakcje. Tylko na to czeka i łamaną angielszczyzną mówi, że zawiezie nas do kolegi, który ma „najlepsze rejsy po jeziorze”. Przejeżdżamy przez most nad kanałem i zaraz skręcamy w prawo na nabrzeże. Zawozi nas do „szwagra”, który prezentuje nam swoją ofertę. Za tę samą cenę, co taksówka, mamy mieć jutro łódź tylko dla siebie, rejs po jeziorze ma trwać 5-6 godzin, nasz sternik-przewodnik „wszystko nam pokaże”. Taksówkarz podwozi nas jeszcze do hotelu, w którym mamy zarezerwowany nocleg przez booking.com.

   Mały hotelik w bocznej uliczce. Zrzucamy plecaki w ciasnej recepcji na dole willi i przyglądamy się scenie. Pojawiła się tu już przed nami spora grupka turystów z plecakami. Za recepcyjnym kontuarem „Jennifer Lopez” – jak ją nazwałem. Ładna Azjatka o trochę zeuropeizowanych rysach i odrobinę postawniejsza od swoich koleżanek. Ze swadą zarządza tutejszą przestrzenią – rozmawia głośno przez telefon, co chwila wręcz wykrzykuje do słuchawki jakieś birmańskie k… . Okazuje się, że nastąpiła pomyłka przy rezerwacji w booking.com i zwaliła jej się tu na głowę grupa turystów, dla których ma tylko dwa pokoje. I na to wszystko przyszliśmy jeszcze my – również z booking.com 🙂 Nagle okazuje się też, że większa część tej grupy, która oczekuje na pokoje, to Polacy. Jeden z ostatnich pokoi dostają Anglicy – jako, że przybyli pierwsi. Czwórka Polaków musi poszukać sobie innego lokum i tak nie byłoby dla nich dwóch wolnych pokoi. Drugi, ostatni pokój dostajemy my. Spotkamy tę samą grupkę Polaków jeszcze dwa razy w Nyaung Shwe i okolicach – podobno znaleźli inny hotel bez żadnego problemu. Już pierwsza nasza wieczorna lustracja wykazuje, że Nyaung Shwe to spokojna „dziura” z jedną ulicą, po której spacerują blade twarze w poszukiwaniu gastronomii i innych turystycznych usług. Małe biura i agencje oferują wycieczki, rejsy, taksówki, rowery etc. W bocznej uliczce prowadzącej do naszego hotelu szkoła przy klasztorze. Nasze rozbawienie wzbudzają młodociani mnisi kursujący między internatem, a kioskiem z łakociami usytuowanym po drugiej stronie ulicy – wyglądają trochę, jak dzieci na koloniach.. 🙂
07 - 02 - inle2
   Przystań o poranku – musimy się stawić o 7:00. Przy betonowym nabrzeżu wiele długich łodzi przystosowanych do rejsów po jeziorze. Długie wrzecionowate czółna, w których poustawiane są jeden za drugim drewniane ni to krzesła, ni to fotele. Na siedzeniach poduszki, a dla zmarzluchów jakieś derki. Jeden sternik na rufie przy terkocącym niemiłosiernie silniku. Płyniemy najpierw kanałem łączącym Nyaung Shwe z jeziorem Inle. Po wypłynięciu z osady widać wzdłuż niego pierwsze drewniane domki na palach, palmy. Wkrótce ustępują jednak miejsca samym szuwarom. W drugą stronę od czasu do czasu płyną łodzie wiozące coś do miasta, jakieś worki, warzywa. W kanale wyjątkowo dużo ptactwa – białe „mewy” kołyszą się na wodzie i podrywają do lotu kiedy z hałasem przepływamy.

   W końcu wypływamy z kanału na otwarte wody i tu ku naszemu zażenowaniu, ma miejsce ewidentna inscenizacja. Trzy czółna z „rybakami” z tradycyjnymi sieciami w kształcie stożków. Póki nas nie widzieli, siedzieli na łodziach. Kiedy podpływamy bliżej, podrywają się z miejsc i zaczynają pozować. Są ubrani w tradycyjne stroje, zgrzebne koszule i portki, tradycyjne stożkowe kapelusze. W charakterystyczny sposób pomagają sobie przy wiosłowaniu i zarzucaniu stożka jedną z nóg. Ewidentnie pozują do zdjęć. Kiedy odpływamy siadają. Wygląda, jakby gmina wynajmowała ich po to, żeby turystom zapewnić atrakcyjne zdjęcia – wcale nie oczekiwali, że do nich podpłyniemy i zapłacimy za pozowanie. W sumie z tych turystycznych 10$ od każdego zwiedzającego spokojnie można ich opłacić. Dalej na jeziorze spotkamy jeszcze prawdziwych rybaków, ale ani nie są tak ubrani, ani nie używają już takich sieci, chociaż –faktycznie – niektórzy kultywują jeszcze ten specyficzny sposób wiosłowania jedną nogą..

   Nad wodą unoszą się jeszcze poranne mgły. Tniemy jezioro szczupłą i długą pirogą. Z jednej i drugiej strony wysokie wzgórza, choć teraz zwłaszcza te z lewej strony ginące we mgle. Po lewej jeden z hotelowych resortów – identyczne domki na palach tuż nad brzegiem jeziora. Gdyby ktoś chciał zażyć luksusu takiego, jak w Ngapali, może wynająć sobie lodge z tekowego drewna za 500 pln za dobę i podziwiać przez okno, jak mgły unoszą się o poranku, że o widoku zachodu słońca nie wspomnę..
07 - 03 - inle3
   Jeszcze zanim dopłyniemy do targu, dobijamy na trochę do prawego brzegu. Drewniane domki, budowane nieregularnie przy brzegu – jedne niższe, drugie wyższe, połączone pomostami i mostkami. Drewniane szkielety – maty i blacha falista służą jako pokrycie ścian i dachów. Między palami, na których zbudowane są domy – „w garażach” – łodzie. W oknach zasłonki, firanki. Wygląda to, jak zatopione miasteczko. Załatwiamy tu sponsorowaną część wycieczki. W drewnianej chacie pracownia jubilerska. Jakoby miałyby być tu wytwarzane prezentowane nam na końcu wyroby. W sąsiedniej chacie zaliczamy jeszcze fabryczkę papierosów, w której siedzące na podłodze, ubrane tradycyjnie kobiety, skręcają ręcznie z tytoniu cygaretki.

   W końcu dopływamy do targowiska. Przy rozłożystej zatoce jest zaparkowanych tyle czółen, że trudno byłoby je nawet policzyć. Przedziwna mieszanka – miejscowych, którzy przyjechali uprawiać różne formy wymiany towarowej, ale i turystów, którzy przyjechali ich przy tym podpatrywać. Jest tu dosłownie wszystko. Z jednej strony to, co potrzebne do życia w tych surowych warunkach, z drugiej wszelkiego rodzaju rękodzieło potrzebne turystom do okraszenia swoich wspomnień z Birmy. Stragany z mizernie wyglądającymi warzywami, surowymi rybami i poćwiartowanymi kurczakami. Jest też krawcowa, która na starej maszynie napędzanej nogą, na miejscu szyje ubrania i robi poprawki (o tych tradycyjnych strojach i „behawioryzmach” mam nadzieję, że napisze coś więcej Kamila 🙂 ). W każdym razie dla mnie, zdecydowanie, targ przy jeziorze – najlepsze wspomnienie z dnia na jeziorze Inle.

   W skupisku zaparkowanych odnajdujemy najpierw naszą łódź, a po chwili również naszego sternika. Pora teraz na lunch. W krainie chatek na palach również i obiad musi być w takim miejscu. Fantazyjny pomost na palach, do którego przylegają małe chatki, w każdej mieści się stolik i cztery krzesła. Od słońca osłania daszek kryty sitowiem. Po biedzie jeszcze raz sponsorowany element – fabryka jedwabiu oraz jeszcze droższych tkanin z włókna lotosu. W drewnianej chacie, na pokazowych krosnach młode Azjatki przędą tkaniny. W ostatnim pomieszczeniu można kupić gotowe materiały wyprodukowane jakoby w tym miejscu. Piszę „jakoby”, bo zawsze sceptycznie odnoszę się do takich „inscenizacji”.. ale kto to wie..
07 - 05 - inle5
   Płyniemy w kierunku świątyni Phaung Daw Oo Pagoda. Jej okolice wyglądają jak Inle Wenecja – płyniemy „Canal Grande”, nad naszymi głowami w pewnym momencie drewniany „Most(ek) Rialto”. Na placyku przed świątynią dla dopełnienia wrażenia setki gołębi. Wewnątrz świątyni wierni oddają się jednemu z ulubionych świątynnych rytuałów w Birmie – oklejają posągi Buddy złotymi płatkami. Ta świątynia jest słynna z tego, że robi się to w niej od tak dawna, że z czterech posągów Buddy zrobiono tu cztery wielkie „jaja Buddy”. Nikt nie rozpoznałby w tych ułożonych na sobie, różnych rozmiarów złotych „bułach”, ludzkich kształtów Oświeconego. Co ciekawe, tej niezwykłej czynności mogą się oddawać tylko mężczyźni. Co dziwniejsze, najbliżej położony obszar wokół obklejanych posągów jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn – o czym informuje napis na dużej tablicy. Nie tylko w tej świątyni, ale we wszystkich, które widzieliśmy.

   Nga Phe Kyaung – „Klasztor skaczących kotów” – tak żartobliwie nazywają go turyści. Na szczęście nie płyniemy tam oglądać popisów kotów, bo bylibyśmy rozczarowani – akurat dzisiaj koty nie wykonują żadnych popisowych sztuczek, których nauczyli je mnisi. Jest tych wychudzonych zwierzaków krzątających się po świątynnej podłodze pewnie ze 30-40. Na szczęście nam, bardziej niż popisy kotów podoba się atmosfera starych, wykonanych z tekowego drewna klasztorów. Dużo przyjemniejsze niż złote stupy i murowane świątynie – drewniane klasztory.. bezcenne. Mimo, że drewniane to i tu złoto musi trochę się zamanifestować – kolumny i posągi na wielu ołtarzach pomalowane są wypłowiałą złotą farbą. Mnisi tolerują przechadzających się po świątyni nielicznych zwiedzających. W kącie, na rozłożonych dywanach piją herbatę, a jeden z nich czyta gazetę.. 🙂
07 - 06 - inle6

         

Kamila:


   Jezioro Inle – Na pewno wrażenie robi na mnie życie na jeziorze i targ.

   Życie na jeziorze czyli setki chatek stojących w wodzie na palach. Chatki są biedne, ściany zrobione ze słomianych mat, w oknach nie ma szyb, otwiera się tylko skrzydło ze słomianej maty, ale stojąc tak w wodzie tworzą pełne uroku widoki. Pstrykam chyba milion zdjęć 🙂 Przy każdej chatce zaparkowana co najmniej jedna łódź. Na ogromnym obszarze w ogóle nie ma stałego lądu. Chatki na palach, wodne zarośla i ogrody. Więc nie ma gdzie pobiegać, nie ma gdzie pójść na spacer. Ludzie przemieszczają się wszędzie łódką. Sąsiedzi rozmawiają krzycząc każdy ze swojego ganku. Poniżej poziomu podłogi, między palami pod domami suszy się na sznurach pranie, na podestach z desek bawią się dzieci. Jezioro ma powierzchnię około 116 km². Część przeznaczona jest na ogrody, w których uprawiane są warzywa! Wodorosty i zgniłe w wodzie części roślin są wyławiane i z nich plecie się grządki, na których rosną pomidory, fasolka.. Ogrodnicy doglądają upraw poruszając się między grządkami na łodziach.. Pływające ogrody.. Niezwykłe, jak ludzie przystosowują się do warunków oferowanych przez miejsce, w którym żyją.. Mieszkają na wodzie, poruszają się po wodzie, uprawiają rośliny na wodzie, budynek z tabliczką „post office” na wodzie, świątynie też oczywiście na wodzie..

   I handel prawie na wodzie 🙂

   Targ znajduje się przy brzegu, od strony wody otacza go miliard zaparkowanych łódek i jest bardzo słynny. Przybywają tu na zakupy „ludzie z gór”. I turyści 🙂 Jest tu wszystko, wygląda obficie, różnorodnie, barwnie, atrakcyjnie i egzotycznie. Można by tu siedzieć cały dzień 🙂 Patrzeć, obserwować..
07 - 03 - inle3a
   Dla turystów całe mnóstwo wszystkiego: mnóstwo tkanin, szali, charakterystycznych bardzo kolorowych toreb z wełny, mnóstwo figurek Buddy, leżących, siedzących, stojących.. głów Buddy, małych, średnich, dużych, metalowych, drewnianych.. mnóstwo innych figurek słoni, myszy, osłów, ptaków i mnichów.. kukiełki.. naczynia.. mnóstwo biżuterii.. Kupuję sobie zielone bransoletki – ciężki i zimny w dotyku jadeit, z którego słynie Birma.. Ustalamy cenę przy pomocy tabelki – w każdym okienku arabska liczba-kwota obok robaczkowej birmańskiej liczby-kwoty, przesuwamy palcem – ja w górę kartki ku niższej kwocie, dziewczyna od bransoletek w dół kartki chcąc zarobić więcej, znajdujemy jednak wspólne okienko 🙂 Wszystko prawie bez użycia słów 🙂

   Dla miejscowych całe mnóstwo innych dóbr 🙂 Kolorowe warzywa. Ogórki, rośliny ogórkopodobne i cukiniopodobne, różne odmiany fasolki, marchewka, papryka, kalafiory, ziemniaki, świeży imbir, małe pomidorki i małe główki czosnku, cała masa różnych zielonych jadalnych liści nierozpoznawalnych, nieznanych mi.. Owoce tropikalne, banany, mandarynki, kokosy i nieco nieznanych 🙂 Stosy suchych placków – kupujemy jeden na spróbowanie, jest twardy, chrupiący, i dobry 🙂 Surowe mięso, podroby – w tej temperaturze leży to wszystko tak po prostu, na wierzchu, czasem bezpośrednio w zasięgu promieni słońca.. Mnóstwo ryb.. Surowe, suszone.. maleńkie w wielkich koszach, poćwiartowane większe, podłużne, okrągławe, kupki surowych rybich głów.. i wnętrzności.. – w tej temperaturze.. Z gamy spożywczej jeszcze herbata na wagę i przyprawy na wagę – wagi są zazwyczaj prymitywne: dwa talerze zawieszone na nitkach na szalce.. Oprócz pożywienia można tu kupić gliniane miski, doniczki, garnki, metalowe sejfy (!), wiklinowe kosze, słomiane maty, bambusowe tyczki, ubrania, płyty cd i dvd.. i tandetną chińszczyznę..

   Na targu można też popatrzeć na ludzi.. Większość miejscowych chodzi w japonkach 🙂 Ubrani są różnie, po europejsku i po tutejszemu (panowie w spódnicach 🙂 ).. Bardzo wyróżnia się grupa góralek.. Właśnie przypłynęły na zakupy, wysiadają z łodzi całą gromadką.. Wszystkie są ubrane jakby w mundurki.. Mają czarne długie spódnice i czarne niezbyt zgrabne kubraczki z długim rękawem.. Do tego noszą kolorowe wełniane wspomniane już tutaj torby.. Na głowach.. barwne turbany.. uwite z kraciastych koców lub ręczników frotte!!! Wygląda to naprawdę niezwykle.. i zadziwia – czy im nie za gorąco w tym w głowę? Chodzą grupkami po targu, przez co są jeszcze bardziej widoczne.. Zadziwiają czymś jeszcze.. jedna z nich po wyjściu z łodzi na brzeg.. sika.. wśród tłumu ludzi.. w pozycji niemal stojącej.. strumień pod ciśnieniem spada na trawę spod czarnej spódnicy.. Bez skrępowania.. Ja w szoku.. No i już wiadomo, że góralki chodzą bez majtek 🙂
07 - 04 - inle4
   Dzień na jeziorze jest super, pełen nowych obserwacji, ludzi, i tej odmienności życiowych warunków.. zachwycających widoków na wodę i otaczające Inle Lake góry, na chatki na palach.. unoszące się mgły.. poranny chłód, południowy upał.. i oczywiście buddyjskie świątynie 🙂

   To, co mi psuje wrażenia dnia, to przymusowe wizyty w tych wszystkich fabryczkach-teatrach.. jedwab, papierosy, biżuteria.. i opieranie się oczekiwaniom miejscowych, że coś przez grzeczność na koniec takiej wizyty kupimy.. W jednym z nich.. dodatkowo dwie ze słynnych „kobiet o długich szyjach” z plemienia Padaung z ciężkimi obręczami między głową a tułowiem.. siedzą całe dnie na ławeczce.. wabiąc turystów do odwiedzenia tego sklepu.. Sytuacja na tyle niesmaczna, że nie zobaczycie tutaj ich fotki.. Dla mnie te obowiązkowe punkty na naszej trasie są żenujące bardziej niż pozujący do zdjęć „rybacy” przy wlocie z kanału na jezioro.. Gdybym mogła sterować przewodnikiem-sternikiem, nie zatrzymywalibyśmy się w takich atrakcjach.. a w to miejsce.. popatrzylibyśmy na życie wśród domków na palach przycupnięci z łodzią gdzieś w zaroślach..

c.d.n.

Tags:

Dni 6-8 – 12-14 listopada – Ngapali Beach (“szkic”)

Pierwszy z serii “szkiców” – Ngapali Beach. Trochę trudno wyjść z konwencji szczegółowych opisów..
UWAGA: oprócz moich zapisków, pierwsze teksty Kamili na Viajero.pl. Ile ludzi, tyle obserwacji.. Już nie raz spieraliśmy się o to, co uwiecznić na blogu – co, dla kogo było istotniejsze i bardziej godne uwagi. Teraz każdy ma szansę nieskrępowanej wypowiedzi 😉

   

Paweł “Viajero”:

   Na dwa dni świadomie zmieniamy konwencję. Z nieustraszonych podróżników 😉 chcemy przedzierzgnąć się w leniwych plażowiczów. Lecimy z Rangunu do Ngapali Beach – ponoć najpiękniejszego kurortu na wybrzeżu Zatoki Bengalskiej. Z reguły wszyscy kończą w ten sposób swój pobyt w Birmie. My, trochę pod prąd – nie licząc Rangunu – zaczynamy trasę od niego. Kolorowe zdjęcia plaży i palm na google’u nas tu sprowadziły.. „ale nie uprzedzajmy faktów”..

   Trochę za wcześnie wyjeżdżamy taksówką. Patrzę, jakie ciężkie życie ma kierowca, który ma kierownicę z angielskiej strony, a porusza się prawostronnie – jak musi się wyciągać, żeby zobaczyć, czy może wyprzedzić jadący przed nim samochód. Do pewnego mementu mkniemy sprawnie przez miasto. Nagle korek.. poruszamy się w żółwim tempie – najpierw z trzech pasów robią się dwa, potem po następnych kilkunastu minutach jeden. Zaczyna robić się nerwowo, bo wygląda, że w tym tempie mamy szansę spóźnić się na samolot. Po drodze dodatkowa „atrakcja”.. dobrze, że akurat Kamila ucina sobie drzemkę 🙂 Kierowca przyparty do muru tym, że stoimy od ponad pół godziny w korku, bez większego (chyba) zażenowania korzysta z przenośnej „toalety” w postaci plastikowej butelki po napoju – nie widać, ale słychać..

   Patrzę na obrazki za oknem taksówki. Przyglądając się tym migawkom, myślę sobie, że nikt nie rozpoznałby w nich miasta.. kraju.. z opowieści typu „junta, reżim, nie jedź tam..”. To jakaś pomyłka, dawno nieaktualna informacja, albo ta atmosfera zeszła gdzieś do podziemia i wiedzą o niej tylko miejscowi.

   Lotnisko. Lewe skrzydło eleganckie, prawe betonowa rama w budowie. Kierowca podjeżdża pod łączącą je część – małą, stylizowaną na zewnątrz na buddyjską świątynię. Ta część skończy pewnie kiedyś jako łącznik miedzy dwoma halami – na razie pełni rolę krajowego terminala. W środku bardziej wygląda to na pocztę niż halę odlotów. Wąskie kantorki kilku krajowych linii, żadnych taśm, bagażowi z wózkami i wielkie wagi z okrągłymi dużymi tarczami – stąd pewnie skojarzenie z pocztą 🙂 Przed małym kantorkiem naszej linii Yadanarpon Airlines więcej obsługi, niż pasażerów. Czterech bagażowych i trzech „oficerów” w białych koszulach z pagonami. Siedem osób obsługi robi większe zamieszanie, niż to konieczne. Zanim zdążymy podejść na dobre, już jedni biorą nasze paszporty, drudzy bilety, trzeci drukują nam karty pokładowe. Bagażowi ciągną nasze plecaki do najbliższej pocztowej wagi. W końcu naklejają oznaczenia na nasz bagaż, a na nasze koszulki małe kółka-naklejki. Zauważamy, że przy kantorkach wszystkich linii naklejają podobne kółka, różniące się barwami przewoźnika. W części krajowej nikt nie traktuje security poważnie. „Piszczę” przy bramce, funkcjonariusz patrzy na mnie pytająco, wyciągam z kieszeni telefon, o którym zapomniałem. Kiwa ze zrozumieniem i przepuszcza, choć w pozostałych kieszeniach mogłem przecież mieć jeszcze granaty 🙂

   Dalej hala odlotów przypomina atmosferą dworzec PKS. Jest skromna tablica odlotów, ale na niej zupełny misz-masz. Loty przemieszane, przez moment mignął nawet ten, któremu zgadzała się godzina i kierunek – wyglądał, jak nasz – ale zniknął. Do odlotu 15 min i żadnego info na temat naszego samolotu. Idę do „informacji”, żeby coś ustalić – pani wygląda na zdziwioną, że 15 minut przed wylotem tak się interesuję. Mówi, żebym spokojnie czekał.. Już za chwilę wyjaśnia się, jak działa system 🙂 Pojawia się człowiek z niedużą tabliczką w ręce z nazwą linii i destynacji. Przechadza się po poczekalni i wyłuskuje podróżnych, którzy tam lecą, na podstawie przyklejonych do odzieży naklejek. Zbiera wszystkich jak klasę przed wyjściem na fluorowanie zębów 🙂 Za kilkanaście minut przychodzi kolej i na naszą zbiórkę. Zostajemy podwiezieni leciwym autobusem pod małego ATR’a 72. I tutaj, jak głosi motto linii Yadanarpon – „Enjoy Royal Services” – doświadczamy iście królewskiej obsługi. Ponieważ żar leje się z nieba, czterech chłopa z dużymi parasolami na krótkim odcinku od drzwi autobusu do schodków samolotu osłania nas, żebyśmy nie stali tak na tym skwarze 🙂
06 - 01 - ng1
   Lecimy przez godzinę nad górami. Mimo, że wysokie, na tej szerokości geograficznej wyglądają inaczej – są porośnięte gęstą roślinnością. Szkoda, że dla nas to tylko taki zielony dywan i nie możemy tego doświadczyć z bliska. Jednak gdybyśmy wybrali drogę lądem, jechalibyśmy przy tym stanie dróg i ukształtowaniu powierzchni jakieś 16 godzin. Jak można przeczytać w necie „jedna z gorszych dróg lądowych w kraju”. Miejsce, do którego lecimy, jest enklawą bez żadnej infrastruktury. Pas szerokiego piasku i turkusowa woda – obrazek na potrzeby zagranicznych turystów i nic więcej. Ci, którzy nie chcą jechać 16 godzin, wybierają lot do Thandwe – 6 km od Ngapali Beach.

   Dolatujemy.. Piękna linia brzegowa, jak na folderach. Lądowisko przy samej plaży. Lądujemy w taki sposób, że zdjęcie zrobione z okna samolotu na wysokości plaży wygląda tak, jakbyśmy na niej stali, a nie nad nią lecieli 🙂 Maszyna szybko hamuje i zatrzymuje się „kilka kroków” od białego budyneczku. Pilot unieruchamia śmigła, ale nie wyłącza silników. Już szukając połączeń w necie zorientowałem się, że samoloty latają tu jak autobusy, bardziej w kółko, niż tam-i-z-powrotem. Kilku pasażerów leci dalej do Sittwe. W budynku pracownicy hoteli z wypisanymi na tabliczkach nazwami witają swoich gości. Nasz hotel również wysłał po nas tradycyjnie ubranego „boya”. Chłopak prosi, żebyśmy stanęli do odprawy, a on zajmie się naszymi bagażami. Mimo, że to lot krajowy, wszyscy pasażerowie zostają wpisani ręcznie do ksiąg przez troje pracowników policji. Trochę im to zajmuje czasu, mimo, że pewnie są już obeznani z naszym alfabetem.

   Jedziemy kilka kilometrów. Po prawej stronie widać morze i zabudowania poszczególnych hoteli – niskie budynki i bungalowy zatopione w ogrodach. Jeden z pierwszych wybudowanych, najbliżej lotniska – Sheraton – miał pewnie swoją marką przyciągnąć pozostałych inwestorów. Po lewej stronie strasznie biednie wyglądające zabudowania. Nie ma żadnego miasteczka, bardziej wioska. Dojeżdżamy do Diamond Ngapali Hotel. Meldujemy się w recepcji, obsługa jest aż nadopiekuńcza – zimny sok na powitanie i zmrożone ręczniczki frotte. Przy meldowaniu się – maleńki zgrzycik. Pani informuje mnie o płatności w dolarach. „Jak to w dolarach?? specjalnie wymieniałem dolary na kyaty, bo tak chcieliście??”. Jeśli upieram się przy kyatach, to recepcjonistka wypisuje mi na karteczce kurs 1300 kyatów za dolara. Takiego kursu nigdzie nie widzieliśmy w całej Birmie!! Pozwalając jej przeliczyć po takim kursie, dopłacałbym do swoich własnych dolarów wymienionych dzień wcześniej. Całe szczęście, że jesteśmy na początku wyprawy, mam jeszcze tyle dolarów, na ile opiewa rachunek, a worek wymienionych kyatów wystarczy nam prawie do samego końca objazdu 🙂 Dwie drobne Azjatki chwytają nasze plecaki – nie mogę na to patrzeć – uginają się pod ich ciężarem. Prowadzą nas przez ogród do naszego domku przy plaży. Jest faktycznie w pierwszej linii bungalowów – jeszcze nigdy nie mieszkałem przy samej plaży..
06 - 02 - ng2
   Domek.. 50m2 – podłoga z ciemnego drewna, takież sprzęty, kremowe ściany. Łazienka, klimatyzacja, telewizor, lodówka. Okna od strony morza – prawie na całą ścianę – wychodzą na naszą werandę. W tym całym luksusie mimo wszystko Opatrzność zadbała jeszcze o coś ekstra dla nas podróżników – nasz hotel jest ostatnim hotelem na plaży, a nasz domek jest ostatnim domkiem w tym hotelu 🙂 Dzięki temu tuż za naszym murem zaczyna się rybacka wioska. Przy brzegu proste łodzie, na piasku rozłożony olbrzymich rozmiarów niebieski brezent, na którym suszą się małe 3-4 cm rybki. Siadamy w fotelach na naszej werandzie i mimo tego, że wcale nie jesteśmy specjalnie zmęczeni, to morze „na wyciągnięcie ręki” – huczące miarowo w rytmie fal – potrafi nas uśpić.

   Dopiero o 17:00 wybieramy się na pierwszy spacer. Idziemy w kierunku północnym. Szeroka plaża, zwieszające się nad nią palmy. Świetna „temperatura” zdjęć z taką ilością czerwieni i cyjanów. Zaraz za naszym hotelem ujście płytkiej rzeki – można ją przejść w klapkach, zanurzając nogi jedynie do kostek. Na wprost ujścia na kamienistej grobli ktoś wybudował drewnianą restaurację i zasadził palmy – wie jak „uprawiać” turystów i ich portfele. Na piasku jakaś dziwna drewniana „budka z baldachimem”.. Idziemy około 2-3 km i cały czas przy brzegu kolejne hotele. Pod koniec, w miejscu, w którym droga przebiega zbyt blisko plaży, żeby wybudować tam hotel, umiejscowione są „przenośne” restauracyjki. Stoliki wystawione wprost na piasku, proste zadaszenia, girlandy kolorowych żarówek zasilane z agregatów na zapleczach. Oprócz naszego standardowego “ryżu z warzywami” zamawiamy sałatkę z zielonej, marynowanej papai i drugą z piklowanych liści zielonej herbaty. W drodze powrotnej dodatkowa atrakcja – okazuje się, że „podłoga się rusza” 🙂 Po całej plaży biegają kraby i krabiki – wyglądają przedziwnie czmychając bokiem i robiąc w panice uniki. Starają się umykać spod naszych stóp, ale w tym obłędzie robią czasem zupełnie odwrotne manewry – nagle próbując nam wbiec pod nogi (na pewno Kamila napisze o nich coś więcej 🙂 ).
06 - 06 - ng6
   Pod koniec jeszcze jedna niespodzianka. Drogę zagradza nam nagle jakieś rozlewisko – „nie było tego tutaj???”. Okazuje się, że to ujście naszej „rzeczki do kostek” – tak wygląda w trakcie przypływu. Dwie łodzie, które wyglądały, jakby były wyciągnięte daleko na piasek, teraz kołyszą się na kotwicy w ujściu. Ściągam spodnie i sonduję, jak jest głęboko. Mam wodę do pasa, Kamila jeszcze wyżej 🙂 „Budka z daszkiem”, która leżała na piasku, teraz okazała się zadaszoną tratwą, którą dowozi się turystów do restauracji. Grobla stała się wyspą odciętą od lądu.

   Kolejne dwa dni zostają dedykowane leniwemu plażowaniu. Ostre słońce, upał, woda jak zupa, ukośne palmy – czego chcieć więcej w listopadzie.. może nawet, czego chcieć więcej w życiu.. 🙂 Dla właściwego balansu – wycieczka plażą w drugą stronę, czyli wzdłuż wioski rybackiej. Inny świat.. Im dalej od naszego hotelu, tym trudniej o mijanych domostwach powiedzieć „chaty”. Zagrody i komórki sklecone z plecionych mat. Niestety wszędzie śmieci i to te, które zostaną tu na długie dziesięciolecia – foliowe torby i plastikowe butelki. Dlaczego Ci ludzie tego nie sprzątają..? Mijamy kolejne łodzie wyciągnięte na piasek. Przy niektórych trwają prace konserwacyjne. Jedna z nich jest smołowana prymitywnym sposobem przy pomocy rozpalonego pod nią małego ogniska. Dzieci puszczają dwa latawce zrobione z kolorowych torebek foliowych. Czego, jak czego, ale żyłki nie brakuje w wiosce rybackiej. Do tych wszystkich śmieci porozrzucanych wokół dodajemy jeszcze jeden zapamiętany makabryczny obrazek – zwłoki psa, dziwacznie wkopane w ziemię wystają z niej pionowo tylną częścią. Wracamy do naszej enklawy. Jaki to kaprys losu umieścił nas na granicy tych dwu światów.. Z jednej strony luksusowe domki w rajskim ogrodzie, przy grabionej co wieczór szerokiej piaszczystej plaży. Z drugiej ci ludzie na kupie śmieci z psem tylko do połowy zakopanym. My stąd odjedziemy pojutrze, a oni tu zostaną..
06 - 07 - ng7

         

Kamila:


   Z Ngapali Beach na pewno:

   Raj – wysokie, pochylone palmy na plaży, biały piasek, ciepła woda, w hotelowym ogrodzie bananowce i kiście bananów zwieszające się nad ścieżką, mnóstwo palm, kokosy wiszące tuż przy naszym domku. Ta egzotyczna roślinność, a palmy i bananowce szczególnie, jest dla mnie czymś tak niezwykłym, niecodziennym, zachwycającym, nie mogę się nasycić.. i mam chęć robić palmom milion zdjęć każdego dnia. Tutaj w raju jest możliwość tak blisko i tak często z nimi obcować. Do tego widok morza, właściwie.. Ocean Indyjski.. z fotela na werandzie, a przez wielkie okna z łóżka – przewlekły stan euforii.. Ogromny, luksusowy domek, tylko dla nas, przez okienko w wielkiej łazience widać.. palmy 🙂 Kąpiemy się w oceanie.. To Paweł odnalazł taki zakątek w Dalekim Świecie.. i zarezerwował domek w pierwszej linii, najbliżej morza..

   Kraby – ekscytujące, acz nie tak przyjemne 😉 Pierwszy raz w życiu widzę takie ilości tych stworzonek.. Są wielkie, czerwone, świecą oczami i chodzą bokiem, jak potłuczone 🙂 Nie ma ich za dnia, pochowane w dziurkach w piasku.. W ciemności.. podłoga się rusza.. Biegają chaotycznie spłoszone naszymi krokami, światłem, są w panice.. Ja też.. Mam jakieś lęki, że na mnie wbiegną w tym szale biegania.. że wejdą mi pod nogi.. Krzyczę, piszczę, podskakuję, i również biegam 🙂 Po pierwszym krabowo-szokującym nocnym spacerze plażą, eksperymentuję.. np. kolejnego dnia idę w butach.. umniejsza nieco lęk, ale niewygodnie po piasku w tych butach.. innym razem biorę latarkę.. uciekają przed silnym snopem światła.. nawet niezła zabawa, ja świecę, one czmychają.. gorzej, jak czmychają nie w tę stronę, co trzeba..
06 - 08 - ng8
Kraby 2 – to jakiś inny gatunek – są maleńkie, jasnoszare, aktywne za dnia.. wydłubując swoje norki na plaży toczą kuleczki z wydobytego piasku i układają je w regularne wzorki!!! Najczęściej na planie okręgów.. Miejscami cała plaża jest taka wzorzysta.. aż szkoda deptać.. Fascynujące dzieła Natury..

   Przypływ i odpływ – nigdy wcześniej nie widziałam osobiście tego zjawiska, nigdy nie doświadczyłam.. Coś niesamowitego.. Nasze pierwsze zetknięcie z tematem – podczas powrotu z kolacji na plaży pierwszego wieczoru.. Ciemność, kraby, kraby.. i ja mówię „ta plaża jakaś węższa?.. to morze jakoś bardziej huczy?” I ten spektakularny moment – dojście do ujścia strumyczka.. Strumyczek wygląda na regularną rzekę, łodzie zakotwiczone na środku, jak tu głęboko?? Przeprawiamy się.. buty w garści, spodenki też, gacie mokre.. 🙂 Trochę straszno, ale bardzo wesoło 🙂 Rano lecę zobaczyć, dokąd sięga ocean i czy wspomniana już tutaj przez Pawła knajpka znajduje się teraz na wyspie czy na półwyspie 🙂 Już do końca pobytu w raju obserwuję w rytmie dobowym fascynujące zjawisko przypływu i odpływu.. Dokumentuję zdjęciami poziom wody o różnych porach 🙂 Na Bałtyku tego nie widać 🙂 Jestem podekscytowana.. a po powrocie z Birmy dużo czytam o tym i dowiaduję się, że najsilniejsze pływy mają miejsce podczas pełni i nowiu Księżyca (właśnie w trakcie nowiu tam byliśmy), a najbardziej odczuwalne są w zatokach (właśnie Zatoka Bengalska nas tym uraczyła).
   Podczas kolejnych wieczorów nie wracamy już do domu w mokrych majtkach, tuż przed ujściem rzeki sprytnie przedostajemy się przez teren któregoś z hoteli na drogę, pokonujemy rzekę przy pomocy mostu i lądem docieramy do naszego domku przy plaży. Z nocnych spacerów plażą pamiętam też wypatrywanie Wielkiego Wozu na rozgwieżdżonym niebie.. nie ma.. w tamtej części świata go nie widać 🙂

   Jedzenie.. śniadania hotelowe bajeczne w obfitości wyboru.. można po europejsku, można lokalnie.. My w takich momentach zawsze jesteśmy za lokalnie, więc zajadamy się „obiadowym” ciepłym ryżem z warzywami na śniadania.. W hotelu robią pyszny.. Na kolację w knajpce na plaży zamawiamy między innymi birmański rarytas lahpet – sałatkę z kiszonych liści herbaty.. Próbujemy jej po raz pierwszy.. jest ciekawa, smakuje nam.. w składzie ma też jakieś orzeszki.. Potem w dalszej podróży po Birmie często ją zamawiamy, w każdym miejscu jest inna, ma inne dodatki np. pomidory, inaczej smakuje i już nigdzie nie jest tak dobra, jak na plaży.. Podczas pobytu w Ngapali raz w środku dnia idziemy do knajpki na wyspie/półwyspie w zależności od przypływu/odpływu.. miejsce niezwykle urocze.. Paweł zamawia sok świeżo wyciskany z ananasów, a ja – skuszona jej egzotyką – zupę.. awokado w ciepłym mleku kokosowym z małymi klejącymi kuleczkami ryżowymi.. Jest świetna..

   Z przygód.. piąta rano.. budzi mnie.. muzyka z głośnika.. jakieś miejscowe disco-polo, coś okropnego.. bardzo głośno.. nie daje spać.. (jak komu – Paweł niewzruszony), czekam, dźwięki nie cichną.. Zawijam się w pareo i wybiegam z pianą na ustach.. sprawdzić, co się dzieje i.. zaprowadzić porządek.. Przystaję na ścieżce w hotelowym ogrodzie.. widzę stąd stoliki, miejsce, w którym goście jedzą poranne posiłki.. Egzotyczne, drobne dziewczyny z obsługi hotelu szykują już śniadaniową przestrzeń, układają kwiaty, naczynia.. śpiewają!! podrygują w rytm wspomnianej muzyki.. beztroskie, zadowolone, kompletnie nieświadome, że zaburzają gościom spokój.. Dźwięki, które sobie włączyły dla umilenia pracy, dzięki radiowęzłowi rozbrzmiewają na całym terenie.. Stoję, patrzę, moje wzburzenie opada.. Za chwilę obok pojawia się inny zbudzony gość.. Śmieje się do mnie i komentuje „niewiarygodne, inny świat”.. Te słowa już do końca rozładowują moją furię.. Piąta rano.. idę na samotny spacer plażą, moczę stopy, zbieram muszelki, obserwuję wschodzące słońce i szykujących łodzie rybaków z wioski obok.. Z nad zacumowanych w przybrzeżnych wodach łodzi wychyla się mini-świątynia zbudowana na skalistej mini-wysepce.. Jestem jej ciekawa, chętnie bym tam weszła, ale.. otoczona morzem, dostęp do niej mają tylko rybacy ze swoich łodzi.. pozostaje niezdobyta.. Gdyby nie radiowęzeł.. pewnie nie byłoby mi dane doświadczyć tych chwil.. Wracam do domku, na moje wejście półśpiący Paweł mamrocze „Czy ktoś przeżył..?” 🙂
06 - 09 - ng9
   Te dni w Ngapali.. są luksusowe, w cudnym otoczeniu, w świetnych warunkach lokalowych, bardzo inne od reszty naszej wyprawy 🙂

c.d.n.

Tags:

Dzień 5 – 11 listopada (środa) – Rangun c.d.

Jest to niestety ostatni “pełnometrażowy” odcinek z Birmy. Brak czasu spowodował, że nie dało się opisać wszystkich przygód z zeszłego roku.
8 października wyruszamy w kolejną Podróż – tym razem Boliwia i Peru. Pozostają więc dwa miesiące – tyle czasu, żeby zamieścić jedynie nieuporządkowane notatki, które jeśli wystąpią, to zrobią to pod roboczym tytułem “Birma 2015 – szkice“.

   

Aaaaa!!! – w środku nocy budzi nas krzyk Kamili. Chyba nawet nie wiem do końca jeszcze, kto krzyczy, jeszcze nawet nie wiem za bardzo, jak się nazywam.. ale któż jeszcze miałby być w naszym pokoju hotelowym. – Coś mi chodziło po twarzy!! – krzyczy roztrzęsiona Kamila. – Przyśniło Ci się – mówię. – Nie śniło mi się, naprawdę coś chodziło! Rozglądamy się po pościeli, ja z niedowierzaniem. Jak niby można się obudzić z głębokiego snu, nawet gdyby faktycznie coś postanowiło przejść się po twarzy. W tej chwili jednak, rzeczywiście po białej pościeli biegnie „potwór”. Karaluch – niewielki przedstawiciel gatunku, bardziej poprawnie zwanego karaczan prusak (Blatta germanica 🙂 ). Zadarł biedaczek z niewłaściwą osobą – po chwili ginie od uderzenia Kamili. Okazuje się, że mamy w pokoju współlokatorów. W dzień widziałem jednego przy zabudowie lodówki, ale nie nagłaśniałem sprawy, żeby nie psuć „komuś” humoru 😉 Po co się ten biedak wspinał na łóżko. Cóż, tak to jest – nigdy nie wiesz, kiedy znajdziesz się w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Przy lodówce, na ścianie i na podłodze kolejne osobniki. O dziwo, w ogóle nie boją się zapalonego światła. Nasze polskie odpowiedniki zaraz rozbiegają się po kątach, kiedy tylko zapalić światło. Z ciężkim sercem dokonuję eksterminacji, żeby zapewnić kobiecie bezpieczeństwo. Ta, już do samego rana czuwać będzie na łóżku na siedząco przy zapalonym świetle, mnie – mimo światła – udaje się jeszcze zasnąć.

                                                   * * *

Przyjeżdżamy drugi raz do agencji turystycznej kupić nasze bilety na łódź. Ewidentnie nie mamy do nich szczęścia. Co prawda tym razem udaje nam się sforsować kratę i drewniane drzwi, ale za to miły pracownik biura mówi nam, że szef właśnie poszedł coś zjeść, a tylko on może nam wystawić bilety. Może to znak, że nie powinniśmy płynąć tą łodzią..? 🙂 Wychodzimy na ulicę, żeby jakoś skrócić sobie oczekiwanie – podobno może to potrwać nawet „do godziny”. 05 - 01 - Bota1Obchodzimy duży kwadrat ulic, mijając po drodze ładną świątynię hinduistyczną – niestety o tej porze zamkniętą. Misternie zdobiona rzeźbami różni się bardzo od złotych gładkich stup. Leniwie przechadzamy się mijając stragany i sklepy. Po godzinie próbkujemy znowu agencję i tym razem daje się odczarować ciążące nad biletami fatum. Co prawda przez chwilę towarzyszy temu wydarzeniu jeszcze pewna doza niepewności, bo jak pięć osób pracuje w agencji, tak prawie wszystkie są zaangażowane w pomaganie szefowi, który nie bardzo potrafi sobie poradzić z wydrukowaniem naszych biletów. W końcu dostajemy je do ręki, w zamian zostawiając jeden zielony banknot. Jedziemy teraz przez zatłoczone miasto w kierunku bazaru Bagyoke. Kolejna misja to wymiana waluty. Musimy mieć kyaty na opłacenie naszego pobytu nad morzem. Ponieważ kwota jest niemała, przed wyjazdem upewniałem się, czy można płacić dolarami, czy trzeba mieć miejscową walutę. Manager Diamond Hotel Ngapali odpisał mi, że opłata koniecznie musi być w kyatach. Trochę mnie to teraz dziwi, bo i taksówkarze na lotnisku i obsługa w naszym hotelu preferowała dolary. No, ale może na prowincji panują inne zwyczaje. Oprócz wymiany trzeba sprawdzić, czy Market to dobre miejsce na 05 - 02 - Bota2kupienie prezentów ostatniego dnia – żeby nie było takiej skuchy, jak z „bazarem” w Dżakarcie. Już na pierwszy rzut oka widać, że obiekt spełnia nasze oczekiwania. W jednej dużej hali, przypominającej stary budynek dworcowy, mnóstwo stoisk z pamiątkami, biżuterią, tekstyliami – wszystko na „turystycznym” poziomie. Podobno ma tu być też najlepszy kurs walut. Jako skarbnik bardziej rozglądam się za kantorem, tymczasem Kamila lustruje stoiska z pamiątkami. Przechodnie zapytani o kantor, wskazują nam maleńką pakamerkę wciśnięta między zakład krawiecki i sklep z materiałami. Pracujący w nim Hindusi proponują kurs trochę gorszy od tego, który widzieliśmy wczoraj w Shwedagon Paya i jeszcze niższy niż ten na lotnisku. Szkoda wymieniać po takim, szukamy więc innego miejsca. Okazuje się, że handlują tu też walutą w niektórych stoiskach i punktach usługowych bez szyldów – trzeba tylko wejść i zapytać. Nigdzie jednak nie dają nam takiego kursu, jak w pierwszym napotkanym kantorku. Po kwadransie takich poszukiwań, w końcu wymieniamy pieniądze po takim kursie, jak proponowano nam na początku 🙂 Na szczęście nie jest to tyle banknotów, co w trakcie „przekrętu” w Indonezji, ale też jest trochę liczenia. Tym razem 05 - 02 - Bota2azachowujemy maksymalne środki ostrożności obydwoje 🙂 Najpierw gruby plik banknotów 500 000 kyatów przeliczony przez „bukmacherów” przy pomocy liczarki. Potem muszę to przeliczyć sam ręcznie, bo przecież w środku mogą być podłożone inne banknoty. Na razie wszystko się zgadza. Potem jeszcze ponad 200 000 tamten liczy już ręcznie. Wykonuje przy tym taki dziwny gest zaginając jeden z banknotów i obkładając nim każdą odliczoną równą kwotę. Po zeszłorocznych doświadczeniach w każdym geście wietrzę już podstęp. Oboje patrzymy aż do „wytrzeszczu gałek” na każdy ruch chłopaka. Drugą kupkę również sprawdzam. Odchodzimy od stoiska z torbą banknotów, ale ja nie wyjdę z bazaru, póki tego jeszcze raz nie przeliczę. W zeszłym roku też cały czas sprawdzałem i też wszystko na moich oczach zostało przeliczone poprawnie. Na gwarnym bazarze jedyne ustronne miejsce to.. WC 😉 Najpierw czekam do niego w kolejce, a potem przeliczam na stojąco. W obskurnym, dusznym pomieszczeniu, w 40 stopniach, pot kapie mi po nosie na banknoty 🙂 Po pierwszym razie brakuje mi 3 banknotów. Niewielkie manko – 15 000 kyatów, ale nie mogę tego tak zostawić. Faktycznie brakuje, czy ja się pomyliłem..? Liczę ponownie i znowu brakuje 15 000 – to nie może być przypadek. Wracamy do „kantoru”, właściciele są zdziwieni lub tak dobrze to 05 - 03 - Bota3odgrywają. Liczymy jeszcze raz, przy pomocy liczarki i jeszcze ja ręcznie i tym razem wszystko się zgadza. No i nie będę nigdy wiedział, czy faktycznie panowie chcieli pobrać sobie dodatkową prowizję ok. 10$, czy to mnie z nadmiaru emocji udało się dwa razy pomylić dokładnie o tę samą kwotę 🙂 Wychodzimy z Bagyoke Market – wycofujemy się z akcjji 🙂 Znowu do taksówki. Kolejny kurs za 2-3 000 kyatów. Wszystkie przejażdżki w ramach downtown trafiają nam się w tej samej cenie. Pewnie można by się bardziej targować, ale to i tak dla nas kilka złotych. Dojeżdżamy do świątyni Botahtaung. Kolejna złota stupa. Widząc obcokrajowców obsługa zapraszającym gestem kieruje nas do specjalnej kasy dla turystów, w której w cenie biletu (3$) mamy również przechowanie naszych sandałów.. 🙂 Świątynia jest jednym z najważniejszych miejsc w całej Birmie, została odbudowana po całkowitym zniszczeniu jej podczas bombardowania Rangunu przez Brytyjczyków w 1943. Paradoksalnie mimo, że jest to tylko replika pierwotnej starożytnej budowli, jej znaczenie jest olbrzymie dzięki temu, że podczas prac rekonstrukcyjnych odnaleziono oryginalny relikwiarz z włosem i niewielkimi fragmentami kości. Według wiernych potwierdza to legendę, zgodnie z którą przez wieki we wnętrzu stupy przechowywane były szczątki pozostałe po 05 - 04 - Bota4kremacji Buddy. Według niej świątynia Botahtaung przez sześć miesięcy przechowywała relikwie Buddy do czasu ukończenia Shwedagon Paya. Jeden z włosów został podarowany Botahtaung na zawsze, w uznaniu jej półrocznego wkładu w ochronę świętych szczątków. Wyjątkowo – w odróżnieniu od innych stup – została odbudowana z wewnętrzną pustą komorą. W środku znajduje się skarbiec, w którym wystawiona jest relikwia. Można ją oglądać przez grubą szklaną taflę. Wnętrze sanktuarium pokrywa złota blacha zdobna w misterne ornamenty. Wewnątrz podstawy stupy biegną korytarze ułożone w kształcie gwiazdy, które zbliżają się i oddalają od centralnego skarbca. Modlący się ludzie ustawiają się w miejscach, gdzie najbliżej za ścianą znajduje się wewnętrzna komora z relikwiami. Po przejściu labiryntu dookoła wychodzimy i siadamy w cieniu na krawężniku. Kamila robi swoje reporterskie zdjęcia podpatrujące odwiedzających to miejsce – rodziny z dziećmi, mnichów. Na zdjęciach zostają również uwiecznione dziwne dzbany z wodą pokryte napisami, których dokładnego przeznaczenia nie udało nam się ustalić. Ja wstaję po jakimś czasie i obchodzę inne zabudowania. W jednym wyłożonym na podłodze 05 - 05 - Bota5kolorowymi dywanami duży złoty posąg Buddy. Według napisu na tablicy zrabowany i następnie zwrócony przez Brytyjczyków. Podchodzi do mnie starszy pan w tradycyjnym stroju, z parasolem. Przez jakiś czas prowadzi konwersację, pyta mnie o różne rzeczy, a potem nagle o datę i rok moich urodzin. Wyciąga książeczkę, z której wyczytuje, że w takim razie urodziłem się w poniedziałek, co oznacza, że mój kierunek to wschód, mój kamień – jadeit, ważna liczba – 15. Rozmowa schodzi potem na Kamilę, również dla niej wróżbita przedstawia taką wyliczankę. Z jej daty urodzin wynika, że urodziła się w piątek – dodatkowy bonus. „To bardzo dobrze urodzić się w piątek – Budda również urodził się tego dnia”, mówi. Jej kierunek – północ. „To dobry znak, kiedy między kierunkami jego i jej jest 90 stopni różnicy”, dodaje.. 🙂 Kamień szlachetny – perła, a ważna liczba – 21. Ciekawe, bo za swoje „usługi” miły starszy pan niczego nie chce. Wracam do Kamili i opowiadam jej tę historię. Kiedy dostatecznie nasycimy się już atmosferą kolejnej Paya, zaczynamy ustalać dalszy kierunek zwiedzania. Świątynia stoi niedaleko nabrzeża i tam postanawiamy się udać. Przy starym 05 - 09 - Ira4drewnianym molo zacumowany statek, wygląda jak stary parowiec napędzany kołem z łopatkami. Siadamy na pomoście. Jest tu sporo bladych twarzy – czyżby to miejsce zostało opisane w jakimś przewodniku, jako nadające się świetnie do podziwiania zachodu słońca? 🙂 Zaraz się o tym przekonamy zresztą, bo wkrótce zacznie zapadać zmrok. Obok nas siada para młodych Birmańczyków – ona w eleganckiej sukience, on z wystylizowanymi żelem włosami, w eleganckich dżinsach i białych adidasach. Odłożyli swoje smartfony, żeby usiąść na pomoście. Czule się obejmują.. patrzą na zachód słońca.. 🙂 My wracamy na nabrzeże, żeby coś zjeść. Znowu przez dłuższą chwilę poszukujemy i znowu nie możemy znaleźć żadnej opcji wege. W końcu za symboliczną kwotę 2000 kyatów za obie porcje znajdujemy pyszny.. ryż z warzywami 🙂 Postanawiamy pojechać pod Shwedagon na nocne zdjęcia. Może nie będzie czasu ostatniego dnia, żeby zobaczyć ją w wersji „by night”. Prezentuje się bardzo godnie ponad ruchliwą ulicą od strony długich schodów rozpoczynających się przy złotej bramie z ni to gryfami, ni to lwami. Przez jakiś czas oświetlona pięknie pozuje nam, przyciągając wzrok i obiektyw. Potem naszą uwagę zwraca inna oświetlona stupa stojąca kawałek od skrzyżowania, oddzielona od ulicy kanałem, nad 05 - 11 - nightktórym przerzucony jest mostek. Idziemy tam. Kiedy podchodzimy pod górę schodami, uśmiechnięty Birmańczyk podaje nam nagle foliową torebkę. Po całym dniu zwiedzania świętych stup orientujemy się, że to na nasze buty. Siadamy na górze z przewodnikiem w dłoni i próbujemy znaleźć opis obiektu, w którym jesteśmy – Maha Wizaya Zedi. Okazuje się, że to inny rodzaj świątyni – zedi – stupa pusta w środku. Wybudowano ją w 1980 dla upamiętnienia kongregacji zjednoczeniowej wszystkich odłamów Theravada Buddyzmu w Birmie. Stupo-świątynia ozdobiona jest wewnątrz sztucznymi zielonymi drzewami. Siedzimy na perskich dywanach w jej centrum, mając nad głowami kolorowe konstelacje na niebiesko pomalowanym suficie. Po wyjściu z Maha Wizaya obchodzimy ją jeszcze dookoła. W jednym miejscu po marmurowej posadzce biegają olbrzymie 5-7 cm tłuste karaluchy – takie „prawdziwe”, nie to, co te maleństwa – prusaki z naszego pokoju. Po powrocie do głównej ulicy dajemy się jeszcze przyciągnąć ostatniej na dziś świątyni. Widzieliśmy to już w poprzednich, ale w tej jest to chyba doprowadzone na skraj dobrego smaku. Wokół głów Buddów led’owe aureole migające dosłownie we wszystkich kolorach tęczy. Przez chwilę nie możemy wyjść z „podziwu”. Czar i urok made in China. Mimo niesprzyjających warunków – tuż pod okiem mnichów – muszę uwiecznić z ukrytej kamery ten „duchowy zgrzyt”.
 

Tags: