Dni 9-10 i 17 – 16-17 i 24 października – La Paz cz.1 i cz. 2

   

Paweł “Viajero”:

   Siadamy z plecakami na głównym skrzyżowaniu Copacabana. Co godzina ruszają stąd zielone autobusy firmy „Oltursa”. Nie sposób je przegapić – kierowca gardłowym głosem wykrzykuje kierunek, w którym będzie jechał: „para La Paz! para La Paz!! para La Paz!!!”. Kobiety w kapeluszach z tradycyjnie związanymi na końcu warkoczami, niektóre z wplecionym w każdy z nich eleganckim pomponem, meloniki i barwne pledy na plecach – to wszystko stanowi o urokliwym kolorycie. Podróżni, którzy zaraz wsiądą do autobusu, zaopatrują się w prowizorycznym stoisku w napoje na drogę – butelki z wodą, kolorowe napoje gazowane. Można też wypić na miejscu „oranżadki” rozlewane do plastikowych kubeczków. Klimat naszego niegdysiejszego stanowiska z saturatorem. No może warunki higieniczne na odrobinę niższym poziomie.. 🙂

   Jedziemy wzdłuż brzegów jeziora. Copacabana leży na dużym półwyspie wcinającym się głęboko w wodę i dzielącym prawie w tym miejscu Titicaca na dwie części. I właśnie z tym „dzieleniem” związana jest zabawna historia. Po trzech kwadransach zatrzymujemy się w małym miasteczku. Miejsce wygląda jak targowisko nad samym brzegiem jeziora. Pasażerowie leniwie wysiadają z autobusu – pewnie chwila postoju dla kierowcy. Nie chcę mi się wychodzić, Kamila idzie rozprostować nogi. Oprócz mnie w autobusie zostaje tylko jedna bardzo sędziwa Indianka. Kierowca zamyka drzwi i uruchamia silnik. Wykonuje kilka manewrów – pewnie chce zaparkować w cieniu, myślę. Ale nagle ku mojemu zaskoczeniu autobus wjeżdża na prom. „Prom” to za dużo powiedziane, wjeżdża na płaskodenną drewnianą łódź niewiele większą od autobusu. Wysoki pojazd nabiera całkiem niezłego przechyłu – to w jedną, to w drugą stronę. Płyniemy.. No tak.. przypomniałem sobie jeden z wpisów na Tripadvisor. Połączenie promowe skracające drogę w kierunku La Paz w miejscowości Tiquina – „pasażerowie muszą przepłynąć tę drogę łodziami, autobusy pokonują ten przesmyk na promie”. Kamila będzie musiała popłynąć łodzią – musi zadbać o siebie, skoro już doszło do rozdzielenia. Nie mogę nic już teraz zrobić będąc na środku jeziora. Jeśli Kamili nie uda się przeprawa – cóż, będę musiał wysiąść z bagażami i zaczekać na nią. Może Kamila opisze to w swojej części, jeśli nie – dopowiem to za nią. Sprawa bardziej się skomplikowała, bo Kamila akurat nie miała grosza, czy też centavo przy duszy. Nie mogła więc popłynąć łodzią, za którą trzeba dodatkowo zapłacić. Ubłagała więc kierowcę autobusu, żeby mogła ukradkiem – wbrew oficjalnemu zakazowi – płynąć na promie obok autobusu. Z powodu zakazu nie chciał jej też wpuścić do środka pojazdu. I tak płynęliśmy obok – ja myśląc, że Kamila płynie gdzieś łodzią, ona wiedząc, że jest bezpieczna, a jestem kilka metrów od niej w autobusie 🙂

   Po godzinnej jeździe autobusem wzdłuż brzegów ostatecznie rozstajemy się z Titicaca. Krajobraz jest nadal suchy, niegościnny. Przyroda zdaje się dawać do zrozumienia, że nie warto zapuszczać się w te okolice. Wbrew temu, co jakiś czas na trasie mijamy biedne miasteczka. Osady bez chodników, z rozkopanym asfaltem, czy wręcz ulicami tylko z ubitej ziemi. Domy z dużej czerwonej cegły z prętami sterczącymi z ostatniej niedokończonej kondygnacji. Uliczne stragany, na których gospodynie mogą kupić mąkę wprost z worków, wielkie butle z olejem i inne podstawowe produkty. Po jakichś dwóch godzinach pasażerowie zaczynają wysiadać na kolejnych „przystankach”. Przejeżdżamy teraz przez mieścinę, która wygląda jeszcze gorzej, niż te mijane po drodze. Dopiero, kiedy po prawej stronie drogi pojawia się widok kotliny z panoramą olbrzymiego miasta, orientujemy się, że przejeżdżamy przez El Alto – najuboższą dzielnicę La Paz. Wrażenie jakie sprawia, jest wręcz przygnębiające – jakbyśmy chwilami znajdowali się za więziennymi murami..

   Autobus ma zatrzymać się przy dworcu autobusowym – w miarę w centrum miasta. Mamy stamtąd opracowaną drogę do Plaza San Francisco. W jego okolicy znajduje się tzw. Mercado de Las Brujas (Targ czarownic), a w jego pobliżu okolica, w której podobno jest sporo hoteli i hosteli dla „plecakowców” – tam zamierzamy znaleźć lokum dla siebie. Autobus zatrzymuje się na końcowym przystanku. Budynek, przy którym stajemy, pasuje do „rysopisu” dworca autobusowego, ale szybko okazuje się, że to stacja kolejki linowej. Plan wziął w łeb – nie wiemy, gdzie jesteśmy, jak daleko stąd do Plaza San Francisco – musimy skorzystać z taksówki. Udaje się nią dojechać do placu – nawet nie było tak daleko. Zostawiam na nim Kamilę z plecakami, a sam wyruszam na poszukiwanie optymalnego lokum – w znośnej cenie, ze znośnymi warunkami. W kilku hotelach – ceny za wysokie, w jednym hostelu cena w porządku, to znowu pokój ciemna norka z niezmienioną pościelą. Dopiero po jakimś czasie trafiam do małego hoteliku przy uliczce prowadzącej schodkami pod górę. Za drzwiami patio oświetlone przez mleczny szklany sufit i trzy piętra schodów, galeryjek z wejściami do pokojów. Dogaduję cenę i wracam po Kamilę. Pokój jest duży, ale do luksusu mu daleko – nie ma okna, trochę zatęchłe powietrze, a sanitariat nam się co chwila zapycha. Dzięki sporym rozmiarom, lustru z finezyjnej oprawie i kanapie ze starodawnym obiciem uzyskuje przydomek „apartament Paderewskiego”. Dwie noce jakoś się tutaj przemęczymy 🙂

   Tego dnia spacerujemy głównie w okolicach placu i Mercado de Las Brujas. Targ czarownic trochę rozczarowuje – zgrupowanie kilkunastu straganów pod niebieskim brezentem, głównie wzdłuż ulicy Santa Cruz. Przy każdym straganie stara Indianka. Na straganach zasuszone embriony lam, których używa się ponoć jako talizmanów na szczęście – np. wmurowując je w fundamenty nowobudowanego domu. Oprócz tego zioła, herbaty, szczapki drewna palo santo i tysiące innych „czarodziejskich” drobiazgów. Jako, że Mercado przyciąga turystów, to w jego okolicy zgromadziły się też sklepiki z pamiątkami, instrumentami muzycznymi, tekstyliami z wełny lam. Kamila ma stąd magnesik z laminowanego liścia koki z napisem Boliwia 🙂 Z ciekawostek – jak u nas prażone orzeszki, czy lody, tak w La Paz na każdym kroku można kupić chrupki kukurydziane, które sprzedawcy sprzedają wprost z wielkich worów lub zwykłych taczek. Za kilka Bolivianos można kupić sobie plastikową torbę pełną chrupek w różnym wydaniu – na słodko, na słono, na-jakoś-tam-jeszcze.. 🙂

   Pisać.. nie pisać.. zastanawiam się. Ta awantura mogła się przydarzyć w dowolnym miejscu na Ziemi, może więc nie być interesująca, jeśli ktoś czyta ten post w poszukiwaniu informacji o Boliwii.. ale niech tam.. Jest noc.. ta pora.. w której człowiek przebudzony, nie wie, jak dawno zasnął – czy było to przed chwilą, czy też może już świta. Ten człowiek nie za bardzo nawet pamięta, gdzie jest.. gdzieś poza czasem i przestrzenią. W ten stan wdziera się uporczywe pukanie.. coś jakby ktoś po nocy uparł się, że będzie zamiatał zamaszyście podłogę, nie bacząc na to, że co chwila rąbnie z rozmachem szczotką o ścianę.. Na miły Bóg.. dlaczego on zamiata podłogę w środku nocy. Może uda się jakoś wrócić w sen puk.. puk.. Ciężko będzie puk.. puk.. Już na moment udaje się odpłynąć.. i znowu puk.. puk.. puk.. Wygląda to już jak zabawa w kotka i myszkę.. jakby złośliwie czekał, aż prawie uda się zasnąć i wtedy znowu puk.. puk.. puk.. Wściekłość zaczyna wzbierać we mnie.. „w kotka i myszkę.. ze mną..??” puk.. puk.. „Sprzątać w środku nocy.. na złość.. wprost nad moją głową..” puk.. puk.. „Do k… …!!!” Zrywam się z łóżka.. Kamila też nie śpi – „daj spokój”, mówi. Nie odzywam się tylko wciągam w pośpiechu spodnie – na bosaka, bez koszulki, w samych spodniach biegnę jak taran nabuzowany na pierwsze piętro. Wprost nad nami jest pokój, w którego w oknie wychodzącym na korytarz widać mdłe światło, słychać w nim cichutko grające radio. Tylko tu może się znajdować ten uporczywy „sprzątacz”. Bez namysłu walę do drzwi – już ja ci pokażę szczotką walenie w nocy środku. Nikt nie odpowiada – pukanie ustało. Nie wytracając impetu łapię za klamkę i pcham drzwi, w tym momencie czuję, że coś stawia mi słaby opór od środka. Rozjuszony oburącz pcham drzwi i wywalczam sobie większą szczelinę. I cóż w niej widzę? Wątły opór stawia mi od środka krępy nagi Indianin krzyczący teraz na widok rozjuszonego białego „que pasa!? que pasa!?” (co się dzieje!?). W łóżku po lewej stronie chichocząc zakrywa się kołdrą naga indiańska squaw. Zapominam na moment wszystkie języki świata – jedyny, w którym jestem w stanie dokonać pełnej ekspresji stanu mych emocji, to mój język ojczysty. Puszczam więc w kierunku Indianina niechlubną wiązkę przekleństw, w której daję mu do zrozumienia, że jak jeszcze raz puknie, to spotka go los straszny. Wyładowany wracam do pokoju. Ciężko było prawdopodobnie dokończyć dzieła bezszelestnie, ale już więcej tej nocy nie zakłócało nam spokoju „pukanie szczotką”.. 🙂

   Po burzliwej nocy dzień zaczynamy poszukiwaniem produktów spożywczych – skończyły nam się zapasy żywności. Przy samym placu odkrywamy Mercado Lanza, zadaszoną wersję placu targowego, który na trzech poziomach mieści dziesiątki blaszanych „szczęk” – stoisk, w którym znajdziesz wszystko. A na pewno wszystko to, co nam podróżnikom potrzebne do życia: pieczywo, ser, pomidory, cebula, owoce etc.

   Na pewno największą atrakcją tego dnia w La Paz jest wjazd kolejką górską łączącą dół kotliny z dzielnicą El Alto. Do stacji kolejki idziemy na piechotę – niełatwo spaceruje się po La Paz, prawie wszędzie jest pod górę 🙂 Docieramy do eleganckiego budynku stacji – tego, przy którym wysadził nas autobus z Copacabana. Kolejka nadziemna w La Paz to prestiżowy projekt, w który zaangażował się sam prezydent kraju Evo Morales. Podniebne metro, które ma rozwiązać problemy komunikacyjne miasta. Faktycznie, zamiast wjeżdżać w korkach ponad godzinę ulicami wspinającymi się po zboczach kotliny, można w parę minut wjechać czerwoną linią z samego jej dna do płaskowyżu El Alto, na którym znajduje się np. lotnisko. Kupujemy bilety i wsiadamy do czerwonego wagonika. Z naszego punktu widzenia – szkoda, że podróż trwa tak krótko. W dole miasto.. w pewnym momencie wzrok przyciąga regularna zabudowa, cały „kwadrat” wypełniony podłużnymi kilkukondygnacyjnymi budynkami z jednakowymi dachami. Przy dłuższej lustracji, okazuje się, że to cmentarz. Na kilku kondygnacjach równo stojących budynków zamiast okien i drzwi, wnęki z kwiatami, za którymi znajdują się zamurowane prawdopodobnie urny z prochami. Całe duże „osiedle” tych, co odeszli – Cementerio General.

   Na samej górze znowu elegancka stacja, budowana z aż za dużym rozmachem. Widać, że to pokazowy projekt, który ma promować Boliwię, jako państwo rozwijające się i aspirujące do nowoczesności. Na górnym „pokładzie” budynku punkt widokowy, gdzie z wysokości 4150 m. n.p.m. można podziwiać olbrzymią panoramę miasta. W sumie to najlepsze chyba co La Paz ma do zaoferowania – widok ośnieżonych szczytów i miasto wypełniające prawie po brzegi kotlinę. Z daleka wygląda to wszystko całkiem urokliwie. Chociaż z drugiej strony, jak napisał kiedyś mój Kolega o fawelach w Rio de Janeiro.. wygląda to trochę, jak “ludzka pleśń pokrywająca piękny krajobraz”.. Tak – można w tym zobaczyć i jedno i drugie..

Po zjechaniu z powrotem do kotliny robimy rekonesans na dworcu autobusowym. Znaleźliśmy na mapie, gdzie znajduje się ów „dworzec autobusowy”, przy którym miano nas wysadzić w drodze z Copacabana. Faktycznie, jest niedaleko. Chcemy sprawdzić, jak wygląda sytuacja z biletami na trasie La Paz – Uyuni. Kiedy wrócimy za kilka dni z dżungli naszą kolejną destynacją będzie pustynia solna Salar Uyuni. Chcemy sprawdzić, czy można bez problemu kupić bilety na ten sam dzień, czy powinniśmy kupić je teraz z kilkudniowym wyprzedzeniem. Jest wielu przewoźników, na tablicach reklamowych trzeba szukać tras, na których jeżdżą. Po krótkim wywiadzie w kilku kasach mamy pewność, że zakup biletów na ten sam dzień nie stanowi problemu. Wrócimy tu zatem za kilka dni.

   Kolejny nocleg – już bez żadnego „pukania szczotką”. Następnego ranka udajemy się taksówką do kolejki Teleferico. Wczoraj to wymyśliliśmy, kiedy podróż kolejką do El Alto zajęła nam kilka minut – zamiast wstawać dużo wcześniej, przepłacać taksówkę do El Alto, polecimy kolejką, a tam zrobimy krótki kurs taksówką. Wjeżdżamy.. Jeszcze w wagoniku pytamy współpasażerkę, ile może kosztować taksówka z El Alto na lotnisko. Elegancka starsza pani – okazuje się, że ona również jedzie na lotnisko – sama proponuje nam podzielenie się kosztami. Bierzemy wspólną taksówkę i wszyscy za 30 Bolivianos dostajemy się na lotnisko.

   Na lotnisku czeka nas trochę emocji – nasz samolot spóźnia się. Kilka lotów, które najpierw są wyświetlone w naszym gate, jako następne po naszym – odprawiają się kolejno, a my czekamy.. Kilkanaście osób, które wyraźnie również czeka na lot do Rurrenabaque, jest coraz bardziej zniecierpliwionych. Godzinne opóźnienie to nie jest to najgorsze, co potrafi się przydarzyć linii Amaszonas. Na szczęście w końcu nad gate’m wyświetla się nasz kierunek i pracownik odprawy sprawdza nam karty pokładowe, a potem prowadzi nas na piechotę przez płytę lotniska do 18 osobowego Fairchild’a Metro 23..

(Tu następuje niestandardowy przeskok w czasie – nasze przygody w dżungli zostaną opisane w następnym odcinku)

                                                   * * *

   Wracamy do La Paz z dżungli – na to samo lotnisko, z którego wylecieliśmy pięć dni temu. Razem z zaprzyjaźnionymi Anglikami spotkanymi w Madidi Jungle Lodge bierzemy taksówkę z lotniska do centrum. Jedziemy oglądając nocną odsłonę La Paz. Mimo wieczornej pory korki na Autopista La Paz – El Alto. Po tygodniu spędzonym wśród nieskończonej zieleni, ludzkie mrowisko wydaje się tym bardziej czymś nienaturalnym – przytłaczjącym i ponurym. Dlaczego ludzie chcą tak żyć jeden-na-drugim tłocząc się, jak mrówki w mrowisku. Żegnamy się z Anglikami – zazdrościmy im tego, że od kilku miesięcy znajdują się w podróży po Ameryce Południowej, a przed nimi jeszcze wielomiesięczna trasa po Australii i Nowej Zelandii. Wysiadają jeszcze przed placem San Francisco, my ponownie chcemy zanocować w jego okolicy. Na pewno nie tam, gdzie „pukają” nocami. Tym razem wybieramy hotelik, który za pierwszym razem był trochę „za drogi” – na jedną noc możemy trochę odpuścić z formuły low-budget.

   Następny dzień możemy cały poświęcić na spacerowanie po La Paz. Rano odwiedzamy betonowo-blaszany bazar Mercado Lanza i zaopatrujemy się w produkty na śniadanie. Po śniadaniu ruszamy znaleźć pocztę. To jedna z naszych ulubionych misji – znaleźć w Dalekim Świecie pocztę i wysłać pocztówki do przyjaciół w Polsce i nie tylko.. 🙂 Kupujemy kartki, znaczki i idziemy dalej na spacer, znaleźć dogodne miejsce do ich wypełnienia. Pod siedzibą Ministerstwa Pracy pokojowa demonstracja. Setki mężczyzn i kobiet z różnych okręgów Boliwii koczują pod budynkiem na okalających go chodnikach. Ludzie siedzą na ziemi, kobiety wydają jedzenie z garnków – prawdziwe „obozowisko”. Idziemy dalej, aż trafiamy na urokliwy Plaza Murillo. Tu możemy usiąść spokojnie wypełnić kartki pocztowe, ale też poprzyglądać się ludziom. Plac pełen jest gołębi, wśród których biegają beztroskie dzieci. Obok nas na sąsiedniej ławce zabawna scenka. Ławeczkę zasiedla czterech dostojnych staruszków, którzy najpierw prowadzą niezbyt ożywioną dysputę, po czy kolejno zapadają w drzemkę, żeby znowu za pół godzinki obudzić się i jakby nigdy nic, powrócić do przerwanej rozmowy.. wesołe jest życie staruszka.. 🙂

   Spacerując dalej trafiamy na jedyną zabytkową uliczkę z czasów kolonialnych – Calle Jaen. Aż dziwne, że w całym La Paz zachowała się tylko ta jedna krótka i wąska uliczka.. Skoro już tu jesteśmy, siadamy, żeby napić się kawy w jednej z kawiarenek. Potem wracamy już w kierunku poczty, gdzie ostatecznie wypełniamy naszą misję oddając kartki pani w okienku. Tutaj łapie nas popołudniowy deszcz. Nie możemy go nawet przeczekać, bo pora już żeby powoli wrócić po nasze plecaki zostawione w hotelu i udać się na dworzec autobusowy. Kiedy przechodzimy przez plac San Francisco robi nam się żal, że tyle razy przechodziliśmy obok kościoła Św. Franciszka i ani razu do niego nie weszliśmy. Wchodzimy więc chociaż na chwilę – pożegnać się z nim i z La Paz..

   A teraz w drogę.. na dworzec, znaleźć nocny autobus do Uyuni. Zmieniamy dekorację – jedziemy na kamienistą pustynię, gdzie temperatury spadają poniżej zera, a nad kolorowymi lagunami żerują różowe flamingi.. 🙂

 

Kamila:

   (w przygotowaniu)

Tags:

Dni 6-9 – 13-15 października – W drodze do Boliwii, Titicaca

   

Paweł “Viajero”:

   Droga do Boliwii zaczyna się dosyć pechowo. Nocny kurs do Puno, podczas którego kierowca autobusu – chyba z dbałości o miejscowych – włącza ogrzewanie tak, że nam na górnym pokładzie grozi upieczenie żywcem. Dodatkowo Kamila czymś się zatruła (empanadas?) i biedna spędza noc na kursowaniu między naszym górnym pokładem, a toaletą, która znajduje się na dole. Nocny koszmar wygląda na tyle dramatycznie, że oczyma wyobraźni widzę już, że zamiast porannego autobusu do Boliwii szukamy dla złożonej niemocą pokoju i łózka, a może nawet pomocy lekarskiej. Na dworcu w Puno sytuacja wiele się nie poprawia. Przybywamy o świcie i mamy około dwóch godzin na to, żeby podjąć decyzję – jedziemy dalej, czy zostajemy. Przychodzi nam koczować w niezbyt komfortowych warunkach na drewnianych, twardych siedzeniach – dopada nas zmęczenie i poranny chłód. Cały czas krąży wokół mnie naganiaczka, która koniecznie chce sprzedać mi „ostatnie bilety” do Copacabana (miasteczko nad jeziorem Titicaca po boliwijskiej stronie). Zalewaną wrzątkiem z termosu rumiankową herbatą kupowaną w dworcowym kiosku staram się ratować moją Kamilę. Przez przeszkloną ścianę na końcu korytarza widać w perspektywie jezioro i wschód słońca nad nim..

   Na nasze szczęście Kamila przy pomocy rumianku „stabilizuje się” na tyle, że bohatersko podejmuje decyzję – jedziemy. Kupuję więc szybko bilety, które – kiedy siadamy w autobusie – faktycznie okazują się ostatnimi. Przypadają nam w udziale numerowane miejsca na końcu – przy toalecie. Taki oto leitmotiv podróży Cuzco – Copacabana 🙂 Autobus jest pełen białych – tych, którzy lubią zboczyć z utartych szlaków. Boliwia nadal nie należy do zbyt często wybieranych kierunków. Najbiedniejszy kraj w Ameryce Południowej, który nie ma takich turystycznych magnesów jak Nazca, Cuzco, czy Machu Picchu. Przez dwie godziny towarzyszy nam taki sam krajobraz – płaski brzeg, wysuszona ziemia, z której wystają kępy suchej trawy, wyglądające jak czupurne fryzury chowających się pod ziemię skrzatów. Oprócz tego skrzące się błękitne jezioro, a w oddali dwa pasma gór jedno za drugim – pierwsze niższe, za nim drugie wyższe pokryte śniegiem. Wysuszony krajobraz wygląda posępnie, nie poprawiają tego wrażenia rozsiane gdzieniegdzie biednie wyglądające domostwa. Po dwóch godzinach zatrzymujemy się na granicy. Nasze bagaże przejeżdżają w autobusie, a my musimy przejść granicę na piechotę. Najpierw eleganckie imigracion po peruwiańskiej stronie, potem pas „ziemi niczyjej”, na którym kobieta pod parasolem przy drewnianym kontuarze pełni rolę kantoru „money exchange – dolar, euros, soles, bolivianos”. Potem stajemy wszyscy w kolejce do boliwijskiego urzędu w parterowym skromnym budyneczku. Kolejka przesuwa się niezwykle wolno. Jak się okazuje – nastąpiła awaria systemu informatycznego i urzędnicy przepisują część danych ręcznie na kartkach i dodatkowo wymagają ksero paszportu. Wszyscy kolejno odchodzą od okienka, żeby zrobić odbitkę w sąsiednim sklepiku. My na szczęście zapobiegliwie mamy ze sobą kilka kopii przywiezionych z Polski. W naszej kolejce głównie młodzi ludzie z Europy. Ku mojemu zdziwieniu, kilkoro stojących w niej Anglików wita się z przewodniczką – Boliwijką, która przyjechała po nich na granicę aż z La Paz. Zdziwiony o tyle, że chłopaki niby podróżują z plecakami, robią za obieżyświatów, a jednak uznali, że potrzebują lokalnego wsparcia, żeby zmierzyć się z Boliwią.. 🙂 W końcu i my dostajemy upragniony stempel w paszporcie, kłaniamy się czerwono-żółto-zielonej fladze i wracamy do autobusu 🙂 Wjeżdżamy do Boliwii..

   Copacabana – z tą brazylijską niewiele ma wspólnego. Małe miasteczko nad jeziorem Titicaca. Ani piaszczystej plaży, ani bulwaru. Chociaż ich rolę stara się pełnić kamienista zatoka z przystanią i nadbrzeżna udeptana uliczka z jednakowymi drewnianymi wiatami, które teraz w ciągu tygodnia stoją puste. Parę ulic na krzyż, w tym ta główna prowadząca od Bazyliki Matki Boskiej Gromnicznej (La Basílica de la Virgen de la Candelaria), aż do przystani w zatoce. W Bazylice słynna figura Matki Boskiej, do której pielgrzymują katolicy nie tylko z Boliwii. Nad miasteczkiem góruje wysokie wzgórze Cerro El Calvario (Góra Kalwaria). Miejscowośc od strony zatoki wygląda urokliwie – kilkupiętrowe domki pomalowane na jaskrawe kolory i drewniane pomosty na ukośnych palach, wybiegające daleko w wodę.

   Od przyjazdu do Boliwii wreszcie zaczynamy poruszać się w konwencji „nothing is booked”. To jest to, co lubię najbardziej – przyjechać w jakieś nowe miejsce i zacząć eksplorację od znalezienia dachu nad głową. Zostawiam Kamilę z plecakami, a sam udaję się na zwiad. Jeden hostel, drugi, trzeci.. W końcu nad samą wodą znajduję mały hotel, w którym cena jest akceptowalna. Mały skromny pokój pomalowany na jasnozielony kolor, skrzypiąca drewniana podłoga, drewniane łóżko, a w łazience ciepła woda. Choć z tą ciepłą wodą nie jest wcale tak łatwo.. w całej Boliwii ciepła woda – jeśli jest – pochodzi z małych elektrycznych grzałek przepływowych zamontowanych wprost w prysznicu – czy raczej bardziej precyzyjnie w „zraszaczu”. Ciśnienie wody musi być niewielkie, żeby słaba elektryczna grzałka mogła nadążyć z podgrzewaniem wody. Poza tym, jest to rozwiązanie niezwykle niebezpieczne – 220V podłączone wprost do mokrego prysznica. W niejednym pokoju po drodze kurki od wody będą delikatnie kopać prądem, albo będą okręcone taśmą izolacyjną. W pierwszym pokoju, w którym już prawie osiedliśmy rozpakowani, grzałka ewidentnie nie działa – chociaż oczywiście właściciel wkładając rękę pod wodę twierdzi uparcie, że woda jest caliente (hiszp. – gorąca). Na szczęcie udaje się wymienić pokój na ten jasnozielony i nie musimy szukać nowego hotelu. Na wyższym piętrze mamy nawet ładniejszy widok na jezioro. Kołysze się na nim mnóstwo jednakowych łodzi motorowych. Jutro wszystkie one rozwiozą zainteresowanych na pobliskie wyspy Isla del Sol, Isla de la Luna oraz po sąsiednich miasteczkach nad brzegiem jeziora. My też popłyniemy na Wyspę Słońca, żeby zostać tam przynajmniej jedną noc. Dzisiaj poświęcamy popołudnie i wieczór Copacabanie. Obowiązkowo Bazylika.. Figury nie udaje się zobaczyć – jest odsłaniana widać na specjalne okazje – ale za to pod samym kościołem tutejszy folklor. Grupa kobiet w zwykłych, codziennych strojach, które dla nas wyglądają jednak bardzo malowniczo. Właśnie dlatego nie chciałem znowu oglądać Titicaca od peruwiańskiej strony. Po pierwsze – po prostu, bo już tam byłem, a po drugie zapamiętałem „wersję dla turystów” rejsu na pływające wyspy Uros – z Indiankami ubranymi w stroje na pokaz, łodziami z trzciny, które okazały się być zrobione w środku z pustych plastikowych butelek po napojach.. No cóż, jest popyt – jest podaż.. Turyści chcą oglądać folklor – więc go dostają, w wersji przygotowanej na sprzedaż.. Na szczęście tutejsze panie pod kościołem nie mają nic wspólnego z tamtym „folklorem”. Wieczorny spacer po miejscowym targu to dla nas atrakcja. Zaopatrujemy się w najprostsze artykuły spożywcze, żeby przy pomocy mojego „scyzoryka MacGyvera” móc spreparować śniadanie, czy kolację. Na tym pierwszym w Boliwii targowisku odkrywamy np. pyszny ser – chyba z owczego mleka – słony, wyrazisty. Będziemy potem szukać go przy każdej okazji. W sklepie „ze wszystkim” udaje mi się też kupić klej, jak nasza „kropelka” – zresztą tutaj też nazywa się „Gotita” (hiszp. – kropelka). Moje buty są uratowane.. 🙂

   Rano zostawiamy plecaki w hotelu i ruszamy na poszukiwanie łodzi. Większość białych kupiła chyba gotowe „wycieczki”, które są oferowane na głównej ulicy w pobliżu przystani. Ja udałem się na negocjacje wprost z „kapitanem” jednej z łodzi. Jesteśmy jedynymi białymi na jego łajbie. Okazuje się, że miejscowa ludność też potrzebuje wodnego transportu. Płyniemy na Isla del Sol razem z kilkorgiem miejscowych. Zaczniemy eksplorację wyspy od północnej strony, gdzie są podobno niewielkie ruiny Chincana, a potem przejdziemy ścieżką Inków na południowy jej kraniec. Jeśli wyspa nas oczaruje – zostaniemy na niej; jeśli nie – a zdążymy jeszcze na powrotną łódź – wrócimy do Copacabana. Przybijamy do małej przystani – comunidad Challapampa. Kilkanaście łodzi, które przypłynęły już wcześniej stoi zacumowanych przy pomostach, na brzegu spora grupka obieżyświatów. Wszyscy obierają ten sam kierunek, ale szybko peleton rozciąga się – zależnie od posiadanej przez „zawodników” kondycji. W sklepiku zaopatrujemy się w spory zapas wody, żeby nie zabrakło nam jej w trakcie marszu przez całą wyspę. Wychodząc z osady idziemy brzegiem jeziora, Plaża, która wygląda prawie jak nadmorska, o dziwo, jest sprzątana przez miejscowe kobiety. To „sprzątanie” to być może pozyskiwanie czegoś cennego z jeziora, jedne kobiety kursują z taczkami, inne „zamiatają” coś nad samym brzegiem. Turystów żegna „pasący się” nad brzegiem jeziora, biegający swobodnie prosiak.

   Szybko okazuje się, że nie będzie łatwo. Przede wszystkim w powietrzu brakuje tlenu. Dwa kilometry od plaży do ruin Chincana będziemy się wspinali prawie dwie godziny. Noga za nogą, coraz wyżej, wydeptaną ścieżką. Wokół sucha, spieczona ziemia, chociaż jesteśmy na środku wielkiej po horyzont wody. Niebo praktycznie bez chmur, czasem tylko zostaje przegoniona po nim jakaś pierzasta formacja. Na tych 4 000 m. n.p.m. przedziwna sytuacja – z jednej strony zimny, porywisty wiatr, który przeszywa chwilami chłodem „do kości”, a z drugiej słońce operuje z taką intensywnością, że piecze w skórę, jeśli tylko na moment wiatr przestaje ją chłodzić. Z tego powodu trzeba ciągle zdejmować, zakładać polar. Zimno.. gorąco.. Chociaż potem polar zaczyna być potrzebny już z obu tych powodów – żeby osłaniać i przed zimnym wiatrem i przed niewidzialnym ultrafioletem. Na początku mijamy jeszcze przy ścieżce jakieś domostwa. Wygląda, jakby tutaj nigdy nie padało. Cegły z gliny, z których zrobione są domy wyglądają na tylko suszone, a nie wypalane. Kiedy oddalamy się jeszcze bardziej od osady, w krajobrazie – jeśli nie naga ziemia – królują już tylko suche krzaki, kaktusy i wyschnięte agawy. Potem już tylko skały.. sucha ziemia i ścieżka, która wiedzie nas w nieznane.. Wrażenie nieskrępowanej przestrzeni. Jesteśmy na środku płaskiej tafli, wyniesieni w górę przez wyrastającą z wody skałę.. Wszystko to na wysokości 4 km ponad poziom oceanów. Na bezchmurnym teraz niebie Kamila dostrzega wokół słońca zjawisko optyczne zwane halo (gr. hálos – tarcza słoneczna) – duży świetlisty pierścień wokół słońca, efekt załamania promieni słonecznych na krawędziach kryształków lodu w górnych warstwach atmosfery. Od pewnego momentu Wyspie Słońca towarzyszy przy zachodnim brzegu podłużna, samotna wyspa-skała: Isla Jochihuata. Wygląda jak przechylony lotniskowiec, który trafiony torpedą osiadł na dnie zatoki.

   Jeszcze zanim dotrzemy do ruin przechodzimy obok stanowiska La Mesa Ceremonial – kamienna płyta, jakby stół, bo podparta na czterech ociosanych głazach. Wokół niej krąg kolejnych kilkunastu sześciennych oszlifowanych bloków. Całość przypomina dziś miejsce na piknik, ale kto wie, jakich czynów było świadkiem za czasach Inków – składania ofiar..? z czego.. z kogo..? Za chwilę tu wrócimy, bo obok ścieżka rozwidla się i jedna jej odnoga poprowadzi nas na południe wyspy. Na razie drugą odnogą idziemy do ruin Chincana. Skromne – do dziś zachowały się tylko pozostałości niskich murów z trapezowatymi otworami drzwiowymi. Ułożone bez specjalnego dopasowywania. Ale w tej scenerii, po takiej długiej męczącej wędrówce wystarczą, żeby być źródłem satysfakcji – mimo wszystko dotarliśmy tu..

   Do tej pory tylko wydawało nam się, że już dużo przeszliśmy. Jednak dopiero teraz czeka nas długi marsz. Dosyć komfortowo, jeśli chodzi o podłoże. Inkowie wytyczyli bowiem drogę wzdłuż całej wyspy – prawie 10 km z północy na południe. Wyłożyli ją płaskimi, dużymi kamieniami lub wysypali mniejszymi. Dajemy się tej drodze prowadzić i co chwila zwodzić. Za każdym kolejnym wzniesieniem, kiedy wydaje się, że może teraz trasa będzie prowadziła już tylko w dół, pojawia się kolejny odcinek pnący się jeszcze bardziej w górę.. 🙂 Parę razy mijamy charakterystyczne okrągłe „chatki” zrobione z kamieni ze strzechą z wikliny. Nie wiem, jaką pełniły/pełnią rolę. Kiedy dochodzimy do południowej części wyspy – comunidad Yumani – właśnie zaczyna się ściemniać. Na pewno już dzisiaj nie odpłyniemy, zresztą wyspa urzekła nas i wcale nie zamierzamy jej jeszcze opuszczać. Zaczynam rozglądać się za noclegiem. Być może trzeba będzie zejść w kierunku przystani, a może znajdziemy coś tutaj na górze. Okazuje się, że nie ma z tym problemu – pierwszy z hosteli, krótkie negocjacje cenowe i mamy swój pokój ze „zraszaczem” z ciepłą wodą i nastrojowymi trapezowatymi oknami wychodzącymi na jezioro. Z naszego pięterka niesamowity widok na zachodzące już teraz słońce. Wygląda, jakby ten spektakl był przeznaczony tylko dla nas – dokładnie na wprost naszej werandy. Kamila fotografuje kolejne stadia tego kolorowego misterium na niebie.. Barwy się zmieniają.. ciemnoniebieski, fioletowy, różowy.. aż w końcu zostaje pas pomarańczowego pęknięcia między czernią chmur i czernią jeziora..

   Następnego ranka idziemy jeszcze dalej na południe, prawie na kraniec wyspy, gdzie znajdują się ruiny Palacio Pilkocaina. Kolejna nieduża struktura z ułożonych bez zaprawy kamieni. Z góry od strony ścieżki, którą nadchodzimy, zupełnie nie robi wrażenia – jej sklepienie zarośnięte jest trawą. Z bliska jednak zyskuje. Kamienne ściany, trochę zakamarków, parę komnat z zachowanym sufitem i te charakterystyczne trapezowate otwory drzwiowe. Miejsce w sam raz dla Indiana Jones.. 🙂

   Wracamy do Yumani. Musimy stawić się na przystani o określonej godzinie. Końcowy odcinek drogi, już w samej osadzie, pokonujemy po historycznych Schodach Inków (hiszp. – Escalera del Inca). Na samym dole ozdobione wątpliwej urody kiczowatymi pomnikami rodzeństwa: Manco Capac i Mama Ocllo – pierwszych pary Inków, którą Bóg Viracocha wyprowadził z głębin jeziora Titicaca, właśnie u brzegów Wyspy Słońca. Przychodzimy na przystań sporo wcześniej. Mamy czas, żeby przyjrzeć się okolicy. Po tej stronie wyspa wygląda dużo bardziej turystycznie. Po pierwsze, na wysokim zboczu wokół zatoczki wyrastają jak grzyby po deszczu budowane nowe małe hoteliki, po drugie – w czasie, kiedy my czekamy na swój transport, parę razy obserwujemy jak przybijają do brzegu łodzie z turystami. Indianki pobierają już na pomoście miejscową opłatę za przejście przez comunidad Yumani, sznur turystów kieruje się w górę po schodach Inków. Dobrze, że zaczęliśmy zwiedzanie od północnej strony – tam nie było tego turystycznego klimatu. Wokół biegają i bawią się małe dzieciaki. Chlapią się, łażą po błocie, wchodzą w butach do strumienia – nikt ich nie pilnuje i nie strofuje, że się pobrudzą. Obserwujemy jeszcze jedną scenkę rodzajową. Na wyspie nie ma dróg, nie ma pojazdów mechanicznych – cały transport zapewniają osły, które mozolnie na swoich grzbietach roznoszą to, co potrzebne do życia tubylcom i turystom odwiedzającym wyspę. Zanim przybędą łodzie widzimy, jak dziesiątkom zwierzaków pozwala się pić wodę z jeziora. Po czym, kiedy łodzie przypływają, wysiądą już z nich turyści, zaczyna się wynoszenie wszystkich dóbr, które przywieziono z miasta: worków z mąką, butli z olejem, zgrzewek z napojami etc. Wszystko to ludzie przenoszą najpierw na swoich plecach, potem ładują na osiołki i te dalej wiozą cały towar pod górę. Nie dziwi już, że wszystko na wyspie jest droższe, niż gdzie indziej..

   Wracamy łodzią do Copacabana. Tym razem pełną białych. Siedzimy na górnym pokładzie. Słońce w twarz i wiatr we włosach. Mnie już i tak zeszła skóra, więc nie ma obawy, że przesadzę z opalenizną 🙂 Skracam sobie podróż „podsłuchiwaniem” dwóch Hiszpanów i dwóch Brazylijczyków mówiących po hiszpańsku, którzy wymieniają się doświadczeniami z podróży po Boliwii i nie tylko. Zawsze z takich rozmów można się czegoś ciekawego dowiedzieć.. 🙂

   Spędzamy w Copacabana jeszcze jedną noc. Zmieniamy hotel na inny, żeby ograniczyć trochę koszty. Nie musimy się już cieszyć pięknym widokiem na jezioro – nasyciliśmy się nim na Isla del Sol. Sprawdzam możliwości wydostania się jutro z miasteczka. Z głównego skrzyżowania ruszają co godzina autobusy do La Paz – nie będzie więc z tym problemu. Sobotni wieczór – poznajemy trochę inne wcielenie Copacabana. Do miasta ściągają Boliwijczycy, podejrzewam, że głównie z La Paz. Nadbrzeżne drewniane wiaty okazują się jadłodajniami, ożywa kilka knajpek, okazuje się, że jest nawet dyskoteka. W weekend miasteczko bardziej zaczyna przypominać nadmorski kurort. Na szczęście my już stąd jutro wyjeżdżamy na spotkanie nieznanego – niech Boliwijczycy zostaną i cieszą się swoją fiestą.. A na niebie znowu barwny pokaz – zakotwiczone na nim chmury, zupełnie jak poniżej statki na jeziorze. Ktoś znowu podświetlił obłoki na pomarańczowo od dołu i przygląda się pewnie temu z zadowoleniem zza widnokręgu.. Czy tutaj niebo zawsze musi wyglądać tak bajkowo..?

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags: ,

Dni 4-5 – 11-12 października – Okolice Cuzco: Pisac, Urubamba, Ollantaytambo, Machu Picchu („migawki”)

   

Paweł “Viajero”:

   Cieszę się na ten dwudniowy wypad z kilku powodów. Po pierwsze przez dwa dni będziemy „w Drodze” – bez bazy, bez kotwicy.. Co prawda mamy zaplanowany nocleg w hostelu w Ollantaytambo, ale ściągamy tam późnym wieczorem i o świcie wyruszamy dalej na Machu Picchu. Po drugie – wszystko będzie samodzielnie zorganizowane, czyli tak, jak lubię najbardziej. Osiem lat temu wspomagałem się zorganizowaną wycieczką „Święta Dolina Inków w jeden dzień” – z autokarem i z przewodnikiem. Owszem – organizując sami, najpierw szukając, a potem czekając na lokalny transport, zobaczymy mniej. Jednak sprawdzone organoleptycznie przez lata – nic nie daje mi takiej satysfakcji, jak samodzielne zorganizowanie wszystkiego. Zbudowanie misternego planu ze skrawków informacji dostępnych w przewodnikach i Internecie: „colectivo z Cuzco do Pisac znajdziesz na ulicy Puputi.. przejazd z Pisac do Urubamba zajmie Ci godzinę.. Ruiny w Ollantaytambo zamykają o 17:00..” Przeprowadzenie „studium wykonalności”, a potem zrealizowanie planu – to kręci najbardziej. Żywioł – żywiołem, ale „kierownik wyprawy” musi o wszystko zadbać i jeszcze dynamicznie reagować, kiedy plan zaczyna się sypać. Mógłbym się tym zajmować zawodowo – tymczasem robię „dla życia” coś zupełnie innego – co prawda organizując, ale jednak zupełnie inne aspekty życia, niż podróżowanie 😉 Po trzecie – zwieńczeniem tego wypadu będzie zdobycie Machu Picchu. Jestem ciekaw wrażeń Kamili. Ja już byłem, widziałem, mam to w migawce swojej pamięci.. ale dla niej to będzie pierwsze spotkanie z – jak ją niektórzy nazywają – jedną z „czakr świata”. Właśnie z powodu Machu Picchu nasza droga do Boliwii jest trochę okrężna – lecieć z Polski kilkanaście godzin do Ameryki Południowej, być tak blisko (Boliwia) i nie zobaczyć Machu Picchu – byłoby szkoda..

   Plan na dzisiaj obejmuje dotarcie do Pisac, zwiedzanie ruin, złapanie transportu do Ollantaytambo. Nie ma bezpośredniego połączenia Pisac – Ollantaytambo, mikrobusy nie kursują tutaj na takie odległości. Ale przesiadając się w Urubamba możemy przejechać Świętą Dolinę i dojechać nią aż do Ollantaytambo, gdzie również czekają na nas spektakularne ruiny. Nie wystarczy nam czasu na zwiedzanie pomniejszych las ruinas w Q’enko, Puca Pucara, Tambomachay, Chinchero, Moray – ale za to wszystko zorganizujemy sami. Coś za coś.. Zanocujemy w hostelu w Ollantaytambo i rano o świcie pociągiem ruszymy w kierunku Machu Picchu.

   Na podstawie wskazówek z przewodnika, czy z Internetu czasem trudno jest trafić na tę właściwą materializację colectivo, autobusu czy innego środka transportu. Czasem informacje okazują się nieaktualne lub zbyt lakoniczne. Często jednak są bardzo pomocne lub wręcz bezcenne. Ktoś był, widział, sprawdził i można z tego skorzystać. Dzięki temu teraz my na azymut szukamy uliczki Puputi, żeby znaleźć colectivo do Pisac. Dziarskim krokiem idziemy przez całe Cuzco, żeby jak najszybciej zweryfikować prawdziwość „skrawka informacji”. Jeśli nie znajdziemy mikrobusów, podobno gdzieś jeszcze na Av. Tullumayo zatrzymują się większe autobusy jadące w kierunku Pisac. „Dziarskim krokiem idziemy” to znaczy ja wyrywam nieustannie do przodu, a Kamila cały czas prosi „poczekaj, nie tak szybko..” 🙂 Tym razem informacja okazuje się prawdziwa i aktualna. W willowej dzielnicy, na posesji jednego z budynków stoi mikrobus. Kierowca na nasz widok – dwie blade twarze z plecaczkami – sam woła w naszą stronę „Pisac?!”. Ładujemy się do mikrobusu. Jest już w nim sporo pasażerów. To dobrze wróży – nie powinniśmy długo czekać na odjazd. Colectivo kursują bez rozkładu. Pojazd zapełnia się – jedziemy; nie ma pasażerów – czekamy. Od razu błogosławię w myślach fakt, że jesteśmy bez naszych plecaków. Ja siedzę połową swoich czterech liter – półtora miejsca obok mnie zajmuje zwalisty Indianin wagi grubo ponad 100 kg. Kamila siedzi na rozkładanym siedzeniu w przejściu. W samochodzie nie byłoby miejsca na nasze plecaki – pewnie zostałyby przytroczone na dachu. Ruszamy – przed nami jakieś 50 minut górską drogą.

   Pisac – malutka mieścina nad rzeką Urubamba. Mikrobus zatrzymuje się przy małej uliczce. Kierowca pokazuje nam, w którym kierunku jest plac. Kilka razy w tygodniu odbywa się na nim słynny w okolicy targ. Jeszcze zanim skręcimy w kierunku mercado, jakiś señor proponuje nam taksówkę do ruin – 25 soli w jedną stronę. Pokazuje nam laminowaną kartkę, na której jest mapka, nazwy i rysunki poszczególnych ruin wraz z informacją finansową – człowiek-firma. Stanowisko archeologiczne dzieli się na ruiny wysokie (alta) i niskie (baja). Widzę, że w ramach wycieczki w 2008 zobaczyłem tylko las ruinas bajas. Kierowca proponuje nam, że zawiezie nas do ruin górnych, zejdziemy na piechotę do dolnych, z których zabierze nas z powrotem do miasteczka. Całość za jedyne 50 soli. Całkiem konkretna cena za 2 km pod górę i 2 km w dół. Halo Hombre! – przesadzasz.. Pójdziemy na rynek, tam stoi pewnie z dziesięć taksówek. Każdy taksówkarz chętnie zawiezie nas za góra 10 soli. Idziemy uliczką w kierunku rynku. Na placu pomimo tego, że to nie weekend, całkiem spore targowisko. Chociaż trochę zawiedziony spostrzegam, że jest to oferta głównie skierowana do białego turysty. Być może w sobotę jest tu prawdziwy handel – warzywa, owoce, tekstylia z wełny lam. We wtorek możemy raczej kupić tutaj pamiątkowe wersje instrumentów, szachów, makatek i innego rękodzieła przygotowanego z myślą o turystach. Atrakcją dla nas jest za to Indianka mająca w wielkim kotle kolby gotowanej kukurydzy o olbrzymich ziarnach, którą podaje z kawałkiem queso (hiszp. – ser). Wielkim rozczarowaniem zaś jest kompletny brak konkurencyjnego transportu. Na placu nie ma żadnej taksówki, mało tego – na pytanie o transport do ruin, Indianka od kukurydzy pokazuje nam ręką uliczkę, z której przyszliśmy i pyta, czy nie widzieliśmy tam firmy, której taksówkarze wożą do ruin. A i owszem.. widzieliśmy 🙁 Wracamy więc do monopolisty, nasza pozycja negocjacyjna jest słaba, wręcz żadna. Za 25 soli jedziemy do ruin górnych. Potem zobaczymy.. może na parkingu przy ruinach dolnych będzie większa konkurencja. Nie umawiamy się więc na powrót..

   Górne ruiny Pisac. Okazuje się, że osiem lat temu nie dotarłem tutaj. Zawieziono nas wtedy na dolny parking i przeprowadzono długą górską ścieżką do dolnych ruin Inti Watana z charakterystycznego kamienia w kolorze łososiowym. Tymczasem powyżej tamtych znajdują się zabudowania o różnym przeznaczeniu: mieszkalnym, militarnym i religijnym. Może nie tak spektakularne – z murami układanymi z mniejszych kamieni, nie tak pieczołowicie dopasowywanymi. Ozdobą krajobrazu i na górze i na dole są odrestaurowane terasy z czasów Inków – wyrwane górom wstęgi płaskich poletek. Przykład wysokiej kultury agrarnej tutejszych Indian. Pamiętam je z wizyty przed ośmiu laty, cieszą oko i teraz.

   Pech – kiedy zaczynamy zwiedzać ruiny zaczyna siąpić. Na początku nie wygląda to zbyt groźnie. Niektórzy z nas zakładają od razu plastikowe ponczo, niektórzy idą twardo w polarze i postanawiają przeczekać 🙂 Po zwiedzeniu części zabudowań na górze, pozwalamy się poprowadzić drodze wzdłuż zbocza. Czasem między głazami, czasem po dobudowanych drewnianych schodach, a czasem wręcz po wąskiej skalnej półce. Pod nogami kamienie ułożone jeszcze przez Inków – ścieżka wytyczona i przemierzana przez nich.. Po drodze kilka razy deszcz zaczyna już lać konkretnie. Teraz i ja zakładam ponczo. Niestety – buty i spodnie do kolan mamy coraz bardziej przemoczone. Gdzieniegdzie strzałki wskazują dalszą drogę do dolnego przystanku, ale w którymś kluczowym momencie prawdopodobnie nie zauważamy jednej z nich. Niby ścieżka dalej wygląda tak samo, ale po jakimś czasie jesteśmy już prawie pewni, że za długo nią idziemy. Cały czas nie ma dolnego postoju. Po kolejnym kwadransie w strugach deszczu mamy pewność, że został on gdzieś z boku, a my na piechotę idziemy w dół do miasteczka. W którymś momencie ścieżka prowadzi nas nawet przez zabytkowe terasy.. Pamiętam, że przemknęło mi przez myśl, że brakuje tu tylko muzyki andyjskiej dla lepszego wrażenia. I za jakiś czas.. proszę.. materializacja. Na drodze poniżej nas, przy mostku nad strumieniem, stoi samotny Indianin. Kiedy widzi dwie zafoliowane i zakapturzone postaci na ścieżce powyżej, zaczyna grać na flecie. Ha, ha.. więc to jego tutaj brakowało.. 🙂 Kiedy podchodzimy do niego, proponuje nam swoje rysunki. Niestety, w tym deszczu nie kupujemy nic od niego. Za to upewniamy się dzięki niemu, że ta droga prowadzi do miasteczka. Schodzimy dalej.. Za jakiś czas i on – widać zniechęcony deszczem i brakiem klientów – mija nas z uśmiechem, schodząc po śliskich kamieniach dwa razy szybciej, niż my. Zaoszczędziliśmy 25 soli, ale za to do miasteczka docieramy przemoczeni od butów do kolan. Docieramy na ten sam rynek, z którego rozpoczęliśmy podróż. Ponownie ratujemy Kamilę dwoma gotowanymi kukurydzami z serem. Nie ma czasu na prawdziwy posiłek. Trzeba znaleźć miejsce, skąd ruszają mikrobusy do Urubamby. Sprzedawczyni pokazuje nam drogę. Znowu ta sama uliczka, na którą przyjechaliśmy z Cuzco, tyle że kilkadziesiąt metrów powyżej – w kierunku wylotu na drogę do Urubamby. Na ulicy czeka już parę osób. Z jednej strony dobrze, bo to znaczy, że mikrobusy kursują, ale z drugiej, biorąc pod uwagę mikre rozmiary pojazdów, dodatkowe osoby stanowią konkurencję dla nas. Teraz czekamy już w strugach ulewy, nie deszczu. Ciężko się konsumuje kukurydze pod osłoną foliowego ponczo.. Po kilkunastu minutach przyjeżdża mikrobus. Na szczęście kilka osób wysiada, kilka wsiada – ociekając wodą, jako ostatni wpychamy się do busa.

   Nie da się ukryć, że pogoda ma wpływ na odbiór otoczenia. Osiem lat temu w słońcu Święta Dolina wydawała się bardziej przyjazna, bardziej zachęcająca – majestatyczna. Teraz w trakcie całej 50 minutowej podróży jedziemy przez siwo-burą krainę, w całej swej objętości wypełnionej rozpyloną wodą – jakbyśmy na tych 3 tysiącach podróżowali wewnątrz chmury. Z lewej strony mamy dolinę Urubamby, a z prawej zbocza gór. Większość pasażerów podróżuje na krótsze dystanse – do Urubamby dojeżdżamy już tylko we dwójkę. Kierowca pokazuje nam, gdzie powinniśmy się cofnąć, żeby złapać colectivo do Ollantaytambo. Mamy niesłychane szczęście, bo przestaje padać. W Urubamba jest „terminal” z prawdziwego zdarzenia – budka z biletami i snack’ami oraz kawałek parkingu, na którym stoi kilka mikrobusów. Pakujemy się do właściwego i ten prawie natychmiast rusza. Niestety marsz po śliskich kamieniach z ruin Pisac do miasteczka uszczuplił w znacznym stopniu czas, który nam pozostał. Do Ollantaytambo mamy jechać jakieś 30 min, a jest już 15:30. Zostanie nam niecała godzina na zwiedzanie ruin. Tym razem ciekawsze, niż obserwowanie widoków za oknem, jest dyskretne „podglądanie” współtowarzyszy podróży w busie.. Przypadło mi miejsce na półce za kierowcą – siedzę przodem do wszystkich pasażerów.. Wszyscy to miejscowi indigenas – dzieci wracające ze szkoły, dorośli z pracy, staruszkowie jadący do miasteczka może w odwiedziny do wnuków.. etc.

   Ollaytantambo. Czasem jedna kropla przepełnia czarę – czasem coś sklasyfikowanego przez jedną osobę jako drobiazg, jest olbrzymim problemem dla drugiej.. Tym razem mokre skarpety w butach Kamili wywołują kosmiczny kryzys. Okazuje się, że tak, jak ja np. nie cierpię, kiedy piasek na plaży klei mi się do rąk, tak Kamila nie cierpi, kiedy w jej butach chlupie woda i mokre skarpetki kleją się do stóp.. AAAAAA!!! @&^$#$!!! Mamy kryzys – Kamila odmawia zwiedzania ruin :O Jechaliśmy tu tyle czasu, mamy niecałą godzinę, ruiny widać po prawej na wyciągnięcie ręki, a my utknęliśmy na ławce na ryneczku – nie pada, ale nad nami wisi innego rodzaju „gęsta chmura”. Żeby zażegnać kryzys w pierwszym lepszym sklepie z pamiątkami kupuję szybko „skarpety z alpaki”. Pewnie są z Chin i żadnej lamy w życiu nie widziały, ale są SUCHE i to jest kluczowe. Wytarcie mokrych stóp i założenie suchych skarpet rozładowuje napięcie. Idziemy w kierunku stanowiska archeologicznego. Ollantaytambo ma do zaoferowania dwa niezwykłe widoki. Pierwszy – stań na ryneczku i spójrz w stronę ruin. Wyglądają jak olbrzymie schody Bogów na zboczu góry.. Forteca wzniesiona w połowie XV w. przez Inkę Pachacuti’ego. W 1536 roku była świadkiem zwycięskiej bitwy, która chociaż na trochę powstrzymała pochód konkwistadorów. Drugi – kiedy będziesz wspinał się po tych gigantycznych schodach, spójrz za siebie. Zobaczysz niezwykły widok doliny, która przesłaniana jest to z jednej, to z drugiej strony „kotarami” z gór. Aby widok ten był jeszcze bardziej spektakularny, dopełnia go rozłożone u stóp ruin miasteczko. Na szczycie fortyfikacji znajduje się niedokończona Świątynia Słońca, której najbardziej znanym fragmentem jest Ściana Sześciu Monolitów – gigantyczne prostokątne i trapezowate wypolerowane ściany połączone wąskimi wstawkami – jakby fugami – również z granitu. Gdyby świątynia została ukończona, być może byłaby najbardziej niezwykłą pozostałością po całej La cultura Inca..

   Po wizycie w ruinach czeka nas jeszcze wizyta na dworcu kolejowym. Osiem lat temu monopolistą na trasie do Machu Picchu były linie Peru Rail. Mimo tego, że teraz przynajmniej dwaj przewoźnicy obsługują ten kierunek, ceny biletów zostały i tak wywindowane do nieprzyzwoitych poziomów. Kurs w dwie strony kosztuje grubo ponad 100$ za osobę. Próbując ograniczyć koszty kupiliśmy bilety nie z samego Cuzco, ale właśnie z Ollantaytambo. Wsiadamy i wysiadamy w połowie drogi z Cuzco do Machu Picchu. W tę stronę jest to nam zupełnie na rękę – i tak chcemy zobaczyć tutejsze ruiny; a z powrotem obetniemy znacznie koszty, wracając busem z Ollantaytambo do Cuzco za jedyne 10 soli. Na stacji w biurze Inca Rail wymieniamy vouchery, które kupiliśmy przez Internet, na bilety na jutro, odjazd tuż po 6:00. Tuk-tukiem jedziemy ze stacji do hostelu. Po trosze dlatego, że jesteśmy już zmęczeni po całym dniu, a trochę, żeby uniknąć szukania po ciemku miejsca naszego noclegu. Na nazwę hostelu oczywiście kierowca mówi, że wie gdzie to jest.. ale po drodze pyta zaprzyjaźnionych kierowców innych tuk-tuków o hostel Las Portadas 🙂

                                                   * * *

   Październik, wysokość 2 800 m n.p.m. – okazuje się, że i wieczorem i o poranku dobrze jest mieć grzałkę i kubki. Przywieziona z Polski herbata owocowa miód-z-imbirem zostanie na długo smakiem Peru i Boliwii 🙂 Idziemy o poranku przez puste miasteczko, a potem uliczką w kierunku stacji. Po prawej stronie zatrzymuje nas piękny widok. Chyba pierwszy raz widzimy ośnieżone szczyty w Peru. Stajemy na chwilkę, żeby uwiecznić tę zaskakującą panoramę.. Budzi się życie w okolicach dworca. Będą pociągi, przyjadą turyści, przyjdą ci, którzy chcą jechać dalej do Machu Picchu, będą chcieli coś zjeść i wypić. Kupione przy stacji empanadas będą suchym prowiantem prawie na cały dzień. Kilkanaście minut przed odjazdem wpuszczają nas na peron po okazaniu biletów na poranny pociąg. Na stacji i w pociągu rzuca się w oczy przerost zatrudnienia. Wszędzie obsługa w eleganckich uniformach. Ktoś od przystawiania schodków do wysokiego wejścia do pociągu, ktoś inny od sprawdzania, czy znajdujesz się na imiennej liście.. etc. Za takie pieniądze, faktycznie, na jednego turystę mógłby przypadać nawet jeden pracownik obsługi.

   Podróż do Aguas Callentes – z biegiem rzeki z 3 300 m. w Cuzco na 2 040 m n.p.m. w Aquas Callentes nasz pociąg jedzie coraz niżej. Zmienia się widok za oknem. Początkowo całkiem podobny do jakiejś naszej doliny w Tatrach, im niżej, tym bardziej okrywa się jednak bujną roślinną szatą. A jeśli jeszcze na zboczu góry widać gdzieś charakterystyczne inkaskie ruiny, to nie sposób pomylić już tego widoku z krajobrazem Tatr. Kluczymy razem z rzeką doliną Urubamby. Od czasu do czasu z tyłu za nami widzę ośnieżone szczyty.. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do Aguas Callentes – puebla, w którym trochę ponad tysiąc mieszkańców żyje z tego, że dzień w dzień przez cały rok przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, żeby zobaczyć znajdujące się 9 km stąd ruiny Machu Picchu. Przez labirynt targowiska wydostajemy się z dworca na ulicę, przy której stoi długa kolejka ludzi czekających na małe autobusy wożące turystów do ruin. Za kolejne 24$ kupuje się w budce bilet i staje się na końcu tego ludzkiego węża. Kolejka ma w tej chwili pewnie z 50 metrów. Dosyć często podjeżdża kolejny bus i zabiera kolejną porcję turystów – cały przemysł, a my jesteśmy jego częścią. Alternatywą byłaby wspinaczka – google pokazuje 2 godziny 45 minut.. obstawiam, że mogłoby to zająć dwa razy tyle.. 🙂 Nie dajemy się więc ponieść ułańskiej fantazji – płacimy i czekamy na swoją kolej..

   Ruiny Machu Picchu. Już poprzednim razem wyrobiłem sobie o nich takie zdanie: nie byłyby tym czym są, gdyby nie oszałamiająca przyroda wokół. Gdyby przenieść je na skraj jakiegoś miasteczka, w płaskim krajobrazie, okazałoby się, że nie potrafią niczym zaimponować – ot kilkanaście odrestaurowanych „kamiennych chałupek” bez strzechy. Cały swój spektakularny rozmach zawdzięczają otaczającej je przyrodzie. Rozłożone na płaskim szczycie góry, częściowo na opadającym zboczu, u stóp wyższej od Machu Picchu strzelistej skały Wayna Picchu. Obie oplecione paręset metrów poniżej wstęgą zakola Urubamby. Po drugiej stronie rzeki rozpościera się rozwinięty wachlarzowato wysoki górski masyw. Góry inne od naszych – nie gołe turnie, ale masyw porośnięty ciemno-zielonym barankiem. Zależnie od pogody, pory roku, pory dnia.. wachlarz gór w pełnym słońcu lub szczyty dotykające od dołu chmur.. same zaś ruiny na tle soczysto zielonej trawy, idealnie przystrzyżonej – głównie za sprawą pasących się tutaj kilku lam 🙂 Machu Picchu – któż nie zna tego widoku. Rozpoznawalny – powielany w filmach, czasopismach, w Internecie. Każdy chyba marzy o postawieniu tutaj swej stopy.. Nam się udaje. Zabieramy ze sobą tę migawkę.

   Odstawszy w długiej kolejce do powrotnego busa, zjeżdżamy do doliny i wracamy do Aguas Callentes. Zabieramy się powrotnym pociągiem do Ollantaytambo, łapiemy vana za 10 soli, który zawozi nas do Cuzco. Udajemy się po swoje plecaki. Kamila prosi jeszcze o dostęp do pokoju i kąpiel. A ja poświęcam uwagę swoim butom. Winien im jestem tę wzmiankę – wszak to buty, którym „obiecałem kurz z dróg całego świata”. Przed wylotem do Peru musiały przejść renowację u szewca, który zabezpieczył im odklejającą się podeszwę. Niestety nie dał mi już „gwarancji na zagranicę”. Zlekceważyłem to, ale zapobiegliwie zabrałem ze sobą dwa opakowania kleju „kropelka”. Buty mocno ucierpiały podczas schodzenia w strugach deszczu w Pisac. Podeszwy obu zaczynają niepokojąco kłapać. Staram się przy pomocy kropelki zreanimować je. Opakowanie kleju wystarcza na raz. Co będzie, kiedy skończy mi się druga tubka.. To trochę symboliczne – te buty zaczęły swoją historię w Peru i prawdopodobnie na Peru-Boliwii ją zakończą.. 🙂 Taksówką udajemy się na dworzec linii Cruz del Sur – mamy nocny autobus do Puno nad jeziorem Titicaca. Rano złapiemy w Puno autobus już do Boliwii.. Przygodo ahoj.. Boliwio – przybywamy do Ciebie.. 🙂

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags:

Dzień 3 – 10 października – Cuzco, Sacsayhuaman (“migawki”)

   

Paweł “Viajero”:

   Migawki mieszają się i przenikają. Te sprzed ośmiu lat i te obecne. Cuzco – Plaza de Armas, Qorikancha. stare kolonialne kamienice, Sacsayhuaman w słońcu w 2008 i Sacsayhuaman w strugach deszczu w 2016 – mimo, że to ta sama pora roku i miesiąc. Ale najważniejszy zapamiętany kadr z Cuzco wygląda tak: wschód słońca nad kotliną, w której rozłożone jest miasto, na zboczach morze brązowej dachówki i ślizgające się po otaczających kotlinę górach pierwsze promienie słońca – magic hour.. Cuzco – takie je zapamiętałem i takim je znajduję po raz drugi. Tym razem może nie mamy tak spektakularnych widoków z okna – mieszkamy w starej kamienicy przy wąskiej uliczce, ale za to jesteśmy w sąsiedztwie głównego placu. Grube ściany, drewniane bale w stropie, skrzypiące schody. Ciekawe, jakie czasy pamiętają te zacne mury. Nawet jeśli nie mamy takich widoków z własnego okna, to owo spektakularne morze brązowej dachówki zawsze można podziwiać na głównym placu. Z dwóch tylko stron widok przesłaniają nieco Catedral del Cuzco i kościół La Compania de Jesus. Okolice Plaza de Armas nic a nic się nie zmieniły: pięknie utrzymany skwer, ławeczki, arkady z podcieniami i mnogość sklepów z pamiątkami. Jedyną chyba nowością są Indianki oferujące wokół całego placu masaże lecznicze.. nie pytam na jakie dolegliwości 🙂

   Oprócz wczorajszego popołudnia praktycznie mamy jedynie dzisiaj na pokrzątanie się trochę po mieście – obejrzenie starówki, kompleksu świątynnego Qorikancha oraz zdobycie leżących powyżej miasta ruin Sacsayhuaman. Czeka nas też trochę zadań logistycznych – mamy napięty grafik. Do naszych „zadań” należy zakup Boleto turistico uprawniającego do zwiedzania atrakcji Cuzco i okolic, zakup biletów na lot w Boliwii (La Paz – Rurrenabaque), kupienie kartek pocztowych i wysłanie ich do kraju 🙂 Na pewno musimy też dbać przez cały dzień o odpowiedni poziom coca we krwi – to postanowienie po pierwszej ciężkiej nocy w Cuzco. Wizyta na bazarze San Pedro pozwala nam zaopatrzyć się w zapas liści na całe trzy tygodnie, a w porze obiadowej w tutejszych garkuchniach za grosik pozwala zaspokoić głód. Na bazarze San Pedro w budce z miejscowymi medykamentami kupuję też moją ulubioną esencję – Agua de Kananga. Zapach znany nam z ceremonii Kambo..

   Przede wszystkim, żeby zwiedzać Cuzco i okoliczne atrakcje trzeba kupić Boleto turistico. Za całe 130 soli można kupić bilet 10-dniowy uprawniający do zwiedzania wszystkich okolicznych stanowisk archeologicznych, ruin i muzeów. Można też kupić 2-dniowe bilety częściowe na trzy tzw. „obwody”, ale podział atrakcji na poszczególne obwody jest tak dobrany, że jeśli chcesz – jak my – zobaczyć żelazne pozycje: Sacsayhuaman, Qorikancha, Pisac, Ollantaytambo, szybko dochodzisz do wniosku, że 130 soli to i tak będzie taniej, niż 3 razy po 70 soli 🙂

   Z biletami lotniczymi La Paz – Rurrenabaque to trochę dłuższa historia. Rurenabaque to początek naszego wypadu w głąb dżungli w Boliwii. Monopolistą na tej trasie jest linia lotnicza Amaszonas. Kilka lotów dziennie małymi 18-to miejscowymi maszynami zapewnia podróżnikom możliwość dotarcia z La Paz do małej mieściny nad rzeką Beni, z której można wyruszyć do Parque Nacional Madidi. W dzisiejszych czasach, jeśli jest linia lotnicza, to bilety prawdopodobnie da się kupić przez Internet – i tak też próbowaliśmy zrobić. Zawsze jest jednak jakiś pierwszy raz. Jak kupiłem już w życiu dziesiątki biletów lotniczych, tak nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się coś takiego – podczas zakupu, przy ostatnim kroku, strona w przeglądarce „wywaliła się” z błędem „Internal server error” i zostaliśmy bez biletów, ale za to z pobraną całą kwotą z konta – wcale niemałą, z racji monopolu Amaszonas na tej trasie.. 🙂 Żeby nie tworzyć zupełnie niezdrowej atmosfery wokół rzeczonej linii, muszę przyznać, że inne bilety: Uyuni – Santa Cruz udało nam się kupić na ich stronie bez problemu. Dopiero po nieudanej transakcji zacząłem śledzić wpisy na temat przewoźnika. Okazuje się, że fora pełne są postów niezadowolonych pasażerów o tym, jak odwoływano loty, kazano płacić po raz drugi za przelot, jeśli nie mieli przy sobie karty, którą dokonali płatności oraz nie odpowiadano na reklamacje.. etc. Odwoływanie lotów było ponoć praktycznie chlebem powszednim właśnie na trasie La Paz – Rurrenabaque. Szczytem była relacja Anglików, którzy dotarli na lotnisko, dowiedzieli się, że ich lot będzie opóźniony o co najmniej sześć godzin. Kiedy po pięciu wrócili na lotnisko, okazało się, że ich samolot odleciał już wcześniej – kompletna wolna amerykanka. Nie chcąc ryzykować kolejnego zakupu przez Internet na tej trasie, postanowiliśmy kupić bilety w przedstawicielstwie Amaszonas w Peru – właśnie w Cuzco. Rzeczone „przedstawicielstwo” okazuje się małym biurem podróży, które sprzedaje bilety różnych linii – ale jest, istnieje i za gotówkę jest nam w stanie sprzedać upragnione bilety do dżungli. Później po powrocie do kraju pozostało nam już tylko dochodzenie kwoty niesłusznie pobranej z rachunku. Na szczęście zakupy kartami są ubezpieczone i organizacja VISA uznała naszą reklamację – chwała jej za to.. 😉

   Qorikancha – jak mi przenikają się migawki, tak w tym kompleksie przenika się to, co pradawne – inkaskie, z tym co kolonialne – hiszpańskie. Niegdyś monumentalny kompleks świątynny, w którym Inkowie czcili swoich Bogów – dzisiaj kościół św. Dominika. Oryginalna budowla wzniesiona z ogromnych, wielokształtnych i doskonale dopasowanych bloków kamiennych z murem o obwodzie ok. 300 metrów. Obejmowała kilka świątyń oraz główny dziedziniec pokryty złotymi płytami. Stało tu też ponoć dziesięć złotych tronów, na których spoczywały mumie kolejnych królów inkaskich. Po zdobyciu Cuzco przez hiszpańskich konkwistadorów, Qorikancha została splądrowana, a zrabowane złoto wywiezione do Hiszpanii. Jeśli tylko Hiszpanom udawało się coś zburzyć w Nowym Świecie, czynili to z pasją – starali się zniszczyć wszelkie przejawy indiańskiej kultury. Szczęśliwie kompleks – z racji swoich olbrzymich rozmiarów – był praktycznie niemożliwy do zburzenia z pomocą środków, którymi dysponowali najeźdźcy. „Obudowując go” nowymi zabudowaniami starano się go „zasłonić” i przekształcić w klasztor Dominikanów. Dzięki temu możemy dzisiaj oglądać ten swoisty mix – kolonialne krużganki wokół wewnętrznego dziedzińca wzniesione na inkaskich murach. Mury wykonane z taką precyzją, że myślę, że nawet dzisiaj przy diamentowych narzędziach do cięcia, trudno byłoby uzyskać taki poziom dopasowania granitowych bloków. Bloki łączone bez zaprawy – ze szczelinami, w które trudno byłoby wsunąć szpilkę – tworzą mur, w którym pozostawiono charakterystyczne trapezowate otwory okienne. Kiedy się ogląda te konstrukcje, nie dziwi wcale, że bywają ilustracją w materiałach – filmowych, publikacjach – w których nawiązuje się do rzekomych kontaktów minionych cywilizacji z Kosmitami.. 🙂

   Gdyby nie te 3300 m n.p.m… gdyby nie to, że w powietrzu wisi ulewa.. może nawet próbowalibyśmy zdobywać Sacsayhuaman na piechotę – to niecałe 2 km od głównego placu. Na razie tylko siąpi i w tej sytuacji decydujemy się na taksówkę. Taksówkarz złapany na Plaza de Armas należy chyba do najbardziej brawurowych przedstawicieli swojej profesji. Trasa z miasta w kierunku ruin Sacsayhuaman wspina się serpentyną po zboczu, ale jest uliczka w mieście, która pozwala skrócić drogę i dołączyć do serpentyny już w pobliżu ruin. Pewnie przesadzam, ale na moje oko uliczka jest nachylona pod kątem 45 stopni i dodatkowo jest wybrukowana kocimi łbami 🙂 Gdyby nie mżawka i gdyby nie to, że ktoś z prawej miał pierwszeństwo, nasz mistrz kierownicy podjechałby pod tę stromiznę. Niestety pech – na moment zatrzymujemy się, żeby przepuścić pojazd z prawej. Koła zaczynają się ślizgać przy próbie ruszenia. Zamiast do przodu, zaczynamy się zsuwać. Jeszcze jedna.. druga.. rozpaczliwa próba złapania przyczepności i kierowca musi dać za wygraną. Niepyszny jedzie z powrotem w dół. Myślał, że zostanie mu w kieszeni większość z wynegocjowanych ośmiu soli. Tymczasem musi jednak spalić trochę paliwa jadąc długą serpentyną aż do samych ruin.

   Sacsayhuaman – już sama nazwa brzmi jak indiańska melodia. Stanowisko archeologiczne rozciągnięte jest na dużym obszarze. Główna budowla składa się z trzech megalitycznych murów w układzie tarasowym – jeden nad drugim. Mury mają układ zygzakowaty – ciągną się na długości około 400 m. I znowu, kiedy ogląda się to miejsce – kłaniają się Kosmici 🙂 Do budowy ścian użyto ogromnych głazów dostarczonych z kamieniołomów znajdujących się podobno w odległości 15 km. Informacja ta nie robiłaby może takiego wrażenia, gdyby nie to, że największy użyty kamień ma wymiary 9 m wysokości, 5 m szerokości i 4 m grubości. Jego waga wynosi około 350 ton! W jaki sposób Inkowie transportowali te kamienie, jeśli nie znali koła, ani walców..? Pozostaje zagadką również, jak bloki o takich rozmiarach i masie były dopasowywane. O ile można jeszcze imaginować sobie, że nadrabia się brak zaawansowanego sprzętu wytrwałością – wszak można prymitywnymi narzędziami szlifować dwa kamienie przez parę lat.. 🙂 o tyle trudno wyobrazić sobie, jak można przymierzyć te głazy do siebie, czy są już dostatecznie dopasowane (przypomnijmy: „nie wciśnie się nawet szpilki..”), jeśli oba mają ponad sto ton.. Increible!

   Nieprawdopodobne też, jak nagle łapie nas ulewny deszcz. Dobrze, że uznaliśmy już, że wychodzimy z ruin. W tej sytuacji odpuszczamy wizytę pod wielką rzeźbą Chrystusa z rozłożonymi rękoma, który właśnie stąd góruje sobie nad miastem. I on i my w strugach deszczu.. Kupujemy foliowe poncza od Indianek, które nagle wyrastają z tym towarem, jak spod ziemi. I tak idziemy w dół stromym kamienistym źlebem, aż do asfaltowej serpentyny. Trafiamy od góry na tę uliczkę „45 stopni”, którą zamierzał wjechać nasz brawurowy kierowca. Z tej perspektywy taka próba wygląda równie nieprawdopodobnie, jak z dołu.

   Kiedy przestaje padać, niedaleko marketu San Pedro na placu San Francisco robimy sobie dłuższe posiedzenie. Patrzę, jak w jednym kadrze stare miesza się z nowym. Z jednej strony starsze Indianki w charakterystycznych kapeluszach z dwoma cienkimi warkoczami związanymi na plecach, z drugiej nowocześnie ubrane młode dziewczyny. Chusty w kolorach prawie łowickich używane do noszenia dzieci na plecach, nieobecność wózków dziecięcych na ulicach – kto by pchał je tak pod górę i spuszczał z góry co chwila. Stare kamienice z hiszpańskimi rzeźbionymi drewnianymi balkonami i nowoczesne terenowe samochody..

   Wieczorem narada wojenna. Namawiam Kamilę, żeby nasz następny dwudniowy rajd wykonać tylko z podręcznymi plecakami. Zostawmy – mówię – rano plecaki w hostelu. Mobilni – zwiedzimy w ciągu dnia Pisac, złapiemy colectivo przez Urubambę do Ollantaytambo, tam zobaczymy ruiny. Zanocujemy. Noce są zimne, więc do swojego podręcznego plecaka zabiorę kubki, grzałkę i herbatę – kuszę. O świcie ruszymy pociągiem do Aguas Calientes, stamtąd na Machu Picchu. Jutro po południu wrócimy do Cuzco, zabierzemy nasze plecaki z hostelu i pojedziemy prosto na dworzec na nasz autobus do Puno.. Początkowo opór.. ale Kamili udaje się go w sobie zwalczyć i bohatersko godzi się na taki dyskomfort – bez plecaka, bez „wszystkiego”.. ze skarpetkami, majtkami i grzałką na Machu Picchu.. 🙂

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags:

Dni 1-2 – 8-9 października – Droga do Cuzco („migawki”)

   

Paweł “Viajero”:

   Taki los „niedzielnego autora”. Znowu muszę się tłumaczyć, że „brak czasu.. praca..” i przez to opowieść z Peru i Boliwii nie dostąpi takiego poziomu udokumentowania, jak choćby opisana wcześniej Indonezja. No cóż, taki life :/ Musiałbym rzucić pracę, żeby oddać się przyjemności pisania w pełnym wymiarze – tylko z czego bym się wtedy utrzymywał.. 😉 Tak więc po raz kolejny cieszę się tym-co-jest, a skróconej formule nadaję na roboczo nazwę – „migawki”..

   Ta początkowa konstatacja ma jeszcze jeden efekt uboczny. Z jednej strony piszę „brak czasu”, „skrócona formuła”, a z drugiej strony widzę, że zbiera mi się chwilami na wspominki. Ledwo nadążając za bieżącymi wydarzeniami, mam świadomość, że nici z niegdysiejszych deklaracji powrotu do spisania wypraw 2008-2012. Chyba, że na emeryturze.. tylko, czy będę jeszcze wtedy coś pamiętał..? 🙂 W tym wspominkowym duchu wracam zatem na chwilę do magicznego momentu – 11 października 2008, wylot do Peru. Jest tam taka jedna chwila, która (oczywiście w mojej subiektywnej ocenie) wymaga „uwiecznienia”. Nie wiem, czy inni też tak miewają, ale ja mam kilka takich migawek w życiu, w których poczułem się, jak bohater powieści Coelho – to była jedna z nich..

   Z racji tego, że to prawie dziesięć lat temu i tego, że pora była niezwykle wczesna – pustki w hali odlotów na nowo otwartym Terminalu 2 w Warszawie. Żadnym kolejek.. żadnych długich węży ludzkich do stanowisk odprawy bagażu.. żadnego lotniskowego szumu i gwaru.. tylko leniwy spokój.. Znajdujemy z dwójką przyjaciół, Gosią i Sylwkiem, stanowisko odprawy – lot do Madrytu. Siedzi w nim i czeka na podróżnych młody chłopak – ubrany w służbowy granatowy garnitur, białą koszulę i wąski krawat. Dziwnie trochę wygląda w tym garniturze, bo ma długie, rozpuszczone, lekko falujące włosy i wąsik oraz bródkę a’la D’Artagnan. Uśmiecha się do nas i zaczyna: „witam Królową, Rycerza i Malarza.. dokąd Państwo lecą..”. Pamiętam, że zamurowało mnie.. co to za tekst na rozpoczęcie konwersacji z nieznajomymi o 6:00 rano..? „Królowa..? Rycerz..?” Wiem, że każdą przepowiednię i każdy horoskop można zawsze dopasować do bieżących wydarzeń, ale moje największe zdumienie budzi to, że właśnie po 40-ce zacząłem malować swoje pierwsze obrazy olejne.. „Malarz..?” 🙂 Parę razy potem, przez lata, szukałem takiego cytatu na google’u.. Może nasza trójka skojarzyła mu się z jakąś książką, filmem, kartami tarota..? 😉 Niestety wujek google nie wie nic o takiej trójce „Królowa, Rycerz i Malarz”, musiał więc to być jednak autorski tekst chłopaka z bródką D’Artagnana. O co mogło chodzić..? Kiedy za chwilę odeszliśmy od stanowiska, tylko schowaliśmy bilety i paszporty – wystarczył moment, żeby chłopak zdążył się już rozpłynąć..

                                                   * * *

   Lotniska.. nie przepadam za nimi. Spowalniają mnie w drodze do Dalekiego Świata. Ten gwar i harmider na nich panujący, środki ostrożności, odprawy, przeprawy, prześwietlenia, butów zdejmowanie, narkotyków poszukiwanie.. brrr.. Najchętniej wsiadłbym do samolotu na Okęciu i wysiadł z niego w dżungli 🙂 Bywają wyjątki od reguły. Tym razem mamy przesiadkę w Londynie, podczas której spotykamy się z Przyjaciółmi, parą mieszkającą w Anglii – Dorotą i John’em. Chwała im za to, że chce im się przejechać dokładnie przez cały Londyn, żeby posiedzieć z nami 2-3 godziny i jeszcze nas ugościć w lotniskowej restauracji. Dzięki nim przymusowe spowolnienie zostaje zamienione w miłą pogawędkę, podczas której żartem dnia staje się tekst „nothing is booked” – to od tego, że opowiadamy o tym, co zobaczymy w Peru i Boliwii, w jakich miejscach będziemy i że niemal nic „nie jest zarezerwowane” 🙂 Obok udokumentowana chwila – rarytas wydawniczy (od lewej: Paweł, Kamila, Dorota i John).

   W czasie odprawy w Londynie krótkie dodatkowe „spowolnienie”. Rodowity angielski – bywa, że sprawia kłopoty. Przez długą chwilę pani przy stanowisku odprawy bagażu tłumaczy nam, że z powodu pasków i sprzączek przy naszych plecakach nie może ich nadać na zwykłej taśmie (dziwne – u nas rozwiązaniem są plastikowe kuwety) i mówi, że musimy poszukać stanowiska (podaje numer) dla niestandardowych gabarytów. Trochę to trwa zanim oprócz „nie mogę nadać” wyłowimy jeszcze istotną resztę z jej wypowiedzi.

   Lot linią Avianca. Nie straszyłem Kamili przed wylotem, ale po kupieniu biletu Londyn-Bogota-Lima-Cuzco – w całości operowanego przez Avianca – naczytałem się sporo negatywnych opinii w Internecie na temat tej linii. Odwołane loty, zagubiony bagaż, fatalna obsługa.. etc. Nic takiego nie potwierdza się podczas naszego lotu tą drugą po KLM najstarszą (ktoś by pomyślał?) linią pasażerską na świecie. Wręcz przeciwnie, jeszcze przed wylotem ta kolumbijska linia pozytywnie nas zaskakuje. Kupiliśmy bilety na expedia.com, gdzie nie można było – akurat w przypadku tego biletu – zaznaczyć rodzaju pokładowych posiłków. Okazało się, że na stronie Avianca jest chat on-line, przy pomocy którego udało nam się porozmawiać z miłym Jose, czy Jorge – już nie pamiętam – i poprosić o wegetariańskie menu podczas wszystkich długodystansowych lotów. Jeszcze raz potwierdza się, że w Internecie piszą głównie osoby niezadowolone, których zawsze w przypadku każdej usługi jest jakiś odsetek – zadowoleni piszą zdecydowanie rzadziej.

   Lotnisko w Bogocie. Trafiamy tu w nocy, tuż przed świtem. Mało podróżnych, pozamykane sklepiki. Pamiętam z niego dwa śmieszne incydenty. Mamy ponad godzinną przesiadkę, a zostaliśmy bez wody do picia. Na szczęście w hali odlotów działa jeden kantor wymiany i na szczęście jest jeden otwarty duży sklep z pamiątkami i innymi turystycznymi różnościami. Mam w portfelu – oprócz zwyczajowej zielonej waluty – 5 euro. Myślę sobie, wymienię, kupię wodę, zostanie mi jeszcze na „drobne wydatki” w drodze powrotnej – też mamy przesiadkę w Bogocie. W końcu 5 euro to nawet więcej niż 5 dolarów – ileż może kosztować woda na lotnisku. W okienku oficjalnej wymiany pierwsze zdziwienie. Po skrupulatnym spisaniu moich danych z paszportu pani mówi coś, czego nie rozumiem w pierwszym momencie. Na migi pokazuje mi poduszeczkę z tuszem po mojej stronie szyby. Okazuje się, że na pokwitowaniu mam złożyć odcisk wskazującego palca 🙂 Wątpię, żeby prowadzili potem cyfrową bazę osób daktyloskopowanych, po cóż im więc ta sterta papierowych kwitków z odciskami.. No cóż, co kraj, to obyczaj.. Odbieram należne 15 000 pesos i udaję się do jedynego otwartego sklepu. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy okazuje się, że tych 15 000 pesos nie wystarcza na małą pepsi 0,5 i średnią wodę 0,7 🙂 I tak muszę posłużyć się dolarami i tak. Pepsi – informuje kwitek z kasy – kosztuje 1,5 dolara, woda 5 dolarów 🙂 Caaaałe 15 000 kolumbijskich pesos zostaje mi na powrotną przesiadkę. Jeszcze w Cuzco, kiedy będziemy dopijać resztki wody, będziemy żartować, że to drogocenna „złota woda” za 5 dolarów z lotniska – nomen omen – „El Dorado”..

   Droga do Limy.. to droga ponad Andami. Przyznaję się, że po tylu latach lekceważę widoki za oknem samolotu. Na szczęście jest Kamila, która wyławia dla nas takie fotograficzne perełki, jak szczyt góry wystający ponad chmury na tle innych pewnie 5-tysięczników. Widok Limy przy lądowaniu nie jest taki imponujący. Mimo południa pochmurno, szaro i buro. Wrażenie potęgują nietynkowane zabudowania tylko z rzadka w innym niż pastelowo-beżowym kolorze. Miasto na wysokim klifie, spowite mgiełką napływającą znad morza.

   Na lotnisku pierwszy z naszych zaskakujących „polonistycznych” incydentów podczas tej podróży. Pracownik migración bierze nasze paszporty i wita nas wypowiedzianym po polsku „dzień dobry”. Okazuje się, że Peru odwiedza już tylu Polaków, że miał szansę siedząc w tym kantorku nauczyć się paru zwrotów i to nie tylko tych zwyczajowych „dzień dobry”, czy „dziękuję”. Przyglądając się monitorowi mówi do mnie po polsku na przykład „byłeś dwa razy” (podczas pierwszego pobytu wyjeżdżałem faktycznie na jeden dzień do Boliwii i wracałem do Peru). Pierwszy raz tego dnia zostajemy też pochwaleni za nasz hiszpański: „na pewno mówicie lepiej po hiszpańsku, niż ja po polsku..” 🙂 Na lotnisku w Limie musimy odebrać nasz bagaż i odbyć pełną odprawę przed krajowym już lotem Lima-Cuzco. Okazuje się, że przez osiem lat zwyczaje na lotnisku w Limie zmieniły się. Podczas pierwszej podróży, pamiętam, zaskoczył mnie zwyczaj skrupulatnej kontroli kwitków bagażowych przy odbieraniu bagażu z taśmy. Całkiem uzasadniony – już pomijam aspekt uczciwości pasażerów, ale nie raz przecież zdarza się miewać rozterki przy taśmie, kiedy krążą po niej identyczne do naszej walizki, czy plecaki.

   Z ponad sześciu godzin przesiadki w Limie godzinę poświęcamy na odstanie w kolejce do odprawy do Cuzco. Potem kupujemy przedpłaconą taksówkę pod jedyny adres, który pamiętam – Plaza Mayor, por favor. Główny plac w Limie, pięknie odnowione serce Centro Histórico. Wsiadamy do taksówki, kierowca widzi, że jesteśmy bez bagażu. Przeprowadza krótki „wywiad” z nami i już po chwili wiedząc, że mamy jakieś 3-4 godziny bez planu oprócz sztandarowego „Plaza Mayor” – ma dla nas „specjalną ofertę”. Głosem przewodnika głośno i ze swadą zaczyna opowiadać, jakąż to ofertę „muy económico” ma dla nas. Mówi, że pokaże nam nadmorską dzielnicę Miraflores, potem pojedziemy do dzielnicy Barranco i przez dzielnicę Chorrillos dopiero zawrócimy w kierunku historycznego centrum. OK, raz się żyje, niech nas wiezie w ekonomiczny objazd – przynajmniej zobaczę jakieś miejsca, w których nie byłem osiem lat temu. Oczywiście drogą negocjacji pozostaje nam tylko ustalić cenę za dodatkowy objazd – gdzieś w połowie między jego ceną wywoławczą, a moimi oczekiwaniami 🙂

   Okazuje się, że bardziej niż miejsca, do których nas wiezie, znacznie ciekawsze jest samo obcowanie z tym człowiekiem. Mówi głośno i z takim gardłowym zaśpiewem trochę, jak „chłopak z Pragi”. Opowiada o sobie. Pracował wiele lat, jako przewodnik w Cuzco. Udziela nam rad „niedługo znajdziecie się na ponad trzech tysiącach metrów nad poziomem morza.. od razu idziecie na mercado San Pedro i u kobiet przy wejściu kupujecie liście coca.. pamiętajcie.. wkładacie 10-15 liści i żujecie.. wysysacie.. wysysacie.. i po parunastu minutach wypluwacie kulę liści.. zrobicie tak parę razy i po problemie.. nie będzie bolała głowa.. nie będziecie mieli mdłości.. pamiętajcie – mercado San Pedro..”. Opowiadamy i my o sobie – jest ciekawy, kim dla siebie jesteśmy, co robimy, w jakich zawodach pracujemy.. etc. No i pada drugi komplement tego dnia: „całkiem dobrze się z Wami rozmawia.. mówicie po latynoamerykańsku, nie seplenicie, jak Hiszpanie..”. My też mamy wrażenie, że dużo łatwiej go zrozumieć, niż hiszpańskiego lektora 😉 „Polak – Latynoamerykanin dwa bratanki..” 🙂 Z ciekawostek na temat Limy dowiadujemy się np. że codziennie miasto doświadcza średnio 8 mikro-wstrząsów tektonicznych. Nasz przewodnik pokazuje nam metalowe siatki pokrywające ściany stromego klifu, wzdłuż którego biegnie nadmorska arteria komunikacyjna – Circuito de Playas. Podrzuca nas w końcu do Plaza Mayor. Rozstajemy się na jakieś 45 minut przy Bazylice San Francisco – on gdzieś tu zaparkuje, my mamy czas na cieszenie się atmosferą głównego placu. Można tu obejrzeć zmianę warty pod pałacem rządowym, można zwiedzić Katedrę Limy, obejrzeć przepiękną fasadę Pałacu Arcybiskupa z hiszpańskimi drewnianymi balkonami. Ponieważ nie mamy dużo czasu, Kamila woli pokręcić się po placu z aparatem w ręku – trafiamy akurat na jakiś niedzielny festyn i paradę orkiestry wojskowej. Mieszkańcy Limy całymi rodzinami licznie w nim uczestniczą. Czas wracać do naszego taksówkarza. Przez trasę wylotową na północ kraju, a potem odbijając w Av. Peru wracamy na lotnisko. Niska, niezbyt imponująca (żeby nie powiedzieć biedna) zabudowa wzdłuż alei to – zdaniem naszego przewodnika – skupisko tutejszej klasy średniej.

   Lot do Cuzco. Znowu ponad górami. Kilka ładnych fotografii Kamili później.. podejście do lądowania. Osiem lat temu nie zauważyłem tego manewru, albo też wyjście z pasa różni się od podejścia do niego. Otóż Boeing 737, może niewielka maszyna, ale jednak 50 ton żywej wagi przelatuje mając miasto położone w kotlinie po lewej stronie. Mija je, pasażerowie przy małych okienkach nie wiedzą, że z przodu przed samolotem jest wysoka góra. Samolot pochyla się mocno na lewe skrzydło i trwając długo w tej pozycji okrąża górę. Przez dłuższy czas w oknach widać tylko zbliżenie kamienistego zbocza. W końcu wychodzi z przechyłu i okrążenia – na niewielkiej wysokości, prosto na lądowisko.. Wyrazy uznania (w skrócie „szacun”) dla pilota – manewr raczej widywany w wykonaniu małych awionetek niż dużego rejsowego samolotu.

   Wlecieliśmy na 3326 m n.p.m. bez żadnego przygotowania. Brak powietrza, zadyszka po paru krokach, w nocy bezsenność, a niektórzy z nas dodatkowo ból głowy, mdłości, szum w uszach – taki los spotyka śmiałków, którzy w ciągu doby wstaną od biurka i odważą się stanąć w wysokich Andach.. 🙂 I prawdę mówił nasz taksówkarz.. pobyt w Cuzco zaczniemy jutro od wizytacji mercado San Pedro w poszukiwaniu pań siedzących z worami liści coca.

 

Kamila:

   Nasza podróż od wyjścia z domu do postawienia nogi w docelowym Cuzco trwa około 30 godzin. Kiedyś to brzmiałoby dla mnie przerażająco i na pewno z własnej woli bym się na to nie zdecydowała.. Dziś tego doświadczam i choć zmęczenie doskwiera, cała sytuacja jest do przeżycia 🙂 Liczne przesiadki ułatwiają tą długą podróż.. można rozprostować kości, aktywować mózg zadaniami znalezienia w lotniskowych przestrzeniach potrzebnych nam punktów, no i ta niekończąca się możliwość obserwacji, jaką daje pobyt na lotnisku.. Uwielbiam lotniska 🙂 Te różnonarodowe tłumy, mieszające się języki i typy urody, walizki, stroje, po których można się domyślać, dokąd/skąd ktoś leci, można godzinami na to patrzeć.. i jeśli tylko ma się do dyspozycji wygodną miejscówkę, to czas miło płynie 🙂 Lubię też obserwować różne rozwiązania techniczne w różnych portach lotniczych, jak do odprawy, gdzie urzędnik, którędy bagaż, jak wygląda toaleta, i co jest już zautomatyzowane 🙂

   W tej konkretnej podróży fajnym wydarzeniem jest wspomniany przez Pawła lunch z Dorotą i Johnem z Anglii – spotkanie towarzyskie w trakcie podróży w Daleki Świat.. Miłe rozmowy i dużo śmiechu.. Dziękujemy i pozdrawiamy Dorotę i Johna 🙂

   To najważniejsze w przesiadce w Londynie. Dodam, że Heathrow jest wielkie i nowoczesne. A w sklepiku widzę jedne z polskich nietypowych zdrowych słodyczy (które trudno znaleźć nawet w Polsce). Przesiadka w Bogocie – staję na Nowym Kontynencie. AAaaa!! Jestem tutaj.. 🙂 Lotnisko El Dorado to przygoda z wymianą waluty, odciskami palców i ceną wody – dużo śmiechu 🙂 oraz .. moje rozdarte na tyłku spodnie – jeszcze nawet nie minęła doba, a ja już straciłam jedyne grubsze portki.. dziura jest wielka, spodnie nie-do-uratowania 🙁 Przesiadka w Limie.. Jeszcze bardziej staję na Kontynencie wychodząc poza teren portu lotniczego. Nie czujemy się świeżo i nie jesteśmy w pełni sił, ale fajnie jest objechać miasto.. Posłuchać hiszpańskiego tak blisko – nasz taksówkarz przewodnik jest super sympatyczny i ciekawy, i w krótkim czasie pokazuje nam perełki Limy.. Mamy szczęście podczas naszych podróży do taksówkarzy-przewodników 🙂 Dla mnie najpiękniejszy moment to zobaczyć Ocean Spokojny.. Nad tą wodą mnie jeszcze nie było.. i choć nie moczę w niej stopy, to i tak wydarzenie to napełnia mnie szczęściem 🙂 Odwiedzamy El Parque del Amor (Park Miłości) nad brzegiem oceanu.. z „El Beso” – wielkogabarytowym pomnikiem namiętnie całującej się pary pośrodku i z murkami wokół. Murki w stylu Gaudiego, jak w Park Güel w Barcelonie, ozdobione mozaikami z potłuczonych ceramicznych płytek. Miejsce pełne uroku. Oprócz widoku oceanu i całującej się pary przyciąga mnie mozaikowy napis „Amor es como luz” – Miłość jest jak światło.. Na Plaza Mayor wrażenie robią na mnie stroje kobiet – te typowe dwa warkocze, meloniki i falbaniaste spódnice.. Moje pierwsze spotkanie z folklorem 🙂 I oczywiście architektura, kolonialna i barokowa.. Klimat bardzo ciekawy, jak na geograficzne położenie miasta, ulice wciąż spowite mgłą, niebo zasnute chmurami, słońca nie widać, upału nie ma.. czy to wpływ oceanu..?

   Wracamy przed czasem na lotnisko im. Jorge Chaveza, trochę szkoda – można by było coś jeszcze w Limie zobaczyć, trochę dobrze – jest chwila na coś do zjedzenia.. Przy jadłodajniach straszne tłumy ludzi i dwa zadania przede mną: znaleźć wolny stolik, i znaleźć bezmięsne danie.. Paweł nie jest głodny – jak zwykle w podróży zamyka żołądek na kłódeczkę, mi burczy w brzuchu, wysyłam więc Pawła na polowanie na stolik, a sama robię obchód restauracji, odstaję w kolejce i mam swoje chińskie wegetariańskie jedzenie 🙂 zabawnie jak na pierwszy posiłek w Ameryce Południowej 🙂

   W samolotach jest ok – nasze wegetariańskie dania są smaczne, podczas najdłuższego nocnego lotu udaje się pospać, nogi nie puchną, a za dnia moje ulubione miejsce przy oknie dostarcza wielu niesamowitych wrażeń.. Widok z góry takich gór, jak Andy.. ach, coś pięknego.. całe to widoczne ukształtowanie terenu, wierzchołki wyłaniające się z chmur, ośnieżone szczyty, ta bliskość gór, do których na co dzień tak daleko.. Trudno odkleić nos od szyby 🙂 I to spektakularne lądowanie w Cuzco, z zakrętem przez lewe skrzydło, zza górskiego pasma, pas lotniska w samym środku miasta otoczonego zewsząd górami..

   Lądujemy na około 3300 m.n.p.m. – Cuzco – nasz pierwszy cel.. Można odpocząć.. Ból głowy odzywa się już na lotnisku.. Zaczyna rozsadzać skronie podczas oczekiwania na bagaż.. Potem objawy znalezienia się na tej wysokości przybierają na sile.. trudno odpoczywać.. I wyczekiwany od wielu godzin pobyt w łóżku staje się bezsenną udręką.. z zawrotami głowy, mdłościami, kołataniem serca, napadami duszności i paniki z powodu braku tlenu..

Tags:

Peru i Boliwia 2016 – Wstęp

   

Paweł “Viajero”:

   Drogi czytelniku.. usiądź wygodnie.. włącz poniższy filmik.. Od tego momentu mamy razem cztery minuty i siedemnaście sekund na przeczytanie Wstępu.. umili go muzyka.. 🙂

   Może to zabrzmi dziwnie, ale w 2008 czułem, że kiedyś tam jeszcze wrócę. „Tam”, czyli do Ameryki Południowej, a konkretnie do Peru. Niby skąd mógłbym to wiedzieć..? W tym 2008 pierwszy raz w życiu odważyłem się na coś, o czym przez dekady tylko marzyłem. Ani nie mogłem wiedzieć, że uda mi się powtórzyć kiedykolwiek w życiu jeszcze taki wyczyn – polecieć drugi raz w Daleki Świat – ani tym bardziej, że uda mi się powrót dokładnie w to samo miejsce. A jednak pamiętam wyraźnie to wewnętrzne przekonanie, kiedy na lotnisku w Limie wchodziłem po schodkach do powrotnego samolotu. Pojawiło się wtedy we mnie: „ja tu jeszcze wrócę..”. Drugi moment, w którym moje serce wyrwało się i zakrzyknęło „ja jeszcze raz tam chcę!”, miał miejsce w 2013 w małej knajpce w Copan w Hondurasie. Trzeba wiedzieć w tym miejscu lektury, że jako młody chłopak dzięki zespołowi Varsovia Manta chłonąłem muzykę andyjską. Włóczyłem się w latach 80-tych za nimi, a to po warszawskiej starówce, a to po wszystkich koncertach, jakie organizowali w domach kultury. A więc w tym Copan jadłem sobie śniadanie, kiedy nagle ku mojemu zaskoczeniu – nie jest to bowiem muzyka popularna w tamtym regionie – z głośników wysączyły się dźwięki rodem z Andów. Magiczne charango, którego krótkie struny są wprawiane w ruch dłonią udającą skrzydło kolibra, śpiewny i łapiący za serce flet quena i antara – z dźwiękiem jak dmuchanie w szyjki butelek, w innym świecie zwana fletnią pana. Wszystko to w rytmie grzechotek z muszli – chajchas. Od tego wszystkiego razem – tak charakterystycznego – serce się wyrwało „do tych gór malowanych kolorem rozmaitem.. gdzie czarno-szary kondor i lama jak śnieg biała..” 😉

   8 czerwca 2016 uruchamiam więc swoją ulubioną wyszukiwarkę połączeń lotniczych. Od wielu miesięcy przeczesuję codziennie expedia.com w poszukiwaniu biletu, który sobie wymyśliłem, tzn. lądowanie w Cuzco w Peru, a powrót z Santa Cruz w Boliwii. W 2016 pomysł na Peru jest taki: polecimy wprost do Cuzco, spędzimy tam tylko kilka dni, oglądając to, co najważniejsze w okolicy. Potem przejedziemy od razu do Boliwii. Z jednej strony oczywiście chcę jeszcze raz zobaczyć Cuzco, Sacsayhuaman, Pisac, Ollantaytambo, czy Machu Picchu i pokazać je koniecznie Kamili, ale z drugiej chcę ciągnąć jak najszybciej do Boliwii – w 2008 byłem w niej tylko przez jeden dzień oglądając ruiny Tiahuanaco. Takie bilety – lądowanie w A i powrót z B – z reguły są trochę droższe, ale w tym roku los jest wyjątkowo niełaskawy dla mnie. Normalnie już w lutym, czy w marcu bywam zaopatrzony w bilet na wrzesień-październik. Tym razem cena od początku 2016 sukcesywnie rośnie, co w połączeniu z utrzymującym się wysokim kursem dolara, czyni ją nieprzyzwoicie i nieosiągalnie wysoką.. 🙁 Przy cenie 1200-coś-$ w czerwcu (z Madrytu, nie z Warszawy) zaczynam już myśleć nawet o zmianie trasy, kiedy.. przychodzi mi jeszcze do głowy spróbować, oprócz lotów ze zwyczajowego Madrytu, różnych innych „krzyżówek”: wylot z Paryża, powrót do Amsterdamu.. odwrotnie.. wylot z Londynu, powrót do Paryża.. i jeszcze na wszelki wypadek – bez jakiegoś specjalnego przekonania – bo Londyn nie bywa najtańszy – wylot i powrót do Londynu.. „London.. 10/08/2016.. Cuzco.. Santa Cruz.. 10/31/2016.. London..” J E S T !!! Nagle cena za taki bilet staje się niższa o całą 1/3 od tych dramatycznych 1200-coś-$! Promocja linii Avianca z Londynu – nigdy jeszcze nią nie leciałem. Długi lot na trasie Londyn-Bogota-Lima-Cuzco. W powrotnym łańcuszku lotnisk zamiast Cuzco – Santa Cruz. W tamtą stronę (nie licząc Warszawa – Londyn) jedyne 23,5 h w drodze, z powrotem – bagatela – 27,5 h 😉 Ale czego się nie robi, żeby dotrzeć do Dalekiego Świata. Wpisuję więc dalej „Paweł Zalewski.. Male.. 06/12/1967.. Kamila Antonina Perkowska.. Female..”

   Lecimy z Kamilą razem już trzeci raz w Daleki Świat. Można by zacytować żartobliwe „do trzech razy sztuka” 😉 Ale uchylając rąbka tajemnicy – z perspektywy zakończonej „Peru i Boliwia 2016” – mogę powiedzieć, że nic nie wskazuje na jakiś finał tego podróżniczego duetu 🙂 Przez te trzy wspólne wyjazdy w Daleki Świat ścieraliśmy się, iskrzyli i docierali. Każdy wyłuskał z tego dla siebie – mam nadzieję – jakiś dydaktyczny pierwiastek. Każdy coś zyskał.. I jest to nieustający proces.. Mało tego, oprócz duetu podróżniczego, zostaliśmy dodatkowo duetem literackim 🙂

   Dalej wprowadzam dane karty kredytowej „właściciel.. numer.. data ważności..”. Kiedy już kilka razy sprawdziłem, czy wszystkie dane zostały wprowadzone poprawnie, dochodzę do najbardziej emocjonującego momentu – wciskanie dużego żółtego klawisza „COMPLETE BOOKING”.. No dobrze, ostatni raz sprawdzam.. i w końcu naciskam go. Chwila prawdy – przejdzie płatność.. nie przejdzie.. (tfu, tfu). Po kilku ekscytujących sekundach: „Your reservation is booked and confirmed”. A więc znowu to się dzieje.. L E C I M Y.. 🙂

 

Kamila:
 
   Lecimy 🙂
   Tak, znów lecimy.. i znów razem piszemy.. 🙂 Hurra 🙂

   Znów będziemy razem się zachwycać, każde na swój sposób, wzbogacać nawzajem swoimi spojrzeniami, obserwacjami.. i znów będziemy stawać oko w oko z trudnymi sytuacjami między nami..

   Po pierwszej naszej wyprawie do Azji i drugiej – na moją prośbę – również do Azji kierunek nieazjatycki jest oczywisty.. 🙂 Mówię Pawłowi, że polecę wszędzie, bo przecież prawie nigdzie jeszcze nie byłam, a każde miejsce w Dalekim Świecie wydaje się interesujące i woła 🙂 Zdaję się zupełnie na jego pomysł i plan.. Gdy słyszę Peru.. Machu Picchu.. ruiny Inków.. Cuzco.. aż nie mogę uwierzyć, że tam będę! Boliwia – OK, to kraj niespecjalnie mi znany nawet ze słyszenia.. Paweł opowiada, że jest tam mnóstwo ciekawych rzeczy, jezioro Titicaca, wielkie La Paz, największa solna pustynia świata i.. dżungla.. Planuje w niej nasz kilkudniowy pobyt.. O rety, miejsce w ogóle mnie nie pociąga, raczej przeraża i stresuje.. Ale Paweł tak się ekscytuje.. OK, nie mogę go tego pozbawić, zagryzę zęby i pojadę do dżungli, ale zrobię to tylko dla niego 🙂

   No i cieszę się, że będziemy w miejscach nieznanych nam obojgu..

   Oswajam się z Dalekim Światem, z trudami podróży, z warunkami noclegowymi, z pakowaniem w niewielki plecak.. Przed każdą wyprawą cieszę się, ekscytuję i jednocześnie stresuję, czuję strach i niepewność.. każdy wyjazd jest pełen ogromnych wyzwań i przekraczania granic własnej strefy komfortu.. Przekroczenie tych granic daje niezwykłe, niepowtarzalne, bezcenne poczucie Wolności..

Tags: ,