Dni 22-25 – 29 października-1 listopada – Santa Cruz, Samaipata, Zakończenie

   

Paweł “Viajero”:

   W roli zakończenia wystąpi ostatni fragment maila wysłanego po powrocie z Boliwii do naszego Przyjaciela. Jeśli wpadnie tu kiedyś zapewne pozna go..
Konrad – pozdrawiamy serdecznie..

„… Ostatnim rozdzialikiem w naszej podróży było Santa Cruz, a właściwie oddalona o trzy godziny jazdy busem – Samaipata. W górach ponad mieściną – ruiny El Fuerte. Mówią o nich “boliwijskie Machu Picchu”.. Skromniejsze i o innym charakterze. Jakaś kultura jeszcze przed Inkami obrała sobie szczyt góry, jako miejsce architektonicznych eksperymentów. Dziesiątki lat kuli w skale i próbowali wykuć komnaty, świątynie.. i co tam jeszcze im w duszy grało.. Wygląda to jednak na trochę niedokończoną “inwestycję”.. Ale widoki piękne.. i miejsce ciekawe.. Taka materialna łączność z tymi, którzy tu kiedyś byli.. żyli.. coś chcieli uwiecznić..

Z Santa Cruz.. z ciężkim sercem wracaliśmy już do domu. Jedynym akcentem po drodze, który nas wyrwał na chwilę z powrotnego spleen’u – smutku, że już przygoda się kończy – były obchody helloween w Bogocie. Mieliśmy długą przesiadkę w Kolumbii i poprosiliśmy, żeby nas „wypuścili” z lotniska do miasta.. Opłacało się.. widok wieczornej fiesty.. setek mieszkańców na-i-wokół głównego placu.. przebrani wszyscy, niezależnie od wieku i płci.. Warto było zobaczyć miejscową tradycję..

Podsumowanie wyjazdu.. wiadomo, że nie można go w żaden sposób porównywać.. czy był lepszy.. czy gorszy.. Na ten moment budzi oczywiście najżywsze emocje.. Wręcz mam problem z zamknięciem na Viajero opowieści z Birmy.. zbieram się i zbieram.. żeby zakończyć jedną opowieść i “odkorkować” możliwość pisania kolejnej.. Masz tu w mailu.. taki przedpremierowy, osobisty skrót tego, co mam nadzieję pojawi się na Viajero.pl..”

 

Kamila:

   (w przygotowaniu)

Tags:

Dni 17-21 – 24-28 października – Uyuni, Salar Uyuni, Eduardo Avaroa Nacional Reserve

   

Paweł “Viajero”:

   Obiecałem sobie, że nie będę już kończył opisów jednej wyprawy po powrocie z kolejnej. Do tej pory noga powinęła mi się raz – opisu Birmy nie udało mi się domknąć w ciągu roku i kończyłem go jeszcze po powrocie z Boliwii. I to nie jest dobre – zapamiętałem.. Trzeba zawsze zamknąć jakiś rozdział, żeby zrobić miejsce dla czegoś nowego.. Ale to oznacza, że przez nadchodzący tydzień chcę napisać dwa odcinki. Za tydzień lecimy do Kolumbii i po powrocie chciałbym myśleć już tylko o niej. Zatem będzie już teraz zupełnie „migawkowo”. Jeszcze nigdy nie napisałem dwóch odcinków w ciągu tygodnia.. 🙂 Szczególnie żałowałbym, gdyby ten obecny miał nie powstać. Trzydniowa wycieczka na pustynię solną Salar Uyuni i do Kordyliery przy granicy z Chile to jeden z gwoździ naszej podróży do Boliwii – do dzieła więc.. 🙂

   Wyprawa „Peru Boliwia..” mogłaby mieć na trzecie „Kalejdoskop”. Jak w tej zabawce z dzieciństwa, tak w trakcie naszej podróży krajobrazy zmieniają się nieustannie. Ledwo wylecieliśmy z gorącej dżungli, zdążyli wrócić do zimnego, trochę ponurego miasta, ledwie wsiedliśmy w nim do nocnego autobusu – a po 7 godzinach jazdy wysiadamy o 3:00 nad ranem na zupełnym pustkowiu. Nie przewidziałem ani tego, że Uyuni to taka miała mieścina, ani tego, że autobus przyjedzie do niej w środku nocy. Według rozkładu miał dojechać o świcie. Tymczasem jest środek nocy – rozespani wysiadamy w miejscu, w którym jest tak zimno, że para leci z ust. Jak nie przepadam za wszelkiego rodzaju naganiaczami, którzy czasem bardzo nachalnie oferują swoje usługi, tak muszę przyznać, że raz chociaż taka osoba do czegoś się przydaje. Wyskakując z autobusu wpadamy wprost na Indiankę, która w środku nocy czeka na zbłąkanych turystów i od razu chce im sprzedawać wycieczkę na pustynię solną. My z kolei marzymy tylko o tym, żeby znaleźć jakiś hostel. Indianka otwiera jednak blaszaną „szczękę” w ścianie, za którą znajduje się jej agencja turystyczna i próbuje nas do niej ciągnąć. Wymykamy się mówiąc, że oczywiście rano tu wrócimy, ale teraz musimy znaleźć lokum dla siebie. Ale gdyby agentka nie przykleiła się do nas jak rzep do psiego ogona i nie poszła za nami, skończylibyśmy raczej kiepsko. Wszystkie miejsca, które wyglądają jak hotele, czy hostele są o tej porze zamknięte na głucho i zakratowane. Ulice puste – ciemno i zimno. Nie wpadłbym na to, że przy drzwiach są dzwonki, którymi bez pardonu można budzić kogoś w środku nocy w poszukiwaniu wolnego pokoju. W dwóch takich miejscach po drodze kobieta dzwoni, ale ktoś wychylający się z okna na piętrze rzuca w odpowiedzi, że miejsc nie ma. Dopiero w trzecim hotelu zaspany jegomość otwiera i potwierdza, że ma dwuosobowy pokój.

   Odsypiamy długo naszą ciężką podróż autobusem. Potem wychodzimy do miasteczka na „zwiad”. W miejscu polecanym przez Lonely Planet wybieramy jedną z agencji, która oferuje to, czego potrzebujemy – trzydniową podróż jeep’em, podczas której pokonamy po bezdrożach Boliwii paręset kilometrów. Nie tylko zobaczymy pustynię solną, ale również południowy kraniec kraju przy granicy z Chile, gdzie znajduje się Park Narodowy o trochę długawej nazwie: Reserva Nacional de fauna Andina Eduardo Avaroa. Upewniamy się, że „w cenie” będziemy mieli wszystkie atrakcje, o których czytaliśmy przed wyjazdem: Salar Uyuni, „wyspę” Incahuasi wyrastającą z solniska, a także laguny z kolorowymi wodami – Laguna Verde, Laguna Colorada; a oprócz nich Arbol de Piedra – kamienny ostaniec w kształcie drzewa.. Tak – wszystko to zobaczymy.. Agentka przybliża nam resztę detali – w samochodzie mieści się sześcioro turystów i kierowca, który jednocześnie jest kucharzem, przewodnikiem i naszym opiekunem na trzy dni i dwie noce. Pokazuje nam trasę na mapie, zdjęcia i uprzedza lojalnie, że warunki zakwaterowania po drodze będą bardzo spartańskie. W pierwszej „stanicy” woda będzie za dodatkową opłatą, a w drugim miejscu, w którym zanocujemy, wody nie będzie w ogóle; światło będzie tylko przez jakiś czas po naszym przyjeździe – prąd pochodzi bowiem z agregatu. Oczywiście akceptujemy niewygody – w zamian za to, co będziemy mogli po drodze zobaczyć.. Mamy stawić się jutro rano o 8:00 – spakowani w jeden plecak. Drugi na czas wyprawy zostanie przechowany w biurze. Jutro poznamy też osoby, które akurat na ten dzień również wykupią taką wycieczkę – ciekawe kogo przydzieli nam los jako współtowarzyszy podróży.. 🙂

   Dzisiaj możemy powłóczyć się po tej małej mieścinie. Co prawda tego „włóczenia” nie ma zbyt wiele – osada jest mała, dosłownie parę ulic na krzyż. Kiedy tylko oddalimy się trochę od okolic głównego placyku, sceneria zaczyna wyglądać trochę „westernowo” – szerokie ulice z ubitej ziemi i parterowa prosta zabudowa. Przejeżdżający z rzadka samochód wzbija tumany kurzu, a ulicami biegają w grupkach bezpańskie psy. Co chwila wybuchają między nimi jakieś awantury – trochę nieswojo się czujemy, kiedy tak krążą wokół nas i powarkują. Na szczęście chyba wszystkie psy na świecie znają ten gest – człowiek podnoszący kamień z ziemi. Dzięki temu zachowują dystans. Dlaczego snujemy się w takiej scenerii? Gdzieś tu za miastem znajduje się miejscowa atrakcja – Cementerio de trenes. Przez miasto przebiegała kiedyś towarowa linia kolejowa. Pociągami wywożono bogactwa z gór – minerały takie jak boraks, rudy cynku, siarka etc. Dzisiaj XIX-wieczne lokomotywy, wagony i drezyny rdzewieją na bocznicy jakieś 3 km za miastem. Kiedy przyjeżdżają tu jeepy z turystami robi się tłoczno i gwarno. Na szczęście o tej porze, w której my docieramy nie ma tu nawet psa z kulawą nogą – te zatrzymały się na granicy miasteczka 🙂 Kamila przysiada na jakimś kawale żelastwa i robi zdjęcia, a ja mam okazję przez moment poczuć się jak mały chłopiec–zdobywca 🙂 Wdrapuję się na jedną z tych rdzewiejących lokomotyw, żeby podziwiać z jej dachu to żelazne cmentarzysko i pustynny krajobraz dookoła..

   Przez cały dzień staramy się znaleźć coś ciepłego do zjedzenia – czegoś co składałoby się z warzyw i nie było kurczakiem. Mieszkańcy tej zimnej krainy poważają tylko drób. Z rożna, z grilla, szaszłyki – wszystko, tylko nie warzywa. Przyparta do muru Kamila kupuje w ulicznej budce jajka sadzone z frytkami. Ja wolę suchy prowiant, niż takie „delicje”. To nie jest kraina dla nas – wegetarian. Na szczęście jest targ, który znajduje się niedaleko naszego hostelu – zaraz za rogiem. A tam wszystkie warzywa, owoce potrzebne do życia. Jest też nasz ulubiony w Boliwii ser – owczy, czy kozi trudno powiedzieć. Jest też to, czego na co dzień nie tykamy, czyli pszenne pieczywo 🙂 Cóż, nie tylko takie niewygody jesteśmy w stanie znieść w podróży.. 🙂

   Stawiamy się o poranku w agencji. Grupka turystów siedzi przy stolikach. Stoją chyba trzy samochody terenowe, których kierowcy czynią ostatnie przygotowania przed wyjazdem. Ładują na dach koła zapasowe, kanistry z benzyną i inne potrzebne w podróży rzeczy, których nie znajdziemy po drodze – oddalając się od cywilizacji na trzy dni. Następuje „losowanie” i w naszym jeep’ie lądują sami młodzi ludzie – że o nas nie wspomnę 😉 – para Francuzów, Holenderka i Szwajcar. To nie jest oczywiście wiedza dostępna nam w tym momencie, ale w ciągu tych trzech dni dowiemy się po drodze, że Francuz studiował rok w Polsce na Erasmusie, Holenderka – o której nikt na podstawie urody nie powiedziałby, że jest Holenderką.. i słusznie – jest w połowie Turczynką, a Szwajcar – mieszka od kilku lat w Meksyku i włada biegle hiszpańskim, francuskim i oczywiście swoim niemieckim. Znowu mamy szczęście do ludzi spotkanych w podróży. Jej niewygody rekompensują nam zabawne sytuacje, żarty, dowcipy i gry słowne we wszystkich znanych nam językach. Przebojem lingwistycznym podróży staje się np. pewne polskie słowo na „k…”, które Francuz zapamiętał z Erasmusa, które tutaj pojawia się w wersji hiszpańskiej na drogowskazach informując o zakrętach, a które Szwajcar ze swoim niezwykłym lingwistycznym talentem wypowiada ze swadą w żartach zupełnie, jak rodowity Polak 🙂 Począwszy od wspólnej kolacji pierwszego wieczora – zakrapianej odrobiną alkoholu – wspólnym żartom nie będzie końca. A my – cóż, mamy szansę trochę odmłodzić się przez te trzy dni, obcując cały czas z młodzieżą 😉

   Wyjeżdżamy z miasteczka i jedziemy na południe. Płaska sucha równina, wzdłuż szosy co jakiś czas wikunie. Chciałoby się powiedzieć „pasące się wikunie”, ale czym one się żywią – nie wiadomo, skoro wokół tylko goła skała pokryta kurzem. Nasze spotkanie z pustynią solną zaczynamy w małej osadzie – taki ostatni cywilizacyjny tourist trap. Jeepy zajeżdżają tutaj – turyści mogą kupić pamiątki, torebeczkę soli wydobywanej ręcznie z pobliskiej pustyni lub coś przekąsić. Dalej już nikt nie będzie nam chciał niczego sprzedawać.. W końcu wjeżdżamy na pustynię. Już rozumiem, dlaczego google nie potrafi wyznaczyć drogi z Uyuni do np. Laguna Colorada.. tu nie ma żadnej drogi. Okazuje się też, że pustynia solna to wcale nie piaskownica pełna sypkiej soli, ale raczej solna skorupa wykrystalizowana z roztworu. Dodatkowo na całej powierzchni skorupy są charakterystyczne struktury, które przypominają wzorem spękaną w czasie suszy ziemię. Tyle, że tutaj odwrotnie – owe bruzdy są wypukłe. Głęboko pod naszymi stopami podobno 50% światowych zasobów Litu. W porze deszczowej Salar jest ukryta pod kilkucentymetrową warstwą wody. Jeepy nie mogą wtedy wjeżdżać na nią, ale ludzie przyjeżdżają tu dla niesamowitych zdjęć wielkiego „lustra”, w którym odbija się niebo. Zatracają się wtedy granice pomiędzy wodnym lustrem a odbitym w nim nieboskłonem. Teraz jest pora sucha. Nie ma lustra, ale za to możemy mknąć jeep’em przez białą równinę, słuchając Los Kjarkas – ewidentnie ulubionego zespołu folkowego naszego kierowcy 🙂 Andyjska muzyka doskonale koresponduje z krajobrazem na zewnątrz 🙂

   Obiad jemy w hotelu zbudowanym z soli. Od wielu lat nie pełniący już tej roli budynek – ze względu na wymogi ochrony środowiska – wykorzystywany jest przez kierowców jeep’ów jako miejsce na postój i lunch. Nasz przewodnik z prowiantu zabranego z miasteczka przygotowuje dla nas smaczny posiłek. Mamy okazję pierwszy raz porozmawiać wszyscy: kto-skąd-dokąd-po-co-i-dlaczego.. Po obiedzie krótki spacer wokół obozu. Można obejrzeć wielką rzeźbę z soli – logo wyścigu Paryż-Dakar. Ani Paryż, ani Dakar – ale właśnie tędy przebiegała trasa edycji wyścigu w 2014. Oprócz logo – rzeźba z soli w skali 1:1 – replika jeep’a Toyoty. Zaraz za hotelem klimatyczny akcent – ktoś kiedyś zainicjował, a potem już dalej poleciało.. Ludzie zostawiają na pamiątkę flagi swoich krajów.. Oczywiście jest i polski akcent.. 🙂

   Ruszamy dalej w drogę. Odjeżdżamy spory kawałek od solnego hotelu. Gdyby pustynia miała regularny kształt, byłaby kwadratem o boku 100 km. Powierzchnia Salar to 10 582 km2. Na pewno nie jesteśmy na jej środku. Gdzieniegdzie majaczą bowiem na horyzoncie góry. Ma miejsce jakieś ciekawe zjawisko optyczne. Tam gdzie zbocze góry powinno dotykać białej podstawy brakuje obrysu wzgórza, coś się tam odbija od czegoś. Efekt jest taki, że samotne wzgórza wyglądają, jak okręty z ukośnie zarysowanym dziobem i rufą sunące po białym morzu. Zatrzymujemy się na postój i kierowca proponuje „sesję zdjęciową”. OK, wszyscy to robią. Biały płaski teren pozbawiony jakichkolwiek punktów odniesienia doskonale nadaje się do zabawy perspektywą. Internet pełen jest zdjęć z Salar – zabawnych pomysłów, jak można wykorzystać te szczególne warunki. Wystarczy np., że ktoś stanie kilkanaście kroków za kimś, żeby wprawny fotograf wykonał zdjęcie, na którym jedna osoba trzyma malutką figurkę tej drugiej na wyciągniętej dłoni. Młodzież ochoczo rusza do robienia takich zdjęć. Trochę na początku zdystansowani, w końcu i my dajemy się wciągnąć w zabawę. Tym bardziej, że nasz kierowca, który przyjeżdża tu z turystami co któryś dzień, doskonale się na tym zna i zostaje „moderatorem” sesji – podpowiada kolejne zabawne ujęcia. W końcu wszyscy mamy niezły ubaw, kiedy wychodzimy na zdjęciu np. jako małe figurki biegnące po rozciągniętej między butami sznurówce. BTW – to zresztą jedno z pożegnalnych zdjęć moich butów. Należy im się ostatnie wystąpienie na Viajero.. 🙂 🙂

   Znowu długa jazda.. nie ma drogi.. po prostu jedna koleina wyjeżdżona przez samochody. Niestety odznacza się szarym śladem na tym bielutkim „śniegu” – mikroskopijne okruchy gumy z opon i cząsteczki oleju oraz spalin nie pozostają bez wpływu na ten krajobraz. Następną atrakcją na naszej trasie jest skalista „wyspa” porośnięta olbrzymimi kaktusami. Incahuasi faktycznie była kiedyś wyspą. Musiała wystawać z środka jeziora. Dziś wystaje z białej skorupy i ze względu na te olbrzymie kaktusy jest turystyczną atrakcją. Należy kupić bilet, żeby móc przejść przez wyznaczoną ścieżkę rekreacyjną z jednego krańca wysepki na drugi. Przechodzimy trasę i my, podziwiając kilkumetrowe zwaliste kaktusy..

   Po kilku godzinach trochę już monotonnej jazdy, kierowca proponuje nam ostatnią atrakcję na Salar – polowanie na zachód słońca.. 🙂 Zbliżamy się do wzgórz i zatrzymujemy. Wkrótce słońce będzie zachodziło za nie. Po tej stronie niebo robi się żółto-czarne. Po drugiej stronie panować zaś będą długo róże, błękity i fiolety. Podczas kiedy po stronie żółto-czarnej będzie się wyostrzał kontrast, po drugiej wszystko zostanie spowite delikatną mgiełką. W końcu nie będzie już wiadomo, czy to różowe niebo, czy różowy odblask na białej soli – ziemia zjednoczy się z powietrzem. Do samego końca spektaklu możemy bawić się swoimi długimi cieniami. Rzadko kiedy człowiek bywa na takiej otwartej przestrzeni, nieczęsto więc może obserwować aż tak karykaturalnie wydłużony cień. Wyglądamy jakbyśmy chodzili na olbrzymich szczudłach. Mały ruch nogą, powoduje olbrzymi ruch cienia. Wygląda to komicznie, trochę jak przeglądanie się w krzywym zwierciadle.

   Zostawiamy pustynię za sobą. Zaczynamy wspinać się na zbocza gór. Kamienista droga. Nasz Lexus pokazuje swoje drugie oblicze. Niby skórzane obicia.. niby lakier metalic, ale okazuje się, że to rasowy koń pociągowy. Czterema kołami niezależnie zagarnia kamienie pod siebie. Każdy miejski SUV udający samochód terenowy już dawno odegrałby rolę w filmiku „ale urwał”, a ten prze do przodu niepowstrzymany. Dojeżdżamy do prostego hostelu w małej osadzie – tutaj nocujemy. Jeszcze kilka terenówek oprócz naszej przywiozło tu swoich turystów. Czekają na nas stoły z soli zastawione jedzeniem, w pokojach łózka z soli, na podłodze chrzęści solny żwir. Francuzi dostali nawet solną dwójkę z łazienką, my z Kamilą dwójkę, a Szwajcar i Holenderka trafili do większej koedukacyjnej sali.

   Drugiego dnia wspinamy się dalej po bezdrożach. Nasz Lexus jest niezawodny. Motywem przewodnim dzisiaj są laguny – płytkie jeziorka, wokół których żerują całe stada flamingów. Jeziora niezwykłe. Ich płytkie wody obfitują w związki mineralne – czasem nawet trujące, jak arszenik – które nadają im niezwykłe zabarwienie. Środowisko tak niesprzyjające dla jednych roślin i zwierząt, bywa ulubionym przez inne. W tego typu trujących roztworach żyją malutkie algi i to im laguny zawdzięczają swoje kolory. Z algami i kolorem lagun związana jest jeszcze jedna ciekawostka. Mianowicie algi lubią wietrzną pogodę, podczas której silnie wiejący wiatr powoduje marszczenie wody i dotlenianie jej wierzchniej warstwy. Algi przybliżają się wtedy do powierzchni i dzięki temu woda zyskuje bardziej intensywny kolor. Kiedy pogoda jest bezwietrzna, algi niczym nie wabione, opadają bliżej dna – kolor wody staje się mniej intensywny. Z innych atrakcji, które możemy oglądać tego dnia na pewno zapamiętamy jeden z czynnych wulkanów na granicy Boliwii i Chile. Wąska stróżka dymu i pary sączy się z jego wysokiego krateru. Gdzieś między kolejnymi lagunami nasz kierowca przywozi nas pod jeszcze jedną atrakcję. Arbol de Piedra – kamienny ostaniec ukształtowany przez wiatr na obraz i podobieństwo drzewa.. Na zdjęciach tego nie widać, ale faktycznie wieje tu jak Kieleckiem albo i jeszcze lepiej. „Pień” z czasem będzie coraz cieńszy i cieńszy.. za milion lat „drzewo” przewróci się. Oprócz tych nieożywionych pomników przyrody, jest tu sporo zwierząt. Wielkie stada flamingów okupujące laguny. Dosyć często widujemy też „żerujące” wikunie. Raz do zdjęcia pozuje nam zaskakujący zwierzak. Pocieszny futrzak wyglądający jak skrzyżowanie zająca, lisa, psa z nie wiadomo czym jeszcze. Przewodnik mówi, że futrzak nazywa się viskacha (czyt. wiskacza).

   Najbardziej spektakularną lagunę mamy zaplanowaną na koniec dnia. Żeby ją zobaczyć, musimy kupić bilet wstępu do Parku Eduardo Avaroa. Warto zapłacić – nawet gdyby jedyną atrakcją parku miała być właśnie Laguna Colorada. Ona również swój różowy kolor zawdzięcza algom. Ponieważ dzisiaj jest wietrznie – laguna nie skąpi nam swego intensywnego koloru. Ale nie tylko różowego.. na płyciznach widać różne inne kolorowe wykwity – białego boraksu, żółtej siarki.. etc. Tutaj też jest trochę flamingów, ale nie tyle, co nad poprzednimi lagunami. Może przekroczyliśmy już jakąś ulubioną wysokość n.p.m. flamingów albo różowe algi nie są takie smaczne, jak inne 😉 Nocujemy nieopodal laguny. Tym razem prawie w lepiankach. Tak przynajmniej wyglądają z zewnątrz. W środku jest trochę lepiej. Jest długi korytarz, w którym są rozstawione stoły. Podobnie jak w poprzednim miejscu, na nocleg zjeżdża tutaj kilka innych jeep’ów. Mamy tu swego rodzaju pożegnalną kolację. Nasz kierowca – Agostino – przynosi na nią butelkę wina „od firmy”. Rozmawiamy do późna w nocy, choć na korytarzu robi się coraz zimniej. Nie mamy termometru, ale temperatura na zewnętrz na pewno jest bliska zera. Ostatniego wieczoru wciągamy do rozmowy naszego – z reguły cichego i skromnego – Agostino. I tu kolejne zaskoczenie. Z Kamilą dawaliśmy mu zgodnie ok. 40-tu lat. Tymczasem okazuje się, że nasz kierowca jest tylko tak zniszczony przez życie. Pokazuje nam nawet swój „dowód osobisty”, żeby udowodnić, że ma dopiero.. 29 lat. Opowiada nam, że zanim znalazł pracę w turystyce, pracował parę lat w kopalni – 12 godzin na dobę, przez 30-parę dni bez przerwy – bez jakichś tam sobót, czy niedziel. Potem kilkanaście dni odpoczynku. Około północy udajemy się na spoczynek. Śpimy w szóstkę w małej koedukacyjnej sali. Jest tak zimno, że nikomu nie przychodzi do głowy rozbierać się do spania. Wszyscy śpimy w ubraniach, narzucając się kocami, które mamy zamiast pościeli. Kładziemy się wcześnie, bo o 4:00 pobudka..

   Ostatniego dnia wstajemy tak wcześnie, ponieważ część ekipy będzie odłączać się od naszej wycieczki. Dla nich to była podróż w jednym kierunku – do graniczy z Chile. Wykupili podróż do San Pedro de Atacama. Dowieziemy ich do granicy, a tam przejmie ich chilijski bus współpracujący z naszą agencją. Taki sposób przedostania się do Chile – połączony z wycieczką krajoznawczą – wybrali Francuzi i Szwajcar. Holenderka i my będziemy wracać resztę dnia do Uyuni. No cóż.. ale zanim pożegnania przyjdzie czas.. rano jedziemy jeszcze zobaczyć miejscową atrakcję – gejzery. Pod powierzchnią drzemią olbrzymie siły – gorąca para i gazy wydobywają się z sykiem z wielu szczelin. W powietrzu unosi się zapach siarkowodoru. Kilka kilometrów dalej mamy okazję wykąpać się w naturalnych gorących źródłach. Zabawa dla hardcore’ów – co prawda same źródła są gorące, ale powietrze wokół ma tylko kilka stopni na plusie 🙂 Trzeba rozebrać się, przejść kawałek i dopiero zanurzyć w ciepłej wodzie. Część z nas decyduje się na tę dodatkową atrakcję 🙂 Zanim jeszcze dojedziemy do tej umownej linii pośrodku niczego – dzielącej Boliwię i Chile – mamy szansę podziwiać Valle de Dali (hiszp. Dolina Dali’ego), czy też jak ją nazywają inni Pustynię Salvadora Dali. Pasmo gór i przełęcze, które wyglądają, jakby usypane były z kolorowych piasków – jakby góry pozazdrościły lagunom spektakularnych efektów i uprosiły jakiegoś malarza, żeby je pomalował.. Docieramy w końcu do Laguna Verde. Niestety, tym razem nie mamy tyle szczęścia – laguna nie jest teraz tak bardzo verde, jak czasem bywa. Zamiast intensywnie turkusowa, jest dzisiaj mleczno-ledwo-zielonkawa. Niedaleko stąd do granicy chilijskiej, ale także argentyńskiej. Agostino pokazuje nam, które szczyty widoczne stąd, leżą za którą granicą.

   Jest i granica.. mała chatka i zatknięta na długim drzewcu postrzępiona od porywistych wiatrów boliwijska flaga, parę metrów dalej zielona tablica „República de Chile”.. Szkoda -rozstajemy się.. Przed Francuzami i Szwajcarem jeszcze przynajmniej dwa miesiące wędrówki.. dla nas to już „przedostatni odcinek”.. Dzisiaj wracamy do Uyuni, a jutro odlatujemy do Santa Cruz..

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags:

Dni 11-16 – 18-23 października – Dżungla: Rurrenabaque, Parque Nacional Madidi

   

Paweł “Viajero”:

   Tym razem pójdę chyba trochę na łatwiznę. Zdaję sobie sprawę, że nie dam rady opisać naszego pobytu w dżungli w taki sposób, w jaki bym chciał – to znaczy wiem, że nie będę w stanie oddać ogromu, tajemniczej urody i bogactwa tego morza zieleni. Ułatwię sobie więc zadanie i dołączę ilustrację. Ale nie własne zdjęcia – nie.. Będzie to materiał filmowy, który poniekąd przyciągnął mnie do boliwijskiej dżungli.. 🙂 Ma nadal tylko 7,5 tysiąca odsłon na YouTube.. i większość to chyba moja robota.. 🙂 🙂 Ktoś tak umiejętnie zmontował obrazy.. tak trafnie dobrał podkład muzyczny, że nie mogłem się od niego oderwać przed podróżą do Boliwii.. Zaręczam, że wszystko to, co można zobaczyć w tym „materiale reklamowym” – TAM JEST.. To wszystko – i ZNACZNIE WIĘCEJ..
   

   
   

   Pięć dni, które dzieli moment od wylotu z La Paz do powrotu na to samo lotnisko, to osobna wyprawa-w-ramach-wyprawy. Kompletnie inne pejzaże i krajobrazy, inna roślinność, inni ludzie i zupełnie inna sytuacja. To wrażenie spotęgowane jest tym, że zmiana ta dokonuje się przed naszymi oczami bardzo szybko. Dzięki małemu samolotowi w 45 minut zlatujemy z wysokości 4 150 m n.p.m, na zaledwie 200 m n.p.m. Z wysokiego Altiplano, na którym panują temperatury trochę ponad zero i gdzie marzy się głównie o gorącej herbacie, na tropikalną zalesioną równinę, na której człowiek wypaca ostatnie krople wody i marzy tylko o zimnym napoju z lodówki. Z gór i suchych wyżyn, na których przyroda ożywiona musi walczyć o każdy skrawek powierzchni do życia, do miejsca, które kipi jego bujnością. Te różnice zdają się też udzielać ludziom. Nie lubię generalizacji, ale coś w tym jest – czytam mianowicie w przewodniku, że „mieszkańcy surowych gór Boliwii są zamknięci, nieufni i nieskorzy do kontaktów z obcymi, podczas kiedy mieszkańców dżungli cechuje otwartość, pogoda ducha i ciekawość obcych”. Moje skromne osobiste doświadczenia zdają się to potwierdzać..

   Lecimy małym samolotem z dwoma śmigłami. Pierwszy raz – nie licząc kilkuosobowych awionetek – jestem w sytuacji, w której wchodząc do samolotu muszę się zdrowo pochylić, żeby nie powiedzieć – wczołgać się 🙂 16-tu białych viajeros i jedna para boliwijskich staruszków – ona w obowiązkowym meloniku, z długimi warkoczami i falbaniastej spódnicy. Ciekawe w jakim celu leci do dżungli to starsze małżeństwo. Z przodu – w otwartej kabinie tak, że mamy ich na wyciągnięcie ręki – nasi dwaj piloci. Maszyna chyba nie wznosi się na wysokość, na której latają rejsowe samoloty. Lecimy tuż nad górami, a czasem pomiędzy szczytami. Sceneria, jak w drugiej części Indiana Jones, kiedy w początkowych sekwencjach bohater ucieka nad Himalajami małym samolotem linii Lao Che. Po jakimś czasie krajobraz zmienia się – góry ustępują miejsca ciągnącemu się jak okiem sięgnąć morzu zieleni. Nasz cel – dżungla.. Jedyne, co w jakiś sposób narusza tę zieloną nieprzerwaną pokrywę, to rzeki. Co ciekawe, amazońskie rzeki nie mają ochoty płynąć prosto i zdecydowanie. Jak makaron-wstążki wiją się na tym zielonym talerzu, nieustannie wykręcając jakieś zakola. W prawo.. za chwilę w lewo.. i znowu w prawo. Jakby był to przejaw jakiegoś wodnego niezdecydowania.. Acz na pewno chodzi o coś zupełnie innego.. I ten kolor wody.. jak płynne masło orzechowe.. 🙂

   Już lądowanie dostarcza nam niezłych emocji. Ponieważ drzwi do kabiny są otwarte, dokładnie widzimy, jak piloci obierają cel. Pokryta zielenią równina i gdzieś niedaleko rzeki wycięty w zieleni krótki i wąski pasek. Samolot wyraźnie obiera kurs na niego. Silne podmuchy, czy prądy powodują, że maszyną rzuca w poziomie. Widać, jak pas ucieka to w prawo, to w lewo.. a piloci starają się utrzymać go pośrodku przedniej szyby. Dalej wypadki rozgrywają się błyskawicznie. Pasek szybko rośnie w oczach, a my „spadamy” z wysoka i za chwilę koła dudnią już po podniszczonym asfalcie – pilot stara się wyhamować na nim maszynę. Anglik za nami pozbywa się do torebki zawartości żołądka. To było mocne przeżycie – trochę jak lot roller coaster’em i zapewniło nam naprawdę wysoki poziom adrenaliny.. 🙂

   W małym parterowym pawilonie przy pasie startowym czeka na nas pracownik Madidi Jungle Lodge. Jedziemy razem z nim do biura w Rurrenabaque – załatwiamy tam krótkie formalności. Potem odwozi nas do hostelu, w którym dzisiaj zanocujemy. Dopiero jutro rano łodzią popłyniemy w górę rzeki – w głąb Parque Nacional Madidi. Pierwszy raz w życiu nocuję w takim hostelu – na pierwszym piętrze pokoje nie mają ścian od strony rzeki 🙂 W drewnianych ramach od podłogi do sufitu nie ma szyb, tylko zielona siatka przeciw owadom – i to też tylko miejscami. Dlatego nad obu łóżkami wiszą dodatkowe moskitiery. Te ściany, które są, wykonane są z nieotynkowanych cegieł. Ten brak zewnętrznego muru jest świetnym rozwiązaniem – mamy pokój, a jednocześnie możemy patrzeć na rzekę i czuć się częścią tego krajobrazu.. 🙂

   Popołudnie spędzamy spacerując po małej mieścinie. Atrakcjami są: targ, na którym można kupić np. buty przebierając w ich olbrzymiej stercie, nadrzeczny „bulwar”, na którym dla rozrywki niektórzy mieszkańcy jeżdżą w-tę-i-z-powrotem na skuterach, a na koniec malutki „plaza mayor” z ławkami, którego atrakcją są uwijające się między drzewami kolorowe papużki. Potem zapada zmierzch i udajemy się do swojego pokoju bez ściany. Dodatkową „atrakcją” wieczoru jest brak wody. Nie możemy się wykąpać w naszej łazience po trudach dnia. Na szczęście działa jeden prysznic na dole przy małym basenie. Robimy więc wyprawę w kąpielówkach i klapkach, żeby skorzystać z tego jedynego prysznica. Noc jest ciężka – musimy się przyzwyczaić do wysokiej temperatury, na szczęście chociaż tlenu jest w końcu pod dostatkiem.. 🙂

   Rano wyruszamy z przystani. Na brzegu rzeki Beni cumuje sporo podłużnych łodzi. Wszystkie podobne do siebie – ze składanymi siedzeniami i brezentowymi zadaszeniami. Na naszej łodzi jesteśmy jedynymi turystami, razem z nami płynie trzech członków „załogi” – sternik i dwóch majtków – nasz przewodnik i jeszcze kilka kobiet z dziećmi. Podróż do naszego obozu trwa ponad trzy godziny. Poziom wody miejscami jest bardzo niski. Dwóch chłopaków z obsługi, a chwilami też i nasz młody przewodnik, wskakują w ubraniach do wody przepychając łódkę przez płytkie miejsca, kiedy z powodu kamienistego dna trzeba podnieść śrubę do góry, a łódkę zaczyna wtedy znosić prąd. Sternik z wielką wprawą wybiera miejsca nadające się najlepiej do przeprawy, zbliżając się to do jednego, to do drugiego brzegu. W bursztynowo mętnej wodzie, nie widać mielizn i trzeba mieć całą nawigację w głowie. Tylko raz musimy zatrzymać się przy brzegu, bo śruba ewidentnie ucierpiała na kamieniach. Po kwadransie ruszamy dalej..

   W końcu dopływamy do obozu. Dostajemy naszą „chatę”. Jest bardzo solidnie wykonana i bardzo prosto, ale praktycznie urządzona. Mamy w niej łóżko, stolik, prostą łazienkę.. zamiast żarówki – świeczki. Na podeście wokół chaty, pod dachem są zawieszone hamaki. W obozie jest też jedna chata wspólna, w której spotykamy się na posiłki. Rytm dnia wyznaczają wspólne śniadania, obiady i kolacje, po których odbywają się krótkie „odprawy”. Każda dwójka, czy trójka turystów ma swojego przewodnika, z którym omawia to, gdzie za chwilę się uda – na który szlak i co będą na nim robili. Przewodnicy dzielą między sobą ścieżki tak, żeby nie prowadzić na nie więcej niż jednej grupy podróżników. Wszyscy mają wtedy wrażenie, że są w dżungli sami. A i las i zwierzęta nie są w ten sposób nadmiernie niepokojone. Wokół obozu znajduje się kilka szlaków. Wszystkie wychodzą z niego i po kilku kilometrach wracają koliście, po drodze w kilku miejscach krzyżując się ze sobą. Tych pięć dni jest optymalne, żeby je wszystkie zobaczyć i żeby jednocześnie szlaki nie zaczęły się powtarzać.

   To zaskakujące, ale ważniejszym od całej dżungli okazuje się nasz przewodnik. Albo też można powiedzieć, że stanowią dla siebie komplementarne dopełnienie.. Jedno bez drugiego nie mogłoby istnieć..? 🙂 Cheo to cała osobna opowieść. Te pięć dni spędzamy praktycznie w jego towarzystwie. Dwa lub trzy razy w ciągu dnia wychodzimy na długie wędrówki. Niezwykły, 29-letni Boliwijczyk.. niezwykły, bo tchnie od niego jakiś niesamowity wewnętrzny spokój.. życzliwość.. i życiowa mądrość.. zupełnie, jakby tych lat miał z pięćdziesiąt.. Artysta.. z naturalnych materiałów, których dostarcza las, robi prawdziwe cudeńka. Kiedy słyszy moją opowieść, że nie mam (nie pamiętam..) snów, robi dla mnie z liany i sznurka prosty „dream catcher” 🙂 Jego „łapacz snów” wisi dziś na ścianie w moim domu na honorowym miejscu. Mamy w dżungli sporo czasu na długie wspólne rozmowy. On mówi o sobie, my o nas.. Opowiada nam historie ze swojego życia – aż trudno uwierzyć, że ma dopiero 29 lat.. Pokazuje nam i opowiada ciekawe rzeczy o roślinach, które mijamy na każdym kroku.. o ich medycznych – i nie tylko – zastosowaniach.. Mamy możliwość zobaczenia np. pnączy Ayahuasca w naturze..

   A przyroda..? Sami Indianie mówią nam, że przyjechaliśmy w nietypowym okresie. Jest za gorąco nawet dla nich. W trakcie spacerów zaskakuje nas np. to, że jak w polskim lesie pod nogami chrzęszczą suche liście. Dopiero kiedy trzeciego dnia zaczyna padać i leje przez całą noc, dżungla upodobnia się do samej siebie 🙂 Ale i tak nie musimy chodzić w gumowcach, więc jest to ewidentnie pora sucha. Z powodu tej temperatury i szeleszczących liści trudno jest trafić w lesie na jakieś zwierzęta. Nasz Cheo dwoi się i troi, żeby pokazać nam jak najwięcej tutejszych mieszkańców. Co chwila odwraca się do nas, gestem pokazuje, żebyśmy szli jak najciszej. Urządzamy wtedy „podchody” tak, żeby z jak najmniejszego dystansu zobaczyć np. małpy. Chociaż te – buszując wysoko w koronach drzew – najlepiej wychodzą na zbliżonych z pomocą teleobiektywu zdjęciach 🙂 Przez tych kilka dni na naszym szlaku udaje nam się zobaczyć mrówkojada, który nas nie wyczuł, żółwia mającego na skorupie ślady po pazurach jaguara, leżącego na ścieżce niejadowitego węża, gigantyczne mrówki wielkości palca, czy niebieskie motyle morpho. Czasem odwrotnie – nie my znajdujemy zwierzęta, ale one szukają kontaktu z nami 🙂 Niezapomniany zabawny incydent, kiedy to podczas poobiedniej sjesty wparowuje do naszej chaty zwalisty tapir. Kamila piszczy, ja bohatersko staram się wypchnąć 200-kilową kreaturę z naszego domku. Nie zapomnę bezpośredniego kontaktu – zwierzak ma tak twardą skórę na zadzie, jakbym dotykał deski z sierścią. Zanim daję radę go wypłoszyć, zżera nam zapas świeczek 🙂

   Oprócz kontaktu wzrokowego ze zwierzyną jest też mnóstwo dźwięków, które uczymy się rozpoznawać. Do zabawnych należy odgłos ping-pong’a 🙂 Słychać w lesie dźwięk, do którego wyobraźnia podpowiada dwóch ping-pong’istów odbijających piłeczkę przy stole.. pik.. pok.. pik.. pok.. niesie się echem.. Na nasze pytanie „co to?” Cheo odpowiada, że to stado żerujących świń – rozgryzają swoje ulubione orzechy. Mimo tego, że już wiadomo o co chodzi, dźwięk jest tak łudząco podobny, że nadal słychać ping-pong’istów 🙂 Raz udaje nam się nawet zobaczyć z pewnej odległości tych tenisistów stołowych w akcji – stadko, które wyszło do wodopoju 🙂 W miejscu zwanym El Mirador. Orzekliśmy z Kamilą, że w takich okolicznościach przyrody można by wybudować swój dom.. Podczas jednej z wędrówek Cheo wyprowadził nas na wysoki lessowy klif, z którego mieliśmy możliwość podziwiania zakola rzeki – szliśmy lasem nie spodziewając się takiego widoku, aż nagle doszliśmy do krawędzi lasu dokładnie w miejscu, gdzie poniżej rzeka zdecydowała się zrobić jedną ze swoich pętelek.. A dalej za nią morze zieleni, a w oddali wzgórza.. Taki widok można by mieć codziennie pijąc poranną kawę.. A poniżej dodatkowo dzikie świnie grałyby w ping-ponga.. 🙂 Jeśli o przyrodzie jeszcze.. to niekwestionowanym królem tej przyrody jest tutaj Mapajo (czytaj: Mapaho) – olbrzymie drzewo o charakterystycznym pniu, które u podstawy rozszerza się, tworząc wykroty, w których spokojnie może schować się cała sylwetka człowieka. W drzewach tych mieszkają – według Indian – duchy niezbyt przyjazne ludziom. Z tegoż powodu miejscowi traktują je z dużym szacunkiem i rezerwą.

   Oprócz wszystkich zaplanowanych na te pięć dni aktywności wydarza się też nam jedna zupełnie niezaplanowana 🙂 Jak zwykle po krótkim poobiednim odpoczynku wychodzimy po raz kolejny na ścieżkę z zamiarem przejścia kilku kilometrów. „Ścieżka” jest tutaj dosyć umownym pojęciem. Czasami faktycznie jest wydeptana, ale czasem jest dostępna tylko dla oczu przewodnika, który widzi w tym zielonym matrix’ie zupełnie co innego, niż my. Czasem ścieżkę zagradza zwalony pień, trzeba wtedy poszukać, gdzie po prawej lub po lewej jest jej kontynuacja, czasem ludzka ścieżka krzyżuje się z tą, którą wydeptały sobie zwierzęta i trzeba cały czas zachować czujność, żeby nie zboczyć z obranego kierunku. W niektórych wątpliwych miejscach przewodnicy stawiają tabliczki-drogowskazy, żeby potwierdzić kierunek, zwłaszcza dla tych, którzy pracują od niedawna w Madidi, jak np. nasz Cheo.. Idziemy więc ścieżką, której nigdy jeszcze Cheo do końca nie przemierzył. Jak zawsze, na wszelki wypadek chłopak zostawia co jakiś czas znaki swoją maczetą – jak mówi: „nawet jeśli jesteś pewien, że nie pobłądziłeś – zostawiaj znaki.. nie wiadomo, jak sytuacja będzie wyglądała za moment..”. Robimy postój przy jednym z takich drogowskazów – odeszliśmy od obozu już jakieś trzy kilometry. Od tego miejsca, zdaniem Cheo, ścieżka powinna zawracać powoli w kierunku obozu – po kolejnych trzech kilometrach powinniśmy do niego dotrzeć.. Idziemy.. Cheo jak zwykle stara się nam wystawiać zwierzęta.. podchodzimy małpy.. właśnie tu spotykamy żółwia, który ma na skorupie wyraźne ślady pazurów. Cheo opowiada, że jaguary bardzo lubią żółwie mięso. Nawet kiedy żółw schowa się w skorupie, mają technikę uderzania w tylną część skorupy tak, żeby wystraszony żółw wystawił głowę, a wtedy już po nim. Ten nasz widocznie wytrzymał wojnę nerwów, bo skończyło się na śladach pazurów na pancerzu. I tak idziemy w kierunku obozu.. Kamila, która zawsze idzie druga zaraz za Cheo, podobno wcześniej zorientowała się, że „coś jest nie tak”. Nasz przewodnik, który zawsze dbał o to, żeby nie zostawiać nas w tyle – uwzględniał naszą kondycję – teraz wyraźnie zaczyna coraz częściej wyprzedzać nas, jakby chciał szybko coś z przodu sprawdzić.. potwierdzić. Zaczyna się przedwieczorna szarówka – która, wiadomo, trwa tu niezwykle krótko. Kiedy słońce już zdecyduje się zajść – rach-ciach, robi to błyskawicznie. Tak więc Cheo coraz częściej zostawia nas z tyłu, idzie coraz szybciej, zostawia coraz więcej znaków – brutalnie ścinając już nawet młode drzewka, nie tylko robiąc draśnięcia na korze dużych drzew. Teraz i ja widzę, że nasza ścieżka zniknęła i.. zgubiliśmy się. Od naszego ostatniego postoju przeszliśmy pewnie jakieś dalsze dwa kilometry. Tu Cheo postanawia nas wtajemniczyć w naszą sytuację – w miejscu naszego ostatniego postoju tabliczka-drogowskaz musiała być „przekręcona” i wskazała nam niewłaściwy kierunek. Musimy koniecznie do niej wrócić. Ale pierwsze co teraz robi, jest zaskakujące.. 🙂 Usadza nas na zwalonym pniu i mówi, że musimy zebrać myśli. Zapala szczapkę drzewa palo santo, tłumacząc, że to najlepszy sposób na uspokojenie się i dostrojenie do Dobrej Fali. Mówi też coś, czego na szczęście Kamila nie usłyszała już: „jeśli zapadnie zmrok, nie będziemy mogli iść dalej – w załomach Mapajo zbuduje dla nas prowizoryczny szałas i w nim przeczekamy noc. O świcie bez problemu znajdziemy obóz”. Moja pamięć od razu przywołuje dzisiejszą opowieść – nomen-omen o tym – jak to Mapajo doskonale nadaje się na kryjówkę, bo przynajmniej z trzech stron człowiek jest osłonięty przed atakiem jaguara. W szarówce zaczynamy pospieszny odwrót. Cheo zrobił tego wieczoru coś, co do dzisiaj zostaje dla mnie zagadką. Jak na podstawie nadłamanych gałązek i rys na korze można przez dwa kilometry znajdować drogę. Mam wrażenie, że on pamięta sekwencję tych śladów, bo czasem zatrzymuje się, rozgląda i mówi, że szuka czegoś konkretnego. Po chwili znajduje swoją poszukiwaną gałązkę, czy ślad na korze i dalej biegniemy. Kiedy dopadamy do znajomych rozstajów jest już ciemno. Stąd Cheo postanawia jednak iść dalej – ścieżka jest dla niego widoczna. Wokół nas latają dziesiątki małych świetlików, a my dodatkowo staramy się oświetlać drogę – ja małą ledową latarką, a Kamila i Cheo telefonami. Jakieś sto metrów przed obozem, znajduje nas ekipa ratunkowa – pozostali przewodnicy, którzy zorientowali się, że nasza trójka nie wróciła na kolację.. Na szczęście nasza przygoda dobrze się kończy – mamy szansę zjeść kolację w naszej jadalni, wykąpać się w naszej łazience – nie musimy, zgodnie z tym co mówił Cheo, budować szałasu w załomach Mapajo.. 🙂

Przyznaję się bez bicia, że biegnąc z latarką po ciemku, patrząc na latające świetliki, pozwoliłem przemknąć przez głowę myśli: „Ekstra! 🙂 będzie co opisać na Viajero.. :)”

P.S. Cheo – tęsknimy za Tobą i wspominamy Cię często.. Można powiedzieć, że w równym stopniu tęsknimy za Tobą, co za Dżunglą..

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Kamila:

   (w przygotowaniu)

Tags:

Dni 9-10 i 17 – 16-17 i 24 października – La Paz cz.1 i cz. 2

   

Paweł “Viajero”:

   Siadamy z plecakami na głównym skrzyżowaniu Copacabana. Co godzina ruszają stąd zielone autobusy firmy „Oltursa”. Nie sposób je przegapić – kierowca gardłowym głosem wykrzykuje kierunek, w którym będzie jechał: „para La Paz! para La Paz!! para La Paz!!!”. Kobiety w kapeluszach z tradycyjnie związanymi na końcu warkoczami, niektóre z wplecionym w każdy z nich eleganckim pomponem, meloniki i barwne pledy na plecach – to wszystko stanowi o urokliwym kolorycie. Podróżni, którzy zaraz wsiądą do autobusu, zaopatrują się w prowizorycznym stoisku w napoje na drogę – butelki z wodą, kolorowe napoje gazowane. Można też wypić na miejscu „oranżadki” rozlewane do plastikowych kubeczków. Klimat naszego niegdysiejszego stanowiska z saturatorem. No może warunki higieniczne na odrobinę niższym poziomie.. 🙂

   Jedziemy wzdłuż brzegów jeziora. Copacabana leży na dużym półwyspie wcinającym się głęboko w wodę i dzielącym prawie w tym miejscu Titicaca na dwie części. I właśnie z tym „dzieleniem” związana jest zabawna historia. Po trzech kwadransach zatrzymujemy się w małym miasteczku. Miejsce wygląda jak targowisko nad samym brzegiem jeziora. Pasażerowie leniwie wysiadają z autobusu – pewnie chwila postoju dla kierowcy. Nie chcę mi się wychodzić, Kamila idzie rozprostować nogi. Oprócz mnie w autobusie zostaje tylko jedna bardzo sędziwa Indianka. Kierowca zamyka drzwi i uruchamia silnik. Wykonuje kilka manewrów – pewnie chce zaparkować w cieniu, myślę. Ale nagle ku mojemu zaskoczeniu autobus wjeżdża na prom. „Prom” to za dużo powiedziane, wjeżdża na płaskodenną drewnianą łódź niewiele większą od autobusu. Wysoki pojazd nabiera całkiem niezłego przechyłu – to w jedną, to w drugą stronę. Płyniemy.. No tak.. przypomniałem sobie jeden z wpisów na Tripadvisor. Połączenie promowe skracające drogę w kierunku La Paz w miejscowości Tiquina – „pasażerowie muszą przepłynąć tę drogę łodziami, autobusy pokonują ten przesmyk na promie”. Kamila będzie musiała popłynąć łodzią – musi zadbać o siebie, skoro już doszło do rozdzielenia. Nie mogę nic już teraz zrobić będąc na środku jeziora. Jeśli Kamili nie uda się przeprawa – cóż, będę musiał wysiąść z bagażami i zaczekać na nią. Może Kamila opisze to w swojej części, jeśli nie – dopowiem to za nią. Sprawa bardziej się skomplikowała, bo Kamila akurat nie miała grosza, czy też centavo przy duszy. Nie mogła więc popłynąć łodzią, za którą trzeba dodatkowo zapłacić. Ubłagała więc kierowcę autobusu, żeby mogła ukradkiem – wbrew oficjalnemu zakazowi – płynąć na promie obok autobusu. Z powodu zakazu nie chciał jej też wpuścić do środka pojazdu. I tak płynęliśmy obok – ja myśląc, że Kamila płynie gdzieś łodzią, ona wiedząc, że jest bezpieczna, a ja jestem kilka metrów od niej w autobusie 🙂

   Po godzinnej jeździe autobusem wzdłuż brzegów ostatecznie rozstajemy się z Titicaca. Krajobraz jest nadal suchy, niegościnny. Przyroda zdaje się dawać do zrozumienia, że nie warto zapuszczać się w te okolice. Wbrew temu, co jakiś czas na trasie mijamy biedne miasteczka. Osady bez chodników, z rozkopanym asfaltem, czy wręcz ulicami tylko z ubitej ziemi. Domy z dużej czerwonej cegły z prętami sterczącymi z ostatniej niedokończonej kondygnacji. Uliczne stragany, na których gospodynie mogą kupić mąkę wprost z worków, wielkie butle z olejem i inne podstawowe produkty. Po jakichś dwóch godzinach pasażerowie zaczynają wysiadać na kolejnych „przystankach”. Przejeżdżamy teraz przez mieścinę, która wygląda jeszcze gorzej, niż te mijane po drodze. Dopiero, kiedy po prawej stronie drogi pojawia się widok kotliny z panoramą olbrzymiego miasta, orientujemy się, że przejeżdżamy przez El Alto – najuboższą dzielnicę La Paz. Wrażenie jakie sprawia, jest wręcz przygnębiające – jakbyśmy chwilami znajdowali się za więziennymi murami..

   Autobus ma zatrzymać się przy dworcu autobusowym – w miarę w centrum miasta. Mamy stamtąd opracowaną drogę do Plaza San Francisco. W jego okolicy znajduje się tzw. Mercado de Las Brujas (Targ czarownic), a w jego pobliżu okolica, w której podobno jest sporo hoteli i hosteli dla „plecakowców” – tam zamierzamy znaleźć lokum dla siebie. Autobus zatrzymuje się na końcowym przystanku. Budynek, przy którym stajemy, pasuje do „rysopisu” dworca autobusowego, ale szybko okazuje się, że to stacja kolejki linowej. Plan wziął w łeb – nie wiemy, gdzie jesteśmy, jak daleko stąd do Plaza San Francisco – musimy skorzystać z taksówki. Udaje się nią dojechać do placu – nawet nie było tak daleko. Zostawiam na nim Kamilę z plecakami, a sam wyruszam na poszukiwanie optymalnego lokum – w znośnej cenie, ze znośnymi warunkami. W kilku hotelach – ceny za wysokie, w jednym hostelu cena w porządku, to znowu pokój ciemna norka z niezmienioną pościelą. Dopiero po jakimś czasie trafiam do małego hoteliku przy uliczce prowadzącej schodkami pod górę. Za drzwiami patio oświetlone przez mleczny szklany sufit i trzy piętra schodów, galeryjek z wejściami do pokojów. Dogaduję cenę i wracam po Kamilę. Pokój jest duży, ale do luksusu mu daleko – nie ma okna, trochę zatęchłe powietrze, a sanitariat nam się co chwila zapycha. Dzięki sporym rozmiarom, lustru z finezyjnej oprawie i kanapie ze starodawnym obiciem uzyskuje przydomek „apartament Paderewskiego”. Dwie noce jakoś się tutaj przemęczymy 🙂

   Tego dnia spacerujemy głównie w okolicach placu i Mercado de Las Brujas. Targ czarownic trochę rozczarowuje – zgrupowanie kilkunastu straganów pod niebieskim brezentem, głównie wzdłuż ulicy Santa Cruz. Przy każdym straganie stara Indianka. Na straganach zasuszone embriony lam, których używa się ponoć jako talizmanów na szczęście – np. wmurowując je w fundamenty nowobudowanego domu. Oprócz tego zioła, herbaty, szczapki drewna palo santo i tysiące innych „czarodziejskich” drobiazgów. Jako, że Mercado przyciąga turystów, to w jego okolicy zgromadziły się też sklepiki z pamiątkami, instrumentami muzycznymi, tekstyliami z wełny lam. Kamila ma stąd magnesik z laminowanego liścia koki z napisem Boliwia 🙂 Z ciekawostek – jak u nas prażone orzeszki, czy lody, tak w La Paz na każdym kroku można kupić chrupki kukurydziane, które sprzedawcy sprzedają wprost z wielkich worów lub zwykłych taczek. Za kilka Bolivianos można kupić sobie plastikową torbę pełną chrupek w różnym wydaniu – na słodko, na słono, na-jakoś-tam-jeszcze.. 🙂

   Pisać.. nie pisać.. zastanawiam się. Ta awantura mogła się przydarzyć w dowolnym miejscu na Ziemi, może więc nie być interesująca, jeśli ktoś czyta ten post w poszukiwaniu informacji o Boliwii.. ale niech tam.. Jest noc.. ta pora.. w której człowiek przebudzony, nie wie, jak dawno zasnął – czy było to przed chwilą, czy też może już świta. Ten człowiek nie za bardzo nawet pamięta, gdzie jest.. gdzieś poza czasem i przestrzenią. W ten stan wdziera się uporczywe pukanie.. coś jakby ktoś po nocy uparł się, że będzie zamiatał zamaszyście podłogę, nie bacząc na to, że co chwila rąbnie z rozmachem szczotką o ścianę.. Na miły Bóg.. dlaczego on zamiata podłogę w środku nocy. Może uda się jakoś wrócić w sen puk.. puk.. Ciężko będzie puk.. puk.. Już na moment udaje się odpłynąć.. i znowu puk.. puk.. puk.. Wygląda to już jak zabawa w kotka i myszkę.. jakby złośliwie czekał, aż prawie uda się zasnąć i wtedy znowu puk.. puk.. puk.. Wściekłość zaczyna wzbierać we mnie.. „w kotka i myszkę.. ze mną..??” puk.. puk.. „Sprzątać w środku nocy.. na złość.. wprost nad moją głową..” puk.. puk.. „Do k… …!!!” Zrywam się z łóżka.. Kamila też nie śpi – „daj spokój”, mówi. Nie odzywam się tylko wciągam w pośpiechu spodnie – na bosaka, bez koszulki, w samych spodniach biegnę jak taran nabuzowany na pierwsze piętro. Wprost nad nami jest pokój, w którego w oknie wychodzącym na korytarz widać mdłe światło, słychać w nim cichutko grające radio. Tylko tu może się znajdować ten uporczywy „sprzątacz”. Bez namysłu walę do drzwi – już ja ci pokażę szczotką walenie w nocy środku. Nikt nie odpowiada – pukanie ustało. Nie wytracając impetu łapię za klamkę i pcham drzwi, w tym momencie czuję, że coś stawia mi słaby opór od środka. Rozjuszony oburącz pcham drzwi i wywalczam sobie większą szczelinę. I cóż w niej widzę? Wątły opór stawia mi od środka krępy nagi Indianin krzyczący teraz na widok rozjuszonego białego „que pasa!? que pasa!?” (co się dzieje!?). W łóżku po lewej stronie chichocząc zakrywa się kołdrą naga indiańska squaw. Zapominam na moment wszystkie języki świata – jedyny, w którym jestem w stanie dokonać pełnej ekspresji stanu mych emocji, to mój język ojczysty. Puszczam więc w kierunku Indianina niechlubną wiązkę przekleństw, w której daję mu do zrozumienia, że jak jeszcze raz puknie, to spotka go los straszny. Wyładowany wracam do pokoju. Ciężko było prawdopodobnie dokończyć dzieła bezszelestnie, ale już więcej tej nocy nie zakłócało nam spokoju „pukanie szczotką”.. 🙂

   Po burzliwej nocy dzień zaczynamy poszukiwaniem produktów spożywczych – skończyły nam się zapasy żywności. Przy samym placu odkrywamy Mercado Lanza, zadaszoną wersję placu targowego, który na trzech poziomach mieści dziesiątki blaszanych „szczęk” – stoisk, w którym znajdziesz wszystko. A na pewno wszystko to, co nam podróżnikom potrzebne do życia: pieczywo, ser, pomidory, cebula, owoce etc.

   Na pewno największą atrakcją tego dnia w La Paz jest wjazd kolejką górską łączącą dół kotliny z dzielnicą El Alto. Do stacji kolejki idziemy na piechotę – niełatwo spaceruje się po La Paz, prawie wszędzie jest pod górę 🙂 Docieramy do eleganckiego budynku stacji – tego, przy którym wysadził nas autobus z Copacabana. Kolejka nadziemna w La Paz to prestiżowy projekt, w który zaangażował się sam prezydent kraju Evo Morales. Podniebne metro, które ma rozwiązać problemy komunikacyjne miasta. Faktycznie, zamiast wjeżdżać w korkach ponad godzinę ulicami wspinającymi się po zboczach kotliny, można w parę minut wjechać czerwoną linią z samego jej dna do płaskowyżu El Alto, na którym znajduje się np. lotnisko. Kupujemy bilety i wsiadamy do czerwonego wagonika. Z naszego punktu widzenia – szkoda, że podróż trwa tak krótko. W dole miasto.. w pewnym momencie wzrok przyciąga regularna zabudowa, cały „kwadrat” wypełniony podłużnymi kilkukondygnacyjnymi budynkami z jednakowymi dachami. Przy dłuższej lustracji, okazuje się, że to cmentarz. Na kilku kondygnacjach równo stojących budynków zamiast okien i drzwi, wnęki z kwiatami, za którymi znajdują się zamurowane prawdopodobnie urny z prochami. Całe duże „osiedle” tych, co odeszli – Cementerio General.

   Na samej górze znowu elegancka stacja, budowana z aż za dużym rozmachem. Widać, że to pokazowy projekt, który ma promować Boliwię, jako państwo rozwijające się i aspirujące do nowoczesności. Na górnym „pokładzie” budynku punkt widokowy, gdzie z wysokości 4150 m. n.p.m. można podziwiać olbrzymią panoramę miasta. W sumie to najlepsze chyba co La Paz ma do zaoferowania – widok ośnieżonych szczytów i miasto wypełniające prawie po brzegi kotlinę. Z daleka wygląda to wszystko całkiem urokliwie. Chociaż z drugiej strony, jak napisał kiedyś mój Kolega o fawelach w Rio de Janeiro.. wygląda to trochę, jak “ludzka pleśń pokrywająca piękny krajobraz”.. Tak – można w tym zobaczyć i jedno i drugie..

Po zjechaniu z powrotem do kotliny robimy rekonesans na dworcu autobusowym. Znaleźliśmy na mapie, gdzie znajduje się ów „dworzec autobusowy”, przy którym miano nas wysadzić w drodze z Copacabana. Faktycznie, jest niedaleko. Chcemy sprawdzić, jak wygląda sytuacja z biletami na trasie La Paz – Uyuni. Kiedy wrócimy za kilka dni z dżungli naszą kolejną destynacją będzie pustynia solna Salar Uyuni. Chcemy sprawdzić, czy można bez problemu kupić bilety na ten sam dzień, czy powinniśmy kupić je teraz z kilkudniowym wyprzedzeniem. Jest wielu przewoźników, na tablicach reklamowych trzeba szukać tras, na których jeżdżą. Po krótkim wywiadzie w kilku kasach mamy pewność, że zakup biletów na ten sam dzień nie stanowi problemu. Wrócimy tu zatem za kilka dni.

   Kolejny nocleg – już bez żadnego „pukania szczotką”. Następnego ranka udajemy się taksówką do kolejki Teleferico. Wczoraj to wymyśliliśmy, kiedy podróż kolejką do El Alto zajęła nam kilka minut – zamiast wstawać dużo wcześniej, przepłacać taksówkę do El Alto, polecimy kolejką, a tam zrobimy krótki kurs taksówką. Wjeżdżamy.. Jeszcze w wagoniku pytamy współpasażerkę, ile może kosztować taksówka z El Alto na lotnisko. Elegancka starsza pani – okazuje się, że ona również jedzie na lotnisko – sama proponuje nam podzielenie się kosztami. Bierzemy wspólną taksówkę i wszyscy za 30 Bolivianos dostajemy się na lotnisko.

   Na lotnisku czeka nas trochę emocji – nasz samolot spóźnia się. Kilka lotów, które najpierw są wyświetlone w naszym gate, jako następne po naszym – odprawiają się kolejno, a my czekamy.. Kilkanaście osób, które wyraźnie również czeka na lot do Rurrenabaque, jest coraz bardziej zniecierpliwionych. Godzinne opóźnienie to nie jest to najgorsze, co potrafi się przydarzyć linii Amaszonas. Na szczęście w końcu nad gate’m wyświetla się nasz kierunek i pracownik odprawy sprawdza nam karty pokładowe, a potem prowadzi nas na piechotę przez płytę lotniska do 18-to osobowego Fairchild’a Metro 23..

(Tu następuje niestandardowy przeskok w czasie – nasze przygody w dżungli zostaną opisane w następnym odcinku)

                                                   * * *

   Wracamy do La Paz z dżungli – na to samo lotnisko, z którego wylecieliśmy pięć dni temu. Razem z zaprzyjaźnionymi Anglikami spotkanymi w Madidi Jungle Lodge bierzemy taksówkę z lotniska do centrum. Jedziemy oglądając nocną odsłonę La Paz. Mimo wieczornej pory korki na Autopista La Paz – El Alto. Po tygodniu spędzonym wśród nieskończonej zieleni, ludzkie mrowisko wydaje się tym bardziej czymś nienaturalnym – przytłaczjącym i ponurym. Dlaczego ludzie chcą tak żyć jeden-na-drugim tłocząc się, jak mrówki w mrowisku. Żegnamy się z Anglikami – zazdrościmy im tego, że od kilku miesięcy znajdują się w podróży po Ameryce Południowej, a przed nimi jeszcze wielomiesięczna trasa po Australii i Nowej Zelandii. Wysiadają jeszcze przed placem San Francisco, my ponownie chcemy zanocować w jego okolicy. Na pewno nie tam, gdzie „pukają” nocami. Tym razem wybieramy hotelik, który za pierwszym razem był trochę „za drogi” – na jedną noc możemy trochę odpuścić z formuły low-budget.

   Następny dzień możemy cały poświęcić na spacerowanie po La Paz. Rano odwiedzamy betonowo-blaszany bazar Mercado Lanza i zaopatrujemy się w produkty na śniadanie. Po śniadaniu ruszamy znaleźć pocztę. To jedna z naszych ulubionych misji – znaleźć w Dalekim Świecie pocztę i wysłać pocztówki do przyjaciół w Polsce i nie tylko.. 🙂 Kupujemy kartki, znaczki i idziemy dalej na spacer, znaleźć dogodne miejsce do ich wypełnienia. Pod siedzibą Ministerstwa Pracy pokojowa demonstracja. Setki mężczyzn i kobiet z różnych okręgów Boliwii koczują pod budynkiem na okalających go chodnikach. Ludzie siedzą na ziemi, kobiety wydają jedzenie z garnków – prawdziwe „obozowisko”. Idziemy dalej, aż trafiamy na urokliwy Plaza Murillo. Tu możemy usiąść spokojnie wypełnić kartki pocztowe, ale też poprzyglądać się ludziom. Plac pełen jest gołębi, wśród których biegają beztroskie dzieci. Obok nas na sąsiedniej ławce zabawna scenka. Ławeczkę zasiedla czterech dostojnych staruszków, którzy najpierw prowadzą niezbyt ożywioną dysputę, po czy kolejno zapadają w drzemkę, żeby znowu za pół godzinki obudzić się i jakby nigdy nic, powrócić do przerwanej rozmowy.. wesołe jest życie staruszka.. 🙂

   Spacerując dalej trafiamy na jedyną zabytkową uliczkę z czasów kolonialnych – Calle Jaen. Aż dziwne, że w całym La Paz zachowała się tylko ta jedna krótka i wąska uliczka.. Skoro już tu jesteśmy, siadamy, żeby napić się kawy w jednej z kawiarenek. Potem wracamy już w kierunku poczty, gdzie ostatecznie wypełniamy naszą misję oddając kartki pani w okienku. Tutaj łapie nas popołudniowy deszcz. Nie możemy go nawet przeczekać, bo pora już żeby powoli wrócić po nasze plecaki zostawione w hotelu i udać się na dworzec autobusowy. Kiedy przechodzimy przez plac San Francisco robi nam się żal, że tyle razy przechodziliśmy obok kościoła Św. Franciszka i ani razu do niego nie weszliśmy. Wchodzimy więc chociaż na chwilę – pożegnać się z nim i z La Paz..

   A teraz w drogę.. na dworzec, znaleźć nocny autobus do Uyuni. Zmieniamy dekorację – jedziemy na kamienistą pustynię, gdzie temperatury spadają poniżej zera, a nad kolorowymi lagunami żerują różowe flamingi.. 🙂

 

Kamila:

   (w przygotowaniu)

Tags:

Dni 6-9 – 13-15 października – W drodze do Boliwii, Titicaca

   

Paweł “Viajero”:

   Droga do Boliwii zaczyna się dosyć pechowo. Nocny kurs do Puno, podczas którego kierowca autobusu – chyba z dbałości o miejscowych – włącza ogrzewanie tak, że nam na górnym pokładzie grozi upieczenie żywcem. Dodatkowo Kamila czymś się zatruła (empanadas?) i biedna spędza noc na kursowaniu między naszym górnym pokładem, a toaletą, która znajduje się na dole. Nocny koszmar wygląda na tyle dramatycznie, że oczyma wyobraźni widzę już, że zamiast porannego autobusu do Boliwii szukamy dla złożonej niemocą pokoju i łózka, a może nawet pomocy lekarskiej. Na dworcu w Puno sytuacja wiele się nie poprawia. Przybywamy o świcie i mamy około dwóch godzin na to, żeby podjąć decyzję – jedziemy dalej, czy zostajemy. Przychodzi nam koczować w niezbyt komfortowych warunkach na drewnianych, twardych siedzeniach – dopada nas zmęczenie i poranny chłód. Cały czas krąży wokół mnie naganiaczka, która koniecznie chce sprzedać mi „ostatnie bilety” do Copacabana (miasteczko nad jeziorem Titicaca po boliwijskiej stronie). Zalewaną wrzątkiem z termosu rumiankową herbatą kupowaną w dworcowym kiosku staram się ratować moją Kamilę. Przez przeszkloną ścianę na końcu korytarza widać w perspektywie jezioro i wschód słońca nad nim..

   Na nasze szczęście Kamila przy pomocy rumianku „stabilizuje się” na tyle, że bohatersko podejmuje decyzję – jedziemy. Kupuję więc szybko bilety, które – kiedy siadamy w autobusie – faktycznie okazują się ostatnimi. Przypadają nam w udziale numerowane miejsca na końcu – przy toalecie. Taki oto leitmotiv podróży Cuzco – Copacabana 🙂 Autobus jest pełen białych – tych, którzy lubią zboczyć z utartych szlaków. Boliwia nadal nie należy do zbyt często wybieranych kierunków. Najbiedniejszy kraj w Ameryce Południowej, który nie ma takich turystycznych magnesów jak Nazca, Cuzco, czy Machu Picchu. Przez dwie godziny towarzyszy nam taki sam krajobraz – płaski brzeg, wysuszona ziemia, z której wystają kępy suchej trawy, wyglądające jak czupurne fryzury chowających się pod ziemię skrzatów. Oprócz tego skrzące się błękitne jezioro, a w oddali dwa pasma gór jedno za drugim – pierwsze niższe, za nim drugie wyższe pokryte śniegiem. Wysuszony krajobraz wygląda posępnie, nie poprawiają tego wrażenia rozsiane gdzieniegdzie biednie wyglądające domostwa. Po dwóch godzinach zatrzymujemy się na granicy. Nasze bagaże przejeżdżają w autobusie, a my musimy przejść granicę na piechotę. Najpierw eleganckie imigracion po peruwiańskiej stronie, potem pas „ziemi niczyjej”, na którym kobieta pod parasolem przy drewnianym kontuarze pełni rolę kantoru „money exchange – dolar, euros, soles, bolivianos”. Potem stajemy wszyscy w kolejce do boliwijskiego urzędu w parterowym skromnym budyneczku. Kolejka przesuwa się niezwykle wolno. Jak się okazuje – nastąpiła awaria systemu informatycznego i urzędnicy przepisują część danych ręcznie na kartkach i dodatkowo wymagają ksero paszportu. Wszyscy kolejno odchodzą od okienka, żeby zrobić odbitkę w sąsiednim sklepiku. My na szczęście zapobiegliwie mamy ze sobą kilka kopii przywiezionych z Polski. W naszej kolejce głównie młodzi ludzie z Europy. Ku mojemu zdziwieniu, kilkoro stojących w niej Anglików wita się z przewodniczką – Boliwijką, która przyjechała po nich na granicę aż z La Paz. Zdziwiony o tyle, że chłopaki niby podróżują z plecakami, robią za obieżyświatów, a jednak uznali, że potrzebują lokalnego wsparcia, żeby zmierzyć się z Boliwią.. 🙂 W końcu i my dostajemy upragniony stempel w paszporcie, kłaniamy się czerwono-żółto-zielonej fladze i wracamy do autobusu 🙂 Wjeżdżamy do Boliwii..

   Copacabana – z tą brazylijską niewiele ma wspólnego. Małe miasteczko nad jeziorem Titicaca. Ani piaszczystej plaży, ani bulwaru. Chociaż ich rolę stara się pełnić kamienista zatoka z przystanią i nadbrzeżna udeptana uliczka z jednakowymi drewnianymi wiatami, które teraz w ciągu tygodnia stoją puste. Parę ulic na krzyż, w tym ta główna prowadząca od Bazyliki Matki Boskiej Gromnicznej (La Basílica de la Virgen de la Candelaria), aż do przystani w zatoce. W Bazylice słynna figura Matki Boskiej, do której pielgrzymują katolicy nie tylko z Boliwii. Nad miasteczkiem góruje wysokie wzgórze Cerro El Calvario (Góra Kalwaria). Miejscowośc od strony zatoki wygląda urokliwie – kilkupiętrowe domki pomalowane na jaskrawe kolory i drewniane pomosty na ukośnych palach, wybiegające daleko w wodę.

   Od przyjazdu do Boliwii wreszcie zaczynamy poruszać się w konwencji „nothing is booked”. To jest to, co lubię najbardziej – przyjechać w jakieś nowe miejsce i zacząć eksplorację od znalezienia dachu nad głową. Zostawiam Kamilę z plecakami, a sam udaję się na zwiad. Jeden hostel, drugi, trzeci.. W końcu nad samą wodą znajduję mały hotel, w którym cena jest akceptowalna. Mały skromny pokój pomalowany na jasnozielony kolor, skrzypiąca drewniana podłoga, drewniane łóżko, a w łazience ciepła woda. Choć z tą ciepłą wodą nie jest wcale tak łatwo.. w całej Boliwii ciepła woda – jeśli jest – pochodzi z małych elektrycznych grzałek przepływowych zamontowanych wprost w prysznicu – czy raczej bardziej precyzyjnie w „zraszaczu”. Ciśnienie wody musi być niewielkie, żeby słaba elektryczna grzałka mogła nadążyć z podgrzewaniem wody. Poza tym, jest to rozwiązanie niezwykle niebezpieczne – 220V podłączone wprost do mokrego prysznica. W niejednym pokoju po drodze kurki od wody będą delikatnie kopać prądem, albo będą okręcone taśmą izolacyjną. W pierwszym pokoju, w którym już prawie osiedliśmy rozpakowani, grzałka ewidentnie nie działa – chociaż oczywiście właściciel wkładając rękę pod wodę twierdzi uparcie, że woda jest caliente (hiszp. – gorąca). Na szczęcie udaje się wymienić pokój na ten jasnozielony i nie musimy szukać nowego hotelu. Na wyższym piętrze mamy nawet ładniejszy widok na jezioro. Kołysze się na nim mnóstwo jednakowych łodzi motorowych. Jutro wszystkie one rozwiozą zainteresowanych na pobliskie wyspy Isla del Sol, Isla de la Luna oraz po sąsiednich miasteczkach nad brzegiem jeziora. My też popłyniemy na Wyspę Słońca, żeby zostać tam przynajmniej jedną noc. Dzisiaj poświęcamy popołudnie i wieczór Copacabanie. Obowiązkowo Bazylika.. Figury nie udaje się zobaczyć – jest odsłaniana widać na specjalne okazje – ale za to pod samym kościołem tutejszy folklor. Grupa kobiet w zwykłych, codziennych strojach, które dla nas wyglądają jednak bardzo malowniczo. Właśnie dlatego nie chciałem znowu oglądać Titicaca od peruwiańskiej strony. Po pierwsze – po prostu, bo już tam byłem, a po drugie zapamiętałem „wersję dla turystów” rejsu na pływające wyspy Uros – z Indiankami ubranymi w stroje na pokaz, łodziami z trzciny, które okazały się być zrobione w środku z pustych plastikowych butelek po napojach.. No cóż, jest popyt – jest podaż.. Turyści chcą oglądać folklor – więc go dostają, w wersji przygotowanej na sprzedaż.. Na szczęście tutejsze panie pod kościołem nie mają nic wspólnego z tamtym „folklorem”. Wieczorny spacer po miejscowym targu to dla nas atrakcja. Zaopatrujemy się w najprostsze artykuły spożywcze, żeby przy pomocy mojego „scyzoryka MacGyvera” móc spreparować śniadanie, czy kolację. Na tym pierwszym w Boliwii targowisku odkrywamy np. pyszny ser – chyba z owczego mleka – słony, wyrazisty. Będziemy potem szukać go przy każdej okazji. W sklepie „ze wszystkim” udaje mi się też kupić klej, jak nasza „kropelka” – zresztą tutaj też nazywa się „Gotita” (hiszp. – kropelka). Moje buty są uratowane.. 🙂

   Rano zostawiamy plecaki w hotelu i ruszamy na poszukiwanie łodzi. Większość białych kupiła chyba gotowe „wycieczki”, które są oferowane na głównej ulicy w pobliżu przystani. Ja udałem się na negocjacje wprost z „kapitanem” jednej z łodzi. Jesteśmy jedynymi białymi na jego łajbie. Okazuje się, że miejscowa ludność też potrzebuje wodnego transportu. Płyniemy na Isla del Sol razem z kilkorgiem miejscowych. Zaczniemy eksplorację wyspy od północnej strony, gdzie są podobno niewielkie ruiny Chincana, a potem przejdziemy ścieżką Inków na południowy jej kraniec. Jeśli wyspa nas oczaruje – zostaniemy na niej; jeśli nie – a zdążymy jeszcze na powrotną łódź – wrócimy do Copacabana. Przybijamy do małej przystani – comunidad Challapampa. Kilkanaście łodzi, które przypłynęły już wcześniej stoi zacumowanych przy pomostach, na brzegu spora grupka obieżyświatów. Wszyscy obierają ten sam kierunek, ale szybko peleton rozciąga się – zależnie od posiadanej przez „zawodników” kondycji. W sklepiku zaopatrujemy się w spory zapas wody, żeby nie zabrakło nam jej w trakcie marszu przez całą wyspę. Wychodząc z osady idziemy brzegiem jeziora, Plaża, która wygląda prawie jak nadmorska, o dziwo, jest sprzątana przez miejscowe kobiety. To „sprzątanie” to być może pozyskiwanie czegoś cennego z jeziora, jedne kobiety kursują z taczkami, inne „zamiatają” coś nad samym brzegiem. Turystów żegna „pasący się” nad brzegiem jeziora, biegający swobodnie prosiak.

   Szybko okazuje się, że nie będzie łatwo. Przede wszystkim w powietrzu brakuje tlenu. Dwa kilometry od plaży do ruin Chincana będziemy się wspinali prawie dwie godziny. Noga za nogą, coraz wyżej, wydeptaną ścieżką. Wokół sucha, spieczona ziemia, chociaż jesteśmy na środku wielkiej po horyzont wody. Niebo praktycznie bez chmur, czasem tylko zostaje przegoniona po nim jakaś pierzasta formacja. Na tych 4 000 m. n.p.m. przedziwna sytuacja – z jednej strony zimny, porywisty wiatr, który przeszywa chwilami chłodem „do kości”, a z drugiej słońce operuje z taką intensywnością, że piecze w skórę, jeśli tylko na moment wiatr przestaje ją chłodzić. Z tego powodu trzeba ciągle zdejmować, zakładać polar. Zimno.. gorąco.. Chociaż potem polar zaczyna być potrzebny już z obu tych powodów – żeby osłaniać i przed zimnym wiatrem i przed niewidzialnym ultrafioletem. Na początku mijamy jeszcze przy ścieżce jakieś domostwa. Wygląda, jakby tutaj nigdy nie padało. Cegły z gliny, z których zrobione są domy wyglądają na tylko suszone, a nie wypalane. Kiedy oddalamy się jeszcze bardziej od osady, w krajobrazie – jeśli nie naga ziemia – królują już tylko suche krzaki, kaktusy i wyschnięte agawy. Potem już tylko skały.. sucha ziemia i ścieżka, która wiedzie nas w nieznane.. Wrażenie nieskrępowanej przestrzeni. Jesteśmy na środku płaskiej tafli, wyniesieni w górę przez wyrastającą z wody skałę.. Wszystko to na wysokości 4 km ponad poziom oceanów. Na bezchmurnym teraz niebie Kamila dostrzega wokół słońca zjawisko optyczne zwane halo (gr. hálos – tarcza słoneczna) – duży świetlisty pierścień wokół słońca, efekt załamania promieni słonecznych na krawędziach kryształków lodu w górnych warstwach atmosfery. Od pewnego momentu Wyspie Słońca towarzyszy przy zachodnim brzegu podłużna, samotna wyspa-skała: Isla Jochihuata. Wygląda jak przechylony lotniskowiec, który trafiony torpedą osiadł na dnie zatoki.

   Jeszcze zanim dotrzemy do ruin przechodzimy obok stanowiska La Mesa Ceremonial – kamienna płyta, jakby stół, bo podparta na czterech ociosanych głazach. Wokół niej krąg kolejnych kilkunastu sześciennych oszlifowanych bloków. Całość przypomina dziś miejsce na piknik, ale kto wie, jakich czynów było świadkiem za czasach Inków – składania ofiar..? z czego.. z kogo..? Za chwilę tu wrócimy, bo obok ścieżka rozwidla się i jedna jej odnoga poprowadzi nas na południe wyspy. Na razie drugą odnogą idziemy do ruin Chincana. Skromne – do dziś zachowały się tylko pozostałości niskich murów z trapezowatymi otworami drzwiowymi. Ułożone bez specjalnego dopasowywania. Ale w tej scenerii, po takiej długiej męczącej wędrówce wystarczą, żeby być źródłem satysfakcji – mimo wszystko dotarliśmy tu..

   Do tej pory tylko wydawało nam się, że już dużo przeszliśmy. Jednak dopiero teraz czeka nas długi marsz. Dosyć komfortowo, jeśli chodzi o podłoże. Inkowie wytyczyli bowiem drogę wzdłuż całej wyspy – prawie 10 km z północy na południe. Wyłożyli ją płaskimi, dużymi kamieniami lub wysypali mniejszymi. Dajemy się tej drodze prowadzić i co chwila zwodzić. Za każdym kolejnym wzniesieniem, kiedy wydaje się, że może teraz trasa będzie prowadziła już tylko w dół, pojawia się kolejny odcinek pnący się jeszcze bardziej w górę.. 🙂 Parę razy mijamy charakterystyczne okrągłe „chatki” zrobione z kamieni ze strzechą z wikliny. Nie wiem, jaką pełniły/pełnią rolę. Kiedy dochodzimy do południowej części wyspy – comunidad Yumani – właśnie zaczyna się ściemniać. Na pewno już dzisiaj nie odpłyniemy, zresztą wyspa urzekła nas i wcale nie zamierzamy jej jeszcze opuszczać. Zaczynam rozglądać się za noclegiem. Być może trzeba będzie zejść w kierunku przystani, a może znajdziemy coś tutaj na górze. Okazuje się, że nie ma z tym problemu – pierwszy z hosteli, krótkie negocjacje cenowe i mamy swój pokój ze „zraszaczem” z ciepłą wodą i nastrojowymi trapezowatymi oknami wychodzącymi na jezioro. Z naszego pięterka niesamowity widok na zachodzące już teraz słońce. Wygląda, jakby ten spektakl był przeznaczony tylko dla nas – dokładnie na wprost naszej werandy. Kamila fotografuje kolejne stadia tego kolorowego misterium na niebie.. Barwy się zmieniają.. ciemnoniebieski, fioletowy, różowy.. aż w końcu zostaje pas pomarańczowego pęknięcia między czernią chmur i czernią jeziora..

   Następnego ranka idziemy jeszcze dalej na południe, prawie na kraniec wyspy, gdzie znajdują się ruiny Palacio Pilkocaina. Kolejna nieduża struktura z ułożonych bez zaprawy kamieni. Z góry od strony ścieżki, którą nadchodzimy, zupełnie nie robi wrażenia – jej sklepienie zarośnięte jest trawą. Z bliska jednak zyskuje. Kamienne ściany, trochę zakamarków, parę komnat z zachowanym sufitem i te charakterystyczne trapezowate otwory drzwiowe. Miejsce w sam raz dla Indiana Jones.. 🙂

   Wracamy do Yumani. Musimy stawić się na przystani o określonej godzinie. Końcowy odcinek drogi, już w samej osadzie, pokonujemy po historycznych Schodach Inków (hiszp. – Escalera del Inca). Na samym dole ozdobione wątpliwej urody kiczowatymi pomnikami rodzeństwa: Manco Capac i Mama Ocllo – pierwszych pary Inków, którą Bóg Viracocha wyprowadził z głębin jeziora Titicaca, właśnie u brzegów Wyspy Słońca. Przychodzimy na przystań sporo wcześniej. Mamy czas, żeby przyjrzeć się okolicy. Po tej stronie wyspa wygląda dużo bardziej turystycznie. Po pierwsze, na wysokim zboczu wokół zatoczki wyrastają jak grzyby po deszczu budowane nowe małe hoteliki, po drugie – w czasie, kiedy my czekamy na swój transport, parę razy obserwujemy jak przybijają do brzegu łodzie z turystami. Indianki pobierają już na pomoście miejscową opłatę za przejście przez comunidad Yumani, sznur turystów kieruje się w górę po schodach Inków. Dobrze, że zaczęliśmy zwiedzanie od północnej strony – tam nie było tego turystycznego klimatu. Wokół biegają i bawią się małe dzieciaki. Chlapią się, łażą po błocie, wchodzą w butach do strumienia – nikt ich nie pilnuje i nie strofuje, że się pobrudzą. Obserwujemy jeszcze jedną scenkę rodzajową. Na wyspie nie ma dróg, nie ma pojazdów mechanicznych – cały transport zapewniają osły, które mozolnie na swoich grzbietach roznoszą to, co potrzebne do życia tubylcom i turystom odwiedzającym wyspę. Zanim przybędą łodzie widzimy, jak dziesiątkom zwierzaków pozwala się pić wodę z jeziora. Po czym, kiedy łodzie przypływają, wysiądą już z nich turyści, zaczyna się wynoszenie wszystkich dóbr, które przywieziono z miasta: worków z mąką, butli z olejem, zgrzewek z napojami etc. Wszystko to ludzie przenoszą najpierw na swoich plecach, potem ładują na osiołki i te dalej wiozą cały towar pod górę. Nie dziwi już, że wszystko na wyspie jest droższe, niż gdzie indziej..

   Wracamy łodzią do Copacabana. Tym razem pełną białych. Siedzimy na górnym pokładzie. Słońce w twarz i wiatr we włosach. Mnie już i tak zeszła skóra, więc nie ma obawy, że przesadzę z opalenizną 🙂 Skracam sobie podróż „podsłuchiwaniem” dwóch Hiszpanów i dwóch Brazylijczyków mówiących po hiszpańsku, którzy wymieniają się doświadczeniami z podróży po Boliwii i nie tylko. Zawsze z takich rozmów można się czegoś ciekawego dowiedzieć.. 🙂

   Spędzamy w Copacabana jeszcze jedną noc. Zmieniamy hotel na inny, żeby ograniczyć trochę koszty. Nie musimy się już cieszyć pięknym widokiem na jezioro – nasyciliśmy się nim na Isla del Sol. Sprawdzam możliwości wydostania się jutro z miasteczka. Z głównego skrzyżowania ruszają co godzina autobusy do La Paz – nie będzie więc z tym problemu. Sobotni wieczór – poznajemy trochę inne wcielenie Copacabana. Do miasta ściągają Boliwijczycy, podejrzewam, że głównie z La Paz. Nadbrzeżne drewniane wiaty okazują się jadłodajniami, ożywa kilka knajpek, okazuje się, że jest nawet dyskoteka. W weekend miasteczko bardziej zaczyna przypominać nadmorski kurort. Na szczęście my już stąd jutro wyjeżdżamy na spotkanie nieznanego – niech Boliwijczycy zostaną i cieszą się swoją fiestą.. A na niebie znowu barwny pokaz – zakotwiczone na nim chmury, zupełnie jak poniżej statki na jeziorze. Ktoś znowu podświetlił obłoki na pomarańczowo od dołu i przygląda się pewnie temu z zadowoleniem zza widnokręgu.. Czy tutaj niebo zawsze musi wyglądać tak bajkowo..?

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags: ,

Dni 4-5 – 11-12 października – Okolice Cuzco: Pisac, Urubamba, Ollantaytambo, Machu Picchu

   

Paweł “Viajero”:

   Cieszę się na ten dwudniowy wypad z kilku powodów. Po pierwsze przez dwa dni będziemy „w Drodze” – bez bazy, bez kotwicy.. Co prawda mamy zaplanowany nocleg w hostelu w Ollantaytambo, ale ściągamy tam późnym wieczorem i o świcie wyruszamy dalej na Machu Picchu. Po drugie – wszystko będzie samodzielnie zorganizowane, czyli tak, jak lubię najbardziej. Osiem lat temu wspomagałem się zorganizowaną wycieczką „Święta Dolina Inków w jeden dzień” – z autokarem i z przewodnikiem. Owszem – organizując sami, najpierw szukając, a potem czekając na lokalny transport, zobaczymy mniej. Jednak sprawdzone organoleptycznie przez lata – nic nie daje mi takiej satysfakcji, jak samodzielne zorganizowanie wszystkiego. Zbudowanie misternego planu ze skrawków informacji dostępnych w przewodnikach i Internecie: „colectivo z Cuzco do Pisac znajdziesz na ulicy Puputi.. przejazd z Pisac do Urubamba zajmie Ci godzinę.. Ruiny w Ollantaytambo zamykają o 17:00..” Przeprowadzenie „studium wykonalności”, a potem zrealizowanie planu – to kręci najbardziej. Żywioł – żywiołem, ale „kierownik wyprawy” musi o wszystko zadbać i jeszcze dynamicznie reagować, kiedy plan zaczyna się sypać. Mógłbym się tym zajmować zawodowo – tymczasem robię „dla życia” coś zupełnie innego – co prawda organizując, ale jednak zupełnie inne aspekty życia, niż podróżowanie 😉 Po trzecie – zwieńczeniem tego wypadu będzie zdobycie Machu Picchu. Jestem ciekaw wrażeń Kamili. Ja już byłem, widziałem, mam to w migawce swojej pamięci.. ale dla niej to będzie pierwsze spotkanie z – jak ją niektórzy nazywają – jedną z „czakr świata”. Właśnie z powodu Machu Picchu nasza droga do Boliwii jest trochę okrężna – lecieć z Polski kilkanaście godzin do Ameryki Południowej, być tak blisko (Boliwia) i nie zobaczyć Machu Picchu – byłoby szkoda..

   Plan na dzisiaj obejmuje dotarcie do Pisac, zwiedzanie ruin, złapanie transportu do Ollantaytambo. Nie ma bezpośredniego połączenia Pisac – Ollantaytambo, mikrobusy nie kursują tutaj na takie odległości. Ale przesiadając się w Urubamba możemy przejechać Świętą Dolinę i dojechać nią aż do Ollantaytambo, gdzie również czekają na nas spektakularne ruiny. Nie wystarczy nam czasu na zwiedzanie pomniejszych las ruinas w Q’enko, Puca Pucara, Tambomachay, Chinchero, Moray – ale za to wszystko zorganizujemy sami. Coś za coś.. Zanocujemy w hostelu w Ollantaytambo i rano o świcie pociągiem ruszymy w kierunku Machu Picchu.

   Na podstawie wskazówek z przewodnika, czy z Internetu czasem trudno jest trafić na tę właściwą materializację colectivo, autobusu czy innego środka transportu. Czasem informacje okazują się nieaktualne lub zbyt lakoniczne. Często jednak są bardzo pomocne lub wręcz bezcenne. Ktoś był, widział, sprawdził i można z tego skorzystać. Dzięki temu teraz my na azymut szukamy uliczki Puputi, żeby znaleźć colectivo do Pisac. Dziarskim krokiem idziemy przez całe Cuzco, żeby jak najszybciej zweryfikować prawdziwość „skrawka informacji”. Jeśli nie znajdziemy mikrobusów, podobno gdzieś jeszcze na Av. Tullumayo zatrzymują się większe autobusy jadące w kierunku Pisac. „Dziarskim krokiem idziemy” to znaczy ja wyrywam nieustannie do przodu, a Kamila cały czas prosi „poczekaj, nie tak szybko..” 🙂 Tym razem informacja okazuje się prawdziwa i aktualna. W willowej dzielnicy, na posesji jednego z budynków stoi mikrobus. Kierowca na nasz widok – dwie blade twarze z plecaczkami – sam woła w naszą stronę „Pisac?!”. Ładujemy się do mikrobusu. Jest już w nim sporo pasażerów. To dobrze wróży – nie powinniśmy długo czekać na odjazd. Colectivo kursują bez rozkładu. Pojazd zapełnia się – jedziemy; nie ma pasażerów – czekamy. Od razu błogosławię w myślach fakt, że jesteśmy bez naszych plecaków. Ja siedzę połową swoich czterech liter – półtora miejsca obok mnie zajmuje zwalisty Indianin wagi grubo ponad 100 kg. Kamila siedzi na rozkładanym siedzeniu w przejściu. W samochodzie nie byłoby miejsca na nasze plecaki – pewnie zostałyby przytroczone na dachu. Ruszamy – przed nami jakieś 50 minut górską drogą.

   Pisac – malutka mieścina nad rzeką Urubamba. Mikrobus zatrzymuje się przy małej uliczce. Kierowca pokazuje nam, w którym kierunku jest plac. Kilka razy w tygodniu odbywa się na nim słynny w okolicy targ. Jeszcze zanim skręcimy w kierunku mercado, jakiś señor proponuje nam taksówkę do ruin – 25 soli w jedną stronę. Pokazuje nam laminowaną kartkę, na której jest mapka, nazwy i rysunki poszczególnych ruin wraz z informacją finansową – człowiek-firma. Stanowisko archeologiczne dzieli się na ruiny wysokie (alta) i niskie (baja). Widzę, że w ramach wycieczki w 2008 zobaczyłem tylko las ruinas bajas. Kierowca proponuje nam, że zawiezie nas do ruin górnych, zejdziemy na piechotę do dolnych, z których zabierze nas z powrotem do miasteczka. Całość za jedyne 50 soli. Całkiem konkretna cena za 2 km pod górę i 2 km w dół. Halo Hombre! – przesadzasz.. Pójdziemy na rynek, tam stoi pewnie z dziesięć taksówek. Każdy taksówkarz chętnie zawiezie nas za góra 10 soli. Idziemy uliczką w kierunku rynku. Na placu pomimo tego, że to nie weekend, całkiem spore targowisko. Chociaż trochę zawiedziony spostrzegam, że jest to oferta głównie skierowana do białego turysty. Być może w sobotę jest tu prawdziwy handel – warzywa, owoce, tekstylia z wełny lam. We wtorek możemy raczej kupić tutaj pamiątkowe wersje instrumentów, szachów, makatek i innego rękodzieła przygotowanego z myślą o turystach. Atrakcją dla nas jest za to Indianka mająca w wielkim kotle kolby gotowanej kukurydzy o olbrzymich ziarnach, którą podaje z kawałkiem queso (hiszp. – ser). Wielkim rozczarowaniem zaś jest kompletny brak konkurencyjnego transportu. Na placu nie ma żadnej taksówki, mało tego – na pytanie o transport do ruin, Indianka od kukurydzy pokazuje nam ręką uliczkę, z której przyszliśmy i pyta, czy nie widzieliśmy tam firmy, której taksówkarze wożą do ruin. A i owszem.. widzieliśmy 🙁 Wracamy więc do monopolisty, nasza pozycja negocjacyjna jest słaba, wręcz żadna. Za 25 soli jedziemy do ruin górnych. Potem zobaczymy.. może na parkingu przy ruinach dolnych będzie większa konkurencja. Nie umawiamy się więc na powrót..

   Górne ruiny Pisac. Okazuje się, że osiem lat temu nie dotarłem tutaj. Zawieziono nas wtedy na dolny parking i przeprowadzono długą górską ścieżką do dolnych ruin Inti Watana z charakterystycznego kamienia w kolorze łososiowym. Tymczasem powyżej tamtych znajdują się zabudowania o różnym przeznaczeniu: mieszkalnym, militarnym i religijnym. Może nie tak spektakularne – z murami układanymi z mniejszych kamieni, nie tak pieczołowicie dopasowywanymi. Ozdobą krajobrazu i na górze i na dole są odrestaurowane terasy z czasów Inków – wyrwane górom wstęgi płaskich poletek. Przykład wysokiej kultury agrarnej tutejszych Indian. Pamiętam je z wizyty przed ośmiu laty, cieszą oko i teraz.

   Pech – kiedy zaczynamy zwiedzać ruiny zaczyna siąpić. Na początku nie wygląda to zbyt groźnie. Niektórzy z nas zakładają od razu plastikowe ponczo, niektórzy idą twardo w polarze i postanawiają przeczekać 🙂 Po zwiedzeniu części zabudowań na górze, pozwalamy się poprowadzić drodze wzdłuż zbocza. Czasem między głazami, czasem po dobudowanych drewnianych schodach, a czasem wręcz po wąskiej skalnej półce. Pod nogami kamienie ułożone jeszcze przez Inków – ścieżka wytyczona i przemierzana przez nich.. Po drodze kilka razy deszcz zaczyna już lać konkretnie. Teraz i ja zakładam ponczo. Niestety – buty i spodnie do kolan mamy coraz bardziej przemoczone. Gdzieniegdzie strzałki wskazują dalszą drogę do dolnego przystanku, ale w którymś kluczowym momencie prawdopodobnie nie zauważamy jednej z nich. Niby ścieżka dalej wygląda tak samo, ale po jakimś czasie jesteśmy już prawie pewni, że za długo nią idziemy. Cały czas nie ma dolnego postoju. Po kolejnym kwadransie w strugach deszczu mamy pewność, że został on gdzieś z boku, a my na piechotę idziemy w dół do miasteczka. W którymś momencie ścieżka prowadzi nas nawet przez zabytkowe terasy.. Pamiętam, że przemknęło mi przez myśl, że brakuje tu tylko muzyki andyjskiej dla lepszego wrażenia. I za jakiś czas.. proszę.. materializacja. Na drodze poniżej nas, przy mostku nad strumieniem, stoi samotny Indianin. Kiedy widzi dwie zafoliowane i zakapturzone postaci na ścieżce powyżej, zaczyna grać na flecie. Ha, ha.. więc to jego tutaj brakowało.. 🙂 Kiedy podchodzimy do niego, proponuje nam swoje rysunki. Niestety, w tym deszczu nie kupujemy nic od niego. Za to upewniamy się dzięki niemu, że ta droga prowadzi do miasteczka. Schodzimy dalej.. Za jakiś czas i on – widać zniechęcony deszczem i brakiem klientów – mija nas z uśmiechem, schodząc po śliskich kamieniach dwa razy szybciej, niż my. Zaoszczędziliśmy 25 soli, ale za to do miasteczka docieramy przemoczeni od butów do kolan. Docieramy na ten sam rynek, z którego rozpoczęliśmy podróż. Ponownie ratujemy Kamilę dwoma gotowanymi kukurydzami z serem. Nie ma czasu na prawdziwy posiłek. Trzeba znaleźć miejsce, skąd ruszają mikrobusy do Urubamby. Sprzedawczyni pokazuje nam drogę. Znowu ta sama uliczka, na którą przyjechaliśmy z Cuzco, tyle że kilkadziesiąt metrów powyżej – w kierunku wylotu na drogę do Urubamby. Na ulicy czeka już parę osób. Z jednej strony dobrze, bo to znaczy, że mikrobusy kursują, ale z drugiej, biorąc pod uwagę mikre rozmiary pojazdów, dodatkowe osoby stanowią konkurencję dla nas. Teraz czekamy już w strugach ulewy, nie deszczu. Ciężko się konsumuje kukurydze pod osłoną foliowego ponczo.. Po kilkunastu minutach przyjeżdża mikrobus. Na szczęście kilka osób wysiada, kilka wsiada – ociekając wodą, jako ostatni wpychamy się do busa.

   Nie da się ukryć, że pogoda ma wpływ na odbiór otoczenia. Osiem lat temu w słońcu Święta Dolina wydawała się bardziej przyjazna, bardziej zachęcająca – majestatyczna. Teraz w trakcie całej 50 minutowej podróży jedziemy przez siwo-burą krainę, w całej swej objętości wypełnionej rozpyloną wodą – jakbyśmy na tych 3 tysiącach podróżowali wewnątrz chmury. Z lewej strony mamy dolinę Urubamby, a z prawej zbocza gór. Większość pasażerów podróżuje na krótsze dystanse – do Urubamby dojeżdżamy już tylko we dwójkę. Kierowca pokazuje nam, gdzie powinniśmy się cofnąć, żeby złapać colectivo do Ollantaytambo. Mamy niesłychane szczęście, bo przestaje padać. W Urubamba jest „terminal” z prawdziwego zdarzenia – budka z biletami i snack’ami oraz kawałek parkingu, na którym stoi kilka mikrobusów. Pakujemy się do właściwego i ten prawie natychmiast rusza. Niestety marsz po śliskich kamieniach z ruin Pisac do miasteczka uszczuplił w znacznym stopniu czas, który nam pozostał. Do Ollantaytambo mamy jechać jakieś 30 min, a jest już 15:30. Zostanie nam niecała godzina na zwiedzanie ruin. Tym razem ciekawsze, niż obserwowanie widoków za oknem, jest dyskretne „podglądanie” współtowarzyszy podróży w busie.. Przypadło mi miejsce na półce za kierowcą – siedzę przodem do wszystkich pasażerów.. Wszyscy to miejscowi indigenas – dzieci wracające ze szkoły, dorośli z pracy, staruszkowie jadący do miasteczka może w odwiedziny do wnuków.. etc.

   Ollaytantambo. Czasem jedna kropla przepełnia czarę – czasem coś sklasyfikowanego przez jedną osobę jako drobiazg, jest olbrzymim problemem dla drugiej.. Tym razem mokre skarpety w butach Kamili wywołują kosmiczny kryzys. Okazuje się, że tak, jak ja np. nie cierpię, kiedy piasek na plaży klei mi się do rąk, tak Kamila nie cierpi, kiedy w jej butach chlupie woda i mokre skarpetki kleją się do stóp.. AAAAAA!!! @&^$#$!!! Mamy kryzys – Kamila odmawia zwiedzania ruin :O Jechaliśmy tu tyle czasu, mamy niecałą godzinę, ruiny widać po prawej na wyciągnięcie ręki, a my utknęliśmy na ławce na ryneczku – nie pada, ale nad nami wisi innego rodzaju „gęsta chmura”. Żeby zażegnać kryzys w pierwszym lepszym sklepie z pamiątkami kupuję szybko „skarpety z alpaki”. Pewnie są z Chin i żadnej lamy w życiu nie widziały, ale są SUCHE i to jest kluczowe. Wytarcie mokrych stóp i założenie suchych skarpet rozładowuje napięcie. Idziemy w kierunku stanowiska archeologicznego. Ollantaytambo ma do zaoferowania dwa niezwykłe widoki. Pierwszy – stań na ryneczku i spójrz w stronę ruin. Wyglądają jak olbrzymie schody Bogów na zboczu góry.. Forteca wzniesiona w połowie XV w. przez Inkę Pachacuti’ego. W 1536 roku była świadkiem zwycięskiej bitwy, która chociaż na trochę powstrzymała pochód konkwistadorów. Drugi – kiedy będziesz wspinał się po tych gigantycznych schodach, spójrz za siebie. Zobaczysz niezwykły widok doliny, która przesłaniana jest to z jednej, to z drugiej strony „kotarami” z gór. Aby widok ten był jeszcze bardziej spektakularny, dopełnia go rozłożone u stóp ruin miasteczko. Na szczycie fortyfikacji znajduje się niedokończona Świątynia Słońca, której najbardziej znanym fragmentem jest Ściana Sześciu Monolitów – gigantyczne prostokątne i trapezowate wypolerowane ściany połączone wąskimi wstawkami – jakby fugami – również z granitu. Gdyby świątynia została ukończona, być może byłaby najbardziej niezwykłą pozostałością po całej La cultura Inca..

   Po wizycie w ruinach czeka nas jeszcze wizyta na dworcu kolejowym. Osiem lat temu monopolistą na trasie do Machu Picchu były linie Peru Rail. Mimo tego, że teraz przynajmniej dwaj przewoźnicy obsługują ten kierunek, ceny biletów zostały i tak wywindowane do nieprzyzwoitych poziomów. Kurs w dwie strony kosztuje grubo ponad 100$ za osobę. Próbując ograniczyć koszty kupiliśmy bilety nie z samego Cuzco, ale właśnie z Ollantaytambo. Wsiadamy i wysiadamy w połowie drogi z Cuzco do Machu Picchu. W tę stronę jest to nam zupełnie na rękę – i tak chcemy zobaczyć tutejsze ruiny; a z powrotem obetniemy znacznie koszty, wracając busem z Ollantaytambo do Cuzco za jedyne 10 soli. Na stacji w biurze Inca Rail wymieniamy vouchery, które kupiliśmy przez Internet, na bilety na jutro, odjazd tuż po 6:00. Tuk-tukiem jedziemy ze stacji do hostelu. Po trosze dlatego, że jesteśmy już zmęczeni po całym dniu, a trochę, żeby uniknąć szukania po ciemku miejsca naszego noclegu. Na nazwę hostelu oczywiście kierowca mówi, że wie gdzie to jest.. ale po drodze pyta zaprzyjaźnionych kierowców innych tuk-tuków o hostel Las Portadas 🙂

                                                   * * *

   Październik, wysokość 2 800 m n.p.m. – okazuje się, że i wieczorem i o poranku dobrze jest mieć grzałkę i kubki. Przywieziona z Polski herbata owocowa miód-z-imbirem zostanie na długo smakiem Peru i Boliwii 🙂 Idziemy o poranku przez puste miasteczko, a potem uliczką w kierunku stacji. Po prawej stronie zatrzymuje nas piękny widok. Chyba pierwszy raz widzimy ośnieżone szczyty w Peru. Stajemy na chwilkę, żeby uwiecznić tę zaskakującą panoramę.. Budzi się życie w okolicach dworca. Będą pociągi, przyjadą turyści, przyjdą ci, którzy chcą jechać dalej do Machu Picchu, będą chcieli coś zjeść i wypić. Kupione przy stacji empanadas będą suchym prowiantem prawie na cały dzień. Kilkanaście minut przed odjazdem wpuszczają nas na peron po okazaniu biletów na poranny pociąg. Na stacji i w pociągu rzuca się w oczy przerost zatrudnienia. Wszędzie obsługa w eleganckich uniformach. Ktoś od przystawiania schodków do wysokiego wejścia do pociągu, ktoś inny od sprawdzania, czy znajdujesz się na imiennej liście.. etc. Za takie pieniądze, faktycznie, na jednego turystę mógłby przypadać nawet jeden pracownik obsługi.

   Podróż do Aguas Callentes – z biegiem rzeki z 3 300 m. w Cuzco na 2 040 m n.p.m. w Aquas Callentes nasz pociąg jedzie coraz niżej. Zmienia się widok za oknem. Początkowo całkiem podobny do jakiejś naszej doliny w Tatrach, im niżej, tym bardziej okrywa się jednak bujną roślinną szatą. A jeśli jeszcze na zboczu góry widać gdzieś charakterystyczne inkaskie ruiny, to nie sposób pomylić już tego widoku z krajobrazem Tatr. Kluczymy razem z rzeką doliną Urubamby. Od czasu do czasu z tyłu za nami widzę ośnieżone szczyty.. Po dwóch godzinach dojeżdżamy do Aguas Callentes – puebla, w którym trochę ponad tysiąc mieszkańców żyje z tego, że dzień w dzień przez cały rok przyjeżdżają tu ludzie z całego świata, żeby zobaczyć znajdujące się 9 km stąd ruiny Machu Picchu. Przez labirynt targowiska wydostajemy się z dworca na ulicę, przy której stoi długa kolejka ludzi czekających na małe autobusy wożące turystów do ruin. Za kolejne 24$ kupuje się w budce bilet i staje się na końcu tego ludzkiego węża. Kolejka ma w tej chwili pewnie z 50 metrów. Dosyć często podjeżdża kolejny bus i zabiera kolejną porcję turystów – cały przemysł, a my jesteśmy jego częścią. Alternatywą byłaby wspinaczka – google pokazuje 2 godziny 45 minut.. obstawiam, że mogłoby to zająć dwa razy tyle.. 🙂 Nie dajemy się więc ponieść ułańskiej fantazji – płacimy i czekamy na swoją kolej..

   Ruiny Machu Picchu. Już poprzednim razem wyrobiłem sobie o nich takie zdanie: nie byłyby tym czym są, gdyby nie oszałamiająca przyroda wokół. Gdyby przenieść je na skraj jakiegoś miasteczka, w płaskim krajobrazie, okazałoby się, że nie potrafią niczym zaimponować – ot kilkanaście odrestaurowanych „kamiennych chałupek” bez strzechy. Cały swój spektakularny rozmach zawdzięczają otaczającej je przyrodzie. Rozłożone na płaskim szczycie góry, częściowo na opadającym zboczu, u stóp wyższej od Machu Picchu strzelistej skały Wayna Picchu. Obie oplecione paręset metrów poniżej wstęgą zakola Urubamby. Po drugiej stronie rzeki rozpościera się rozwinięty wachlarzowato wysoki górski masyw. Góry inne od naszych – nie gołe turnie, ale masyw porośnięty ciemno-zielonym barankiem. Zależnie od pogody, pory roku, pory dnia.. wachlarz gór w pełnym słońcu lub szczyty dotykające od dołu chmur.. same zaś ruiny na tle soczysto zielonej trawy, idealnie przystrzyżonej – głównie za sprawą pasących się tutaj kilku lam 🙂 Machu Picchu – któż nie zna tego widoku. Rozpoznawalny – powielany w filmach, czasopismach, w Internecie. Każdy chyba marzy o postawieniu tutaj swej stopy.. Nam się udaje. Zabieramy ze sobą tę migawkę.

   Odstawszy w długiej kolejce do powrotnego busa, zjeżdżamy do doliny i wracamy do Aguas Callentes. Zabieramy się powrotnym pociągiem do Ollantaytambo, łapiemy vana za 10 soli, który zawozi nas do Cuzco. Udajemy się po swoje plecaki. Kamila prosi jeszcze o dostęp do pokoju i kąpiel. A ja poświęcam uwagę swoim butom. Winien im jestem tę wzmiankę – wszak to buty, którym „obiecałem kurz z dróg całego świata”. Przed wylotem do Peru musiały przejść renowację u szewca, który zabezpieczył im odklejającą się podeszwę. Niestety nie dał mi już „gwarancji na zagranicę”. Zlekceważyłem to, ale zapobiegliwie zabrałem ze sobą dwa opakowania kleju „kropelka”. Buty mocno ucierpiały podczas schodzenia w strugach deszczu w Pisac. Podeszwy obu zaczynają niepokojąco kłapać. Staram się przy pomocy kropelki zreanimować je. Opakowanie kleju wystarcza na raz. Co będzie, kiedy skończy mi się druga tubka.. To trochę symboliczne – te buty zaczęły swoją historię w Peru i prawdopodobnie na Peru-Boliwii ją zakończą.. 🙂 Taksówką udajemy się na dworzec linii Cruz del Sur – mamy nocny autobus do Puno nad jeziorem Titicaca. Rano złapiemy w Puno autobus już do Boliwii.. Przygodo ahoj.. Boliwio – przybywamy do Ciebie.. 🙂

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags: