Dzień 3 – 10 października – Cuzco, Sacsayhuaman (“migawki”)

   

Paweł “Viajero”:

   Migawki mieszają się i przenikają. Te sprzed ośmiu lat i te obecne. Cuzco – Plaza de Armas, Qorikancha. stare kolonialne kamienice, Sacsayhuaman w słońcu w 2008 i Sacsayhuaman w strugach deszczu w 2016 – mimo, że to ta sama pora roku i miesiąc. Ale najważniejszy zapamiętany kadr z Cuzco wygląda tak: wschód słońca nad kotliną, w której rozłożone jest miasto, na zboczach morze brązowej dachówki i ślizgające się po otaczających kotlinę górach pierwsze promienie słońca – magic hour.. Cuzco – takie je zapamiętałem i takim je znajduję po raz drugi. Tym razem może nie mamy tak spektakularnych widoków z okna – mieszkamy w starej kamienicy przy wąskiej uliczce, ale za to jesteśmy w sąsiedztwie głównego placu. Grube ściany, drewniane bale w stropie, skrzypiące schody. Ciekawe, jakie czasy pamiętają te zacne mury. Nawet jeśli nie mamy takich widoków z własnego okna, to owo spektakularne morze brązowej dachówki zawsze można podziwiać na głównym placu. Z dwóch tylko stron widok przesłaniają nieco Catedral del Cuzco i kościół La Compania de Jesus. Okolice Plaza de Armas nic a nic się nie zmieniły: pięknie utrzymany skwer, ławeczki, arkady z podcieniami i mnogość sklepów z pamiątkami. Jedyną chyba nowością są Indianki oferujące wokół całego placu masaże lecznicze.. nie pytam na jakie dolegliwości 🙂

   Oprócz wczorajszego popołudnia praktycznie mamy jedynie dzisiaj na pokrzątanie się trochę po mieście – obejrzenie starówki, kompleksu świątynnego Qorikancha oraz zdobycie leżących powyżej miasta ruin Sacsayhuaman. Czeka nas też trochę zadań logistycznych – mamy napięty grafik. Do naszych „zadań” należy zakup Boleto turistico uprawniającego do zwiedzania atrakcji Cuzco i okolic, zakup biletów na lot w Boliwii (La Paz – Rurrenabaque), kupienie kartek pocztowych i wysłanie ich do kraju 🙂 Na pewno musimy też dbać przez cały dzień o odpowiedni poziom coca we krwi – to postanowienie po pierwszej ciężkiej nocy w Cuzco. Wizyta na bazarze San Pedro pozwala nam zaopatrzyć się w zapas liści na całe trzy tygodnie, a w porze obiadowej w tutejszych garkuchniach za grosik pozwala zaspokoić głód. Na bazarze San Pedro w budce z miejscowymi medykamentami kupuję też moją ulubioną esencję – Agua de Kananga. Zapach znany nam z ceremonii Kambo..

   Przede wszystkim, żeby zwiedzać Cuzco i okoliczne atrakcje trzeba kupić Boleto turistico. Za całe 130 soli można kupić bilet 10-dniowy uprawniający do zwiedzania wszystkich okolicznych stanowisk archeologicznych, ruin i muzeów. Można też kupić 2-dniowe bilety częściowe na trzy tzw. „obwody”, ale podział atrakcji na poszczególne obwody jest tak dobrany, że jeśli chcesz – jak my – zobaczyć żelazne pozycje: Sacsayhuaman, Qorikancha, Pisac, Ollantaytambo, szybko dochodzisz do wniosku, że 130 soli to i tak będzie taniej, niż 3 razy po 70 soli 🙂

   Z biletami lotniczymi La Paz – Rurrenabaque to trochę dłuższa historia. Rurenabaque to początek naszego wypadu w głąb dżungli w Boliwii. Monopolistą na tej trasie jest linia lotnicza Amaszonas. Kilka lotów dziennie małymi 18-to miejscowymi maszynami zapewnia podróżnikom możliwość dotarcia z La Paz do małej mieściny nad rzeką Beni, z której można wyruszyć do Parque Nacional Madidi. W dzisiejszych czasach, jeśli jest linia lotnicza, to bilety prawdopodobnie da się kupić przez Internet – i tak też próbowaliśmy zrobić. Zawsze jest jednak jakiś pierwszy raz. Jak kupiłem już w życiu dziesiątki biletów lotniczych, tak nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się coś takiego – podczas zakupu, przy ostatnim kroku, strona w przeglądarce „wywaliła się” z błędem „Internal server error” i zostaliśmy bez biletów, ale za to z pobraną całą kwotą z konta – wcale niemałą, z racji monopolu Amaszonas na tej trasie.. 🙂 Żeby nie tworzyć zupełnie niezdrowej atmosfery wokół rzeczonej linii, muszę przyznać, że inne bilety: Uyuni – Santa Cruz udało nam się kupić na ich stronie bez problemu. Dopiero po nieudanej transakcji zacząłem śledzić wpisy na temat przewoźnika. Okazuje się, że fora pełne są postów niezadowolonych pasażerów o tym, jak odwoływano loty, kazano płacić po raz drugi za przelot, jeśli nie mieli przy sobie karty, którą dokonali płatności oraz nie odpowiadano na reklamacje.. etc. Odwoływanie lotów było ponoć praktycznie chlebem powszednim właśnie na trasie La Paz – Rurrenabaque. Szczytem była relacja Anglików, którzy dotarli na lotnisko, dowiedzieli się, że ich lot będzie opóźniony o co najmniej sześć godzin. Kiedy po pięciu wrócili na lotnisko, okazało się, że ich samolot odleciał już wcześniej – kompletna wolna amerykanka. Nie chcąc ryzykować kolejnego zakupu przez Internet na tej trasie, postanowiliśmy kupić bilety w przedstawicielstwie Amaszonas w Peru – właśnie w Cuzco. Rzeczone „przedstawicielstwo” okazuje się małym biurem podróży, które sprzedaje bilety różnych linii – ale jest, istnieje i za gotówkę jest nam w stanie sprzedać upragnione bilety do dżungli. Później po powrocie do kraju pozostało nam już tylko dochodzenie kwoty niesłusznie pobranej z rachunku. Na szczęście zakupy kartami są ubezpieczone i organizacja VISA uznała naszą reklamację – chwała jej za to.. 😉

   Qorikancha – jak mi przenikają się migawki, tak w tym kompleksie przenika się to, co pradawne – inkaskie, z tym co kolonialne – hiszpańskie. Niegdyś monumentalny kompleks świątynny, w którym Inkowie czcili swoich Bogów – dzisiaj kościół św. Dominika. Oryginalna budowla wzniesiona z ogromnych, wielokształtnych i doskonale dopasowanych bloków kamiennych z murem o obwodzie ok. 300 metrów. Obejmowała kilka świątyń oraz główny dziedziniec pokryty złotymi płytami. Stało tu też ponoć dziesięć złotych tronów, na których spoczywały mumie kolejnych królów inkaskich. Po zdobyciu Cuzco przez hiszpańskich konkwistadorów, Qorikancha została splądrowana, a zrabowane złoto wywiezione do Hiszpanii. Jeśli tylko Hiszpanom udawało się coś zburzyć w Nowym Świecie, czynili to z pasją – starali się zniszczyć wszelkie przejawy indiańskiej kultury. Szczęśliwie kompleks – z racji swoich olbrzymich rozmiarów – był praktycznie niemożliwy do zburzenia z pomocą środków, którymi dysponowali najeźdźcy. „Obudowując go” nowymi zabudowaniami starano się go „zasłonić” i przekształcić w klasztor Dominikanów. Dzięki temu możemy dzisiaj oglądać ten swoisty mix – kolonialne krużganki wokół wewnętrznego dziedzińca wzniesione na inkaskich murach. Mury wykonane z taką precyzją, że myślę, że nawet dzisiaj przy diamentowych narzędziach do cięcia, trudno byłoby uzyskać taki poziom dopasowania granitowych bloków. Bloki łączone bez zaprawy – ze szczelinami, w które trudno byłoby wsunąć szpilkę – tworzą mur, w którym pozostawiono charakterystyczne trapezowate otwory okienne. Kiedy się ogląda te konstrukcje, nie dziwi wcale, że bywają ilustracją w materiałach – filmowych, publikacjach – w których nawiązuje się do rzekomych kontaktów minionych cywilizacji z Kosmitami.. 🙂

   Gdyby nie te 3300 m n.p.m… gdyby nie to, że w powietrzu wisi ulewa.. może nawet próbowalibyśmy zdobywać Sacsayhuaman na piechotę – to niecałe 2 km od głównego placu. Na razie tylko siąpi i w tej sytuacji decydujemy się na taksówkę. Taksówkarz złapany na Plaza de Armas należy chyba do najbardziej brawurowych przedstawicieli swojej profesji. Trasa z miasta w kierunku ruin Sacsayhuaman wspina się serpentyną po zboczu, ale jest uliczka w mieście, która pozwala skrócić drogę i dołączyć do serpentyny już w pobliżu ruin. Pewnie przesadzam, ale na moje oko uliczka jest nachylona pod kątem 45 stopni i dodatkowo jest wybrukowana kocimi łbami 🙂 Gdyby nie mżawka i gdyby nie to, że ktoś z prawej miał pierwszeństwo, nasz mistrz kierownicy podjechałby pod tę stromiznę. Niestety pech – na moment zatrzymujemy się, żeby przepuścić pojazd z prawej. Koła zaczynają się ślizgać przy próbie ruszenia. Zamiast do przodu, zaczynamy się zsuwać. Jeszcze jedna.. druga.. rozpaczliwa próba złapania przyczepności i kierowca musi dać za wygraną. Niepyszny jedzie z powrotem w dół. Myślał, że zostanie mu w kieszeni większość z wynegocjowanych ośmiu soli. Tymczasem musi jednak spalić trochę paliwa jadąc długą serpentyną aż do samych ruin.

   Sacsayhuaman – już sama nazwa brzmi jak indiańska melodia. Stanowisko archeologiczne rozciągnięte jest na dużym obszarze. Główna budowla składa się z trzech megalitycznych murów w układzie tarasowym – jeden nad drugim. Mury mają układ zygzakowaty – ciągną się na długości około 400 m. I znowu, kiedy ogląda się to miejsce – kłaniają się Kosmici 🙂 Do budowy ścian użyto ogromnych głazów dostarczonych z kamieniołomów znajdujących się podobno w odległości 15 km. Informacja ta nie robiłaby może takiego wrażenia, gdyby nie to, że największy użyty kamień ma wymiary 9 m wysokości, 5 m szerokości i 4 m grubości. Jego waga wynosi około 350 ton! W jaki sposób Inkowie transportowali te kamienie, jeśli nie znali koła, ani walców..? Pozostaje zagadką również, jak bloki o takich rozmiarach i masie były dopasowywane. O ile można jeszcze imaginować sobie, że nadrabia się brak zaawansowanego sprzętu wytrwałością – wszak można prymitywnymi narzędziami szlifować dwa kamienie przez parę lat.. 🙂 o tyle trudno wyobrazić sobie, jak można przymierzyć te głazy do siebie, czy są już dostatecznie dopasowane (przypomnijmy: „nie wciśnie się nawet szpilki..”), jeśli oba mają ponad sto ton.. Increible!

   Nieprawdopodobne też, jak nagle łapie nas ulewny deszcz. Dobrze, że uznaliśmy już, że wychodzimy z ruin. W tej sytuacji odpuszczamy wizytę pod wielką rzeźbą Chrystusa z rozłożonymi rękoma, który właśnie stąd góruje sobie nad miastem. I on i my w strugach deszczu.. Kupujemy foliowe poncza od Indianek, które nagle wyrastają z tym towarem, jak spod ziemi. I tak idziemy w dół stromym kamienistym źlebem, aż do asfaltowej serpentyny. Trafiamy od góry na tę uliczkę „45 stopni”, którą zamierzał wjechać nasz brawurowy kierowca. Z tej perspektywy taka próba wygląda równie nieprawdopodobnie, jak z dołu.

   Kiedy przestaje padać, niedaleko marketu San Pedro na placu San Francisco robimy sobie dłuższe posiedzenie. Patrzę, jak w jednym kadrze stare miesza się z nowym. Z jednej strony starsze Indianki w charakterystycznych kapeluszach z dwoma cienkimi warkoczami związanymi na plecach, z drugiej nowocześnie ubrane młode dziewczyny. Chusty w kolorach prawie łowickich używane do noszenia dzieci na plecach, nieobecność wózków dziecięcych na ulicach – kto by pchał je tak pod górę i spuszczał z góry co chwila. Stare kamienice z hiszpańskimi rzeźbionymi drewnianymi balkonami i nowoczesne terenowe samochody..

   Wieczorem narada wojenna. Namawiam Kamilę, żeby nasz następny dwudniowy rajd wykonać tylko z podręcznymi plecakami. Zostawmy – mówię – rano plecaki w hostelu. Mobilni – zwiedzimy w ciągu dnia Pisac, złapiemy colectivo przez Urubambę do Ollantaytambo, tam zobaczymy ruiny. Zanocujemy. Noce są zimne, więc do swojego podręcznego plecaka zabiorę kubki, grzałkę i herbatę – kuszę. O świcie ruszymy pociągiem do Aguas Calientes, stamtąd na Machu Picchu. Jutro po południu wrócimy do Cuzco, zabierzemy nasze plecaki z hostelu i pojedziemy prosto na dworzec na nasz autobus do Puno.. Początkowo opór.. ale Kamili udaje się go w sobie zwalczyć i bohatersko godzi się na taki dyskomfort – bez plecaka, bez „wszystkiego”.. ze skarpetkami, majtkami i grzałką na Machu Picchu.. 🙂

 

Kamila:

   (w przygotowaniu..)

Tags:

Dni 1-2 – 8-9 października – Droga do Cuzco („migawki”)

   

Paweł “Viajero”:

   Taki los „niedzielnego autora”. Znowu muszę się tłumaczyć, że „brak czasu.. praca..” i przez to opowieść z Peru i Boliwii nie dostąpi takiego poziomu udokumentowania, jak choćby opisana wcześniej Indonezja. No cóż, taki life :/ Musiałbym rzucić pracę, żeby oddać się przyjemności pisania w pełnym wymiarze – tylko z czego bym się wtedy utrzymywał.. 😉 Tak więc po raz kolejny cieszę się tym-co-jest, a skróconej formule nadaję na roboczo nazwę – „migawki”..

   Ta początkowa konstatacja ma jeszcze jeden efekt uboczny. Z jednej strony piszę „brak czasu”, „skrócona formuła”, a z drugiej strony widzę, że zbiera mi się chwilami na wspominki. Ledwo nadążając za bieżącymi wydarzeniami, mam świadomość, że nici z niegdysiejszych deklaracji powrotu do spisania wypraw 2008-2012. Chyba, że na emeryturze.. tylko, czy będę jeszcze wtedy coś pamiętał..? 🙂 W tym wspominkowym duchu wracam zatem na chwilę do magicznego momentu – 11 października 2008, wylot do Peru. Jest tam taka jedna chwila, która (oczywiście w mojej subiektywnej ocenie) wymaga „uwiecznienia”. Nie wiem, czy inni też tak miewają, ale ja mam kilka takich migawek w życiu, w których poczułem się, jak bohater powieści Coelho – to była jedna z nich..

   Z racji tego, że to prawie dziesięć lat temu i tego, że pora była niezwykle wczesna – pustki w hali odlotów na nowo otwartym Terminalu 2 w Warszawie. Żadnym kolejek.. żadnych długich węży ludzkich do stanowisk odprawy bagażu.. żadnego lotniskowego szumu i gwaru.. tylko leniwy spokój.. Znajdujemy z dwójką przyjaciół, Gosią i Sylwkiem, stanowisko odprawy – lot do Madrytu. Siedzi w nim i czeka na podróżnych młody chłopak – ubrany w służbowy granatowy garnitur, białą koszulę i wąski krawat. Dziwnie trochę wygląda w tym garniturze, bo ma długie, rozpuszczone, lekko falujące włosy i wąsik oraz bródkę a’la D’Artagnan. Uśmiecha się do nas i zaczyna: „witam Królową, Rycerza i Malarza.. dokąd Państwo lecą..”. Pamiętam, że zamurowało mnie.. co to za tekst na rozpoczęcie konwersacji z nieznajomymi o 6:00 rano..? „Królowa..? Rycerz..?” Wiem, że każdą przepowiednię i każdy horoskop można zawsze dopasować do bieżących wydarzeń, ale moje największe zdumienie budzi to, że właśnie po 40-ce zacząłem malować swoje pierwsze obrazy olejne.. „Malarz..?” 🙂 Parę razy potem, przez lata, szukałem takiego cytatu na google’u.. Może nasza trójka skojarzyła mu się z jakąś książką, filmem, kartami tarota..? 😉 Niestety wujek google nie wie nic o takiej trójce „Królowa, Rycerz i Malarz”, musiał więc to być jednak autorski tekst chłopaka z bródką D’Artagnana. O co mogło chodzić..? Kiedy za chwilę odeszliśmy od stanowiska, tylko schowaliśmy bilety i paszporty – wystarczył moment, żeby chłopak zdążył się już rozpłynąć..

                                                   * * *

   Lotniska.. nie przepadam za nimi. Spowalniają mnie w drodze do Dalekiego Świata. Ten gwar i harmider na nich panujący, środki ostrożności, odprawy, przeprawy, prześwietlenia, butów zdejmowanie, narkotyków poszukiwanie.. brrr.. Najchętniej wsiadłbym do samolotu na Okęciu i wysiadł z niego w dżungli 🙂 Bywają wyjątki od reguły. Tym razem mamy przesiadkę w Londynie, podczas której spotykamy się z Przyjaciółmi, parą mieszkającą w Anglii – Dorotą i John’em. Chwała im za to, że chce im się przejechać dokładnie przez cały Londyn, żeby posiedzieć z nami 2-3 godziny i jeszcze nas ugościć w lotniskowej restauracji. Dzięki nim przymusowe spowolnienie zostaje zamienione w miłą pogawędkę, podczas której żartem dnia staje się tekst „nothing is booked” – to od tego, że opowiadamy o tym, co zobaczymy w Peru i Boliwii, w jakich miejscach będziemy i że niemal nic „nie jest zarezerwowane” 🙂 Obok udokumentowana chwila – rarytas wydawniczy (od lewej: Paweł, Kamila, Dorota i John).

   W czasie odprawy w Londynie krótkie dodatkowe „spowolnienie”. Rodowity angielski – bywa, że sprawia kłopoty. Przez długą chwilę pani przy stanowisku odprawy bagażu tłumaczy nam, że z powodu pasków i sprzączek przy naszych plecakach nie może ich nadać na zwykłej taśmie (dziwne – u nas rozwiązaniem są plastikowe kuwety) i mówi, że musimy poszukać stanowiska (podaje numer) dla niestandardowych gabarytów. Trochę to trwa zanim oprócz „nie mogę nadać” wyłowimy jeszcze istotną resztę z jej wypowiedzi.

   Lot linią Avianca. Nie straszyłem Kamili przed wylotem, ale po kupieniu biletu Londyn-Bogota-Lima-Cuzco – w całości operowanego przez Avianca – naczytałem się sporo negatywnych opinii w Internecie na temat tej linii. Odwołane loty, zagubiony bagaż, fatalna obsługa.. etc. Nic takiego nie potwierdza się podczas naszego lotu tą drugą po KLM najstarszą (ktoś by pomyślał?) linią pasażerską na świecie. Wręcz przeciwnie, jeszcze przed wylotem ta kolumbijska linia pozytywnie nas zaskakuje. Kupiliśmy bilety na expedia.com, gdzie nie można było – akurat w przypadku tego biletu – zaznaczyć rodzaju pokładowych posiłków. Okazało się, że na stronie Avianca jest chat on-line, przy pomocy którego udało nam się porozmawiać z miłym Jose, czy Jorge – już nie pamiętam – i poprosić o wegetariańskie menu podczas wszystkich długodystansowych lotów. Jeszcze raz potwierdza się, że w Internecie piszą głównie osoby niezadowolone, których zawsze w przypadku każdej usługi jest jakiś odsetek – zadowoleni piszą zdecydowanie rzadziej.

   Lotnisko w Bogocie. Trafiamy tu w nocy, tuż przed świtem. Mało podróżnych, pozamykane sklepiki. Pamiętam z niego dwa śmieszne incydenty. Mamy ponad godzinną przesiadkę, a zostaliśmy bez wody do picia. Na szczęście w hali odlotów działa jeden kantor wymiany i na szczęście jest jeden otwarty duży sklep z pamiątkami i innymi turystycznymi różnościami. Mam w portfelu – oprócz zwyczajowej zielonej waluty – 5 euro. Myślę sobie, wymienię, kupię wodę, zostanie mi jeszcze na „drobne wydatki” w drodze powrotnej – też mamy przesiadkę w Bogocie. W końcu 5 euro to nawet więcej niż 5 dolarów – ileż może kosztować woda na lotnisku. W okienku oficjalnej wymiany pierwsze zdziwienie. Po skrupulatnym spisaniu moich danych z paszportu pani mówi coś, czego nie rozumiem w pierwszym momencie. Na migi pokazuje mi poduszeczkę z tuszem po mojej stronie szyby. Okazuje się, że na pokwitowaniu mam złożyć odcisk wskazującego palca 🙂 Wątpię, żeby prowadzili potem cyfrową bazę osób daktyloskopowanych, po cóż im więc ta sterta papierowych kwitków z odciskami.. No cóż, co kraj, to obyczaj.. Odbieram należne 15 000 pesos i udaję się do jedynego otwartego sklepu. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy okazuje się, że tych 15 000 pesos nie wystarcza na małą pepsi 0,5 i średnią wodę 0,7 🙂 I tak muszę posłużyć się dolarami i tak. Pepsi – informuje kwitek z kasy – kosztuje 1,5 dolara, woda 5 dolarów 🙂 Caaaałe 15 000 kolumbijskich pesos zostaje mi na powrotną przesiadkę. Jeszcze w Cuzco, kiedy będziemy dopijać resztki wody, będziemy żartować, że to drogocenna „złota woda” za 5 dolarów z lotniska – nomen omen – „El Dorado”..

   Droga do Limy.. to droga ponad Andami. Przyznaję się, że po tylu latach lekceważę widoki za oknem samolotu. Na szczęście jest Kamila, która wyławia dla nas takie fotograficzne perełki, jak szczyt góry wystający ponad chmury na tle innych pewnie 5-tysięczników. Widok Limy przy lądowaniu nie jest taki imponujący. Mimo południa pochmurno, szaro i buro. Wrażenie potęgują nietynkowane zabudowania tylko z rzadka w innym niż pastelowo-beżowym kolorze. Miasto na wysokim klifie, spowite mgiełką napływającą znad morza.

   Na lotnisku pierwszy z naszych zaskakujących „polonistycznych” incydentów podczas tej podróży. Pracownik migración bierze nasze paszporty i wita nas wypowiedzianym po polsku „dzień dobry”. Okazuje się, że Peru odwiedza już tylu Polaków, że miał szansę siedząc w tym kantorku nauczyć się paru zwrotów i to nie tylko tych zwyczajowych „dzień dobry”, czy „dziękuję”. Przyglądając się monitorowi mówi do mnie po polsku na przykład „byłeś dwa razy” (podczas pierwszego pobytu wyjeżdżałem faktycznie na jeden dzień do Boliwii i wracałem do Peru). Pierwszy raz tego dnia zostajemy też pochwaleni za nasz hiszpański: „na pewno mówicie lepiej po hiszpańsku, niż ja po polsku..” 🙂 Na lotnisku w Limie musimy odebrać nasz bagaż i odbyć pełną odprawę przed krajowym już lotem Lima-Cuzco. Okazuje się, że przez osiem lat zwyczaje na lotnisku w Limie zmieniły się. Podczas pierwszej podróży, pamiętam, zaskoczył mnie zwyczaj skrupulatnej kontroli kwitków bagażowych przy odbieraniu bagażu z taśmy. Całkiem uzasadniony – już pomijam aspekt uczciwości pasażerów, ale nie raz przecież zdarza się miewać rozterki przy taśmie, kiedy krążą po niej identyczne do naszej walizki, czy plecaki.

   Z ponad sześciu godzin przesiadki w Limie godzinę poświęcamy na odstanie w kolejce do odprawy do Cuzco. Potem kupujemy przedpłaconą taksówkę pod jedyny adres, który pamiętam – Plaza Mayor, por favor. Główny plac w Limie, pięknie odnowione serce Centro Histórico. Wsiadamy do taksówki, kierowca widzi, że jesteśmy bez bagażu. Przeprowadza krótki „wywiad” z nami i już po chwili wiedząc, że mamy jakieś 3-4 godziny bez planu oprócz sztandarowego „Plaza Mayor” – ma dla nas „specjalną ofertę”. Głosem przewodnika głośno i ze swadą zaczyna opowiadać, jakąż to ofertę „muy económico” ma dla nas. Mówi, że pokaże nam nadmorską dzielnicę Miraflores, potem pojedziemy do dzielnicy Barranco i przez dzielnicę Chorrillos dopiero zawrócimy w kierunku historycznego centrum. OK, raz się żyje, niech nas wiezie w ekonomiczny objazd – przynajmniej zobaczę jakieś miejsca, w których nie byłem osiem lat temu. Oczywiście drogą negocjacji pozostaje nam tylko ustalić cenę za dodatkowy objazd – gdzieś w połowie między jego ceną wywoławczą, a moimi oczekiwaniami 🙂

   Okazuje się, że bardziej niż miejsca, do których nas wiezie, znacznie ciekawsze jest samo obcowanie z tym człowiekiem. Mówi głośno i z takim gardłowym zaśpiewem trochę, jak „chłopak z Pragi”. Opowiada o sobie. Pracował wiele lat, jako przewodnik w Cuzco. Udziela nam rad „niedługo znajdziecie się na ponad trzech tysiącach metrów nad poziomem morza.. od razu idziecie na mercado San Pedro i u kobiet przy wejściu kupujecie liście coca.. pamiętajcie.. wkładacie 10-15 liści i żujecie.. wysysacie.. wysysacie.. i po parunastu minutach wypluwacie kulę liści.. zrobicie tak parę razy i po problemie.. nie będzie bolała głowa.. nie będziecie mieli mdłości.. pamiętajcie – mercado San Pedro..”. Opowiadamy i my o sobie – jest ciekawy, kim dla siebie jesteśmy, co robimy, w jakich zawodach pracujemy.. etc. No i pada drugi komplement tego dnia: „całkiem dobrze się z Wami rozmawia.. mówicie po latynoamerykańsku, nie seplenicie, jak Hiszpanie..”. My też mamy wrażenie, że dużo łatwiej go zrozumieć, niż hiszpańskiego lektora 😉 „Polak – Latynoamerykanin dwa bratanki..” 🙂 Z ciekawostek na temat Limy dowiadujemy się np. że codziennie miasto doświadcza średnio 8 mikro-wstrząsów tektonicznych. Nasz przewodnik pokazuje nam metalowe siatki pokrywające ściany stromego klifu, wzdłuż którego biegnie nadmorska arteria komunikacyjna – Circuito de Playas. Podrzuca nas w końcu do Plaza Mayor. Rozstajemy się na jakieś 45 minut przy Bazylice San Francisco – on gdzieś tu zaparkuje, my mamy czas na cieszenie się atmosferą głównego placu. Można tu obejrzeć zmianę warty pod pałacem rządowym, można zwiedzić Katedrę Limy, obejrzeć przepiękną fasadę Pałacu Arcybiskupa z hiszpańskimi drewnianymi balkonami. Ponieważ nie mamy dużo czasu, Kamila woli pokręcić się po placu z aparatem w ręku – trafiamy akurat na jakiś niedzielny festyn i paradę orkiestry wojskowej. Mieszkańcy Limy całymi rodzinami licznie w nim uczestniczą. Czas wracać do naszego taksówkarza. Przez trasę wylotową na północ kraju, a potem odbijając w Av. Peru wracamy na lotnisko. Niska, niezbyt imponująca (żeby nie powiedzieć biedna) zabudowa wzdłuż alei to – zdaniem naszego przewodnika – skupisko tutejszej klasy średniej.

   Lot do Cuzco. Znowu ponad górami. Kilka ładnych fotografii Kamili później.. podejście do lądowania. Osiem lat temu nie zauważyłem tego manewru, albo też wyjście z pasa różni się od podejścia do niego. Otóż Boeing 737, może niewielka maszyna, ale jednak 50 ton żywej wagi przelatuje mając miasto położone w kotlinie po lewej stronie. Mija je, pasażerowie przy małych okienkach nie wiedzą, że z przodu przed samolotem jest wysoka góra. Samolot pochyla się mocno na lewe skrzydło i trwając długo w tej pozycji okrąża górę. Przez dłuższy czas w oknach widać tylko zbliżenie kamienistego zbocza. W końcu wychodzi z przechyłu i okrążenia – na niewielkiej wysokości, prosto na lądowisko.. Wyrazy uznania (w skrócie „szacun”) dla pilota – manewr raczej widywany w wykonaniu małych awionetek niż dużego rejsowego samolotu.

   Wlecieliśmy na 3326 m n.p.m. bez żadnego przygotowania. Brak powietrza, zadyszka po paru krokach, w nocy bezsenność, a niektórzy z nas dodatkowo ból głowy, mdłości, szum w uszach – taki los spotyka śmiałków, którzy w ciągu doby wstaną od biurka i odważą się stanąć w wysokich Andach.. 🙂 I prawdę mówił nasz taksówkarz.. pobyt w Cuzco zaczniemy jutro od wizytacji mercado San Pedro w poszukiwaniu pań siedzących z worami liści coca.

 

Kamila:

   Nasza podróż od wyjścia z domu do postawienia nogi w docelowym Cuzco trwa około 30 godzin. Kiedyś to brzmiałoby dla mnie przerażająco i na pewno z własnej woli bym się na to nie zdecydowała.. Dziś tego doświadczam i choć zmęczenie doskwiera, cała sytuacja jest do przeżycia 🙂 Liczne przesiadki ułatwiają tą długą podróż.. można rozprostować kości, aktywować mózg zadaniami znalezienia w lotniskowych przestrzeniach potrzebnych nam punktów, no i ta niekończąca się możliwość obserwacji, jaką daje pobyt na lotnisku.. Uwielbiam lotniska 🙂 Te różnonarodowe tłumy, mieszające się języki i typy urody, walizki, stroje, po których można się domyślać, dokąd/skąd ktoś leci, można godzinami na to patrzeć.. i jeśli tylko ma się do dyspozycji wygodną miejscówkę, to czas miło płynie 🙂 Lubię też obserwować różne rozwiązania techniczne w różnych portach lotniczych, jak do odprawy, gdzie urzędnik, którędy bagaż, jak wygląda toaleta, i co jest już zautomatyzowane 🙂

   W tej konkretnej podróży fajnym wydarzeniem jest wspomniany przez Pawła lunch z Dorotą i Johnem z Anglii – spotkanie towarzyskie w trakcie podróży w Daleki Świat.. Miłe rozmowy i dużo śmiechu.. Dziękujemy i pozdrawiamy Dorotę i Johna 🙂

   To najważniejsze w przesiadce w Londynie. Dodam, że Heathrow jest wielkie i nowoczesne. A w sklepiku widzę jedne z polskich nietypowych zdrowych słodyczy (które trudno znaleźć nawet w Polsce). Przesiadka w Bogocie – staję na Nowym Kontynencie. AAaaa!! Jestem tutaj.. 🙂 Lotnisko El Dorado to przygoda z wymianą waluty, odciskami palców i ceną wody – dużo śmiechu 🙂 oraz .. moje rozdarte na tyłku spodnie – jeszcze nawet nie minęła doba, a ja już straciłam jedyne grubsze portki.. dziura jest wielka, spodnie nie-do-uratowania 🙁 Przesiadka w Limie.. Jeszcze bardziej staję na Kontynencie wychodząc poza teren portu lotniczego. Nie czujemy się świeżo i nie jesteśmy w pełni sił, ale fajnie jest objechać miasto.. Posłuchać hiszpańskiego tak blisko – nasz taksówkarz przewodnik jest super sympatyczny i ciekawy, i w krótkim czasie pokazuje nam perełki Limy.. Mamy szczęście podczas naszych podróży do taksówkarzy-przewodników 🙂 Dla mnie najpiękniejszy moment to zobaczyć Ocean Spokojny.. Nad tą wodą mnie jeszcze nie było.. i choć nie moczę w niej stopy, to i tak wydarzenie to napełnia mnie szczęściem 🙂 Odwiedzamy El Parque del Amor (Park Miłości) nad brzegiem oceanu.. z „El Beso” – wielkogabarytowym pomnikiem namiętnie całującej się pary pośrodku i z murkami wokół. Murki w stylu Gaudiego, jak w Park Güel w Barcelonie, ozdobione mozaikami z potłuczonych ceramicznych płytek. Miejsce pełne uroku. Oprócz widoku oceanu i całującej się pary przyciąga mnie mozaikowy napis „Amor es como luz” – Miłość jest jak światło.. Na Plaza Mayor wrażenie robią na mnie stroje kobiet – te typowe dwa warkocze, meloniki i falbaniaste spódnice.. Moje pierwsze spotkanie z folklorem 🙂 I oczywiście architektura, kolonialna i barokowa.. Klimat bardzo ciekawy, jak na geograficzne położenie miasta, ulice wciąż spowite mgłą, niebo zasnute chmurami, słońca nie widać, upału nie ma.. czy to wpływ oceanu..?

   Wracamy przed czasem na lotnisko im. Jorge Chaveza, trochę szkoda – można by było coś jeszcze w Limie zobaczyć, trochę dobrze – jest chwila na coś do zjedzenia.. Przy jadłodajniach straszne tłumy ludzi i dwa zadania przede mną: znaleźć wolny stolik, i znaleźć bezmięsne danie.. Paweł nie jest głodny – jak zwykle w podróży zamyka żołądek na kłódeczkę, mi burczy w brzuchu, wysyłam więc Pawła na polowanie na stolik, a sama robię obchód restauracji, odstaję w kolejce i mam swoje chińskie wegetariańskie jedzenie 🙂 zabawnie jak na pierwszy posiłek w Ameryce Południowej 🙂

   W samolotach jest ok – nasze wegetariańskie dania są smaczne, podczas najdłuższego nocnego lotu udaje się pospać, nogi nie puchną, a za dnia moje ulubione miejsce przy oknie dostarcza wielu niesamowitych wrażeń.. Widok z góry takich gór, jak Andy.. ach, coś pięknego.. całe to widoczne ukształtowanie terenu, wierzchołki wyłaniające się z chmur, ośnieżone szczyty, ta bliskość gór, do których na co dzień tak daleko.. Trudno odkleić nos od szyby 🙂 I to spektakularne lądowanie w Cuzco, z zakrętem przez lewe skrzydło, zza górskiego pasma, pas lotniska w samym środku miasta otoczonego zewsząd górami..

   Lądujemy na około 3300 m.n.p.m. – Cuzco – nasz pierwszy cel.. Można odpocząć.. Ból głowy odzywa się już na lotnisku.. Zaczyna rozsadzać skronie podczas oczekiwania na bagaż.. Potem objawy znalezienia się na tej wysokości przybierają na sile.. trudno odpoczywać.. I wyczekiwany od wielu godzin pobyt w łóżku staje się bezsenną udręką.. z zawrotami głowy, mdłościami, kołataniem serca, napadami duszności i paniki z powodu braku tlenu..

Tags:

Peru i Boliwia 2016 – Wstęp

   

Paweł “Viajero”:

   Drogi czytelniku.. usiądź wygodnie.. włącz poniższy filmik.. Od tego momentu mamy razem cztery minuty i siedemnaście sekund na przeczytanie Wstępu.. umili go muzyka.. 🙂

   Może to zabrzmi dziwnie, ale w 2008 czułem, że kiedyś tam jeszcze wrócę. „Tam”, czyli do Ameryki Południowej, a konkretnie do Peru. Niby skąd mógłbym to wiedzieć..? W tym 2008 pierwszy raz w życiu odważyłem się na coś, o czym przez dekady tylko marzyłem. Ani nie mogłem wiedzieć, że uda mi się powtórzyć kiedykolwiek w życiu jeszcze taki wyczyn – polecieć drugi raz w Daleki Świat – ani tym bardziej, że uda mi się powrót dokładnie w to samo miejsce. A jednak pamiętam wyraźnie to wewnętrzne przekonanie, kiedy na lotnisku w Limie wchodziłem po schodkach do powrotnego samolotu. Pojawiło się wtedy we mnie: „ja tu jeszcze wrócę..”. Drugi moment, w którym moje serce wyrwało się i zakrzyknęło „ja jeszcze raz tam chcę!”, miał miejsce w 2013 w małej knajpce w Copan w Hondurasie. Trzeba wiedzieć w tym miejscu lektury, że jako młody chłopak dzięki zespołowi Varsovia Manta chłonąłem muzykę andyjską. Włóczyłem się w latach 80-tych za nimi, a to po warszawskiej starówce, a to po wszystkich koncertach, jakie organizowali w domach kultury. A więc w tym Copan jadłem sobie śniadanie, kiedy nagle ku mojemu zaskoczeniu – nie jest to bowiem muzyka popularna w tamtym regionie – z głośników wysączyły się dźwięki rodem z Andów. Magiczne charango, którego krótkie struny są wprawiane w ruch dłonią udającą skrzydło kolibra, śpiewny i łapiący za serce flet quena i antara – z dźwiękiem jak dmuchanie w szyjki butelek, w innym świecie zwana fletnią pana. Wszystko to w rytmie grzechotek z muszli – chajchas. Od tego wszystkiego razem – tak charakterystycznego – serce się wyrwało „do tych gór malowanych kolorem rozmaitem.. gdzie czarno-szary kondor i lama jak śnieg biała..” 😉

   8 czerwca 2016 uruchamiam więc swoją ulubioną wyszukiwarkę połączeń lotniczych. Od wielu miesięcy przeczesuję codziennie expedia.com w poszukiwaniu biletu, który sobie wymyśliłem, tzn. lądowanie w Cuzco w Peru, a powrót z Santa Cruz w Boliwii. W 2016 pomysł na Peru jest taki: polecimy wprost do Cuzco, spędzimy tam tylko kilka dni, oglądając to, co najważniejsze w okolicy. Potem przejedziemy od razu do Boliwii. Z jednej strony oczywiście chcę jeszcze raz zobaczyć Cuzco, Sacsayhuaman, Pisac, Ollantaytambo, czy Machu Picchu i pokazać je koniecznie Kamili, ale z drugiej chcę ciągnąć jak najszybciej do Boliwii – w 2008 byłem w niej tylko przez jeden dzień oglądając ruiny Tiahuanaco. Takie bilety – lądowanie w A i powrót z B – z reguły są trochę droższe, ale w tym roku los jest wyjątkowo niełaskawy dla mnie. Normalnie już w lutym, czy w marcu bywam zaopatrzony w bilet na wrzesień-październik. Tym razem cena od początku 2016 sukcesywnie rośnie, co w połączeniu z utrzymującym się wysokim kursem dolara, czyni ją nieprzyzwoicie i nieosiągalnie wysoką.. 🙁 Przy cenie 1200-coś-$ w czerwcu (z Madrytu, nie z Warszawy) zaczynam już myśleć nawet o zmianie trasy, kiedy.. przychodzi mi jeszcze do głowy spróbować, oprócz lotów ze zwyczajowego Madrytu, różnych innych „krzyżówek”: wylot z Paryża, powrót do Amsterdamu.. odwrotnie.. wylot z Londynu, powrót do Paryża.. i jeszcze na wszelki wypadek – bez jakiegoś specjalnego przekonania – bo Londyn nie bywa najtańszy – wylot i powrót do Londynu.. „London.. 10/08/2016.. Cuzco.. Santa Cruz.. 10/31/2016.. London..” J E S T !!! Nagle cena za taki bilet staje się niższa o całą 1/3 od tych dramatycznych 1200-coś-$! Promocja linii Avianca z Londynu – nigdy jeszcze nią nie leciałem. Długi lot na trasie Londyn-Bogota-Lima-Cuzco. W powrotnym łańcuszku lotnisk zamiast Cuzco – Santa Cruz. W tamtą stronę (nie licząc Warszawa – Londyn) jedyne 23,5 h w drodze, z powrotem – bagatela – 27,5 h 😉 Ale czego się nie robi, żeby dotrzeć do Dalekiego Świata. Wpisuję więc dalej „Paweł Zalewski.. Male.. 06/12/1967.. Kamila Antonina Perkowska.. Female..”

   Lecimy z Kamilą razem już trzeci raz w Daleki Świat. Można by zacytować żartobliwe „do trzech razy sztuka” 😉 Ale uchylając rąbka tajemnicy – z perspektywy zakończonej „Peru i Boliwia 2016” – mogę powiedzieć, że nic nie wskazuje na jakiś finał tego podróżniczego duetu 🙂 Przez te trzy wspólne wyjazdy w Daleki Świat ścieraliśmy się, iskrzyli i docierali. Każdy wyłuskał z tego dla siebie – mam nadzieję – jakiś dydaktyczny pierwiastek. Każdy coś zyskał.. I jest to nieustający proces.. Mało tego, oprócz duetu podróżniczego, zostaliśmy dodatkowo duetem literackim 🙂

   Dalej wprowadzam dane karty kredytowej „właściciel.. numer.. data ważności..”. Kiedy już kilka razy sprawdziłem, czy wszystkie dane zostały wprowadzone poprawnie, dochodzę do najbardziej emocjonującego momentu – wciskanie dużego żółtego klawisza „COMPLETE BOOKING”.. No dobrze, ostatni raz sprawdzam.. i w końcu naciskam go. Chwila prawdy – przejdzie płatność.. nie przejdzie.. (tfu, tfu). Po kilku ekscytujących sekundach: „Your reservation is booked and confirmed”. A więc znowu to się dzieje.. L E C I M Y.. 🙂

 

Kamila:
 
   Lecimy 🙂
   Tak, znów lecimy.. i znów razem piszemy.. 🙂 Hurra 🙂

   Znów będziemy razem się zachwycać, każde na swój sposób, wzbogacać nawzajem swoimi spojrzeniami, obserwacjami.. i znów będziemy stawać oko w oko z trudnymi sytuacjami między nami..

   Po pierwszej naszej wyprawie do Azji i drugiej – na moją prośbę – również do Azji kierunek nieazjatycki jest oczywisty.. 🙂 Mówię Pawłowi, że polecę wszędzie, bo przecież prawie nigdzie jeszcze nie byłam, a każde miejsce w Dalekim Świecie wydaje się interesujące i woła 🙂 Zdaję się zupełnie na jego pomysł i plan.. Gdy słyszę Peru.. Machu Picchu.. ruiny Inków.. Cuzco.. aż nie mogę uwierzyć, że tam będę! Boliwia – OK, to kraj niespecjalnie mi znany nawet ze słyszenia.. Paweł opowiada, że jest tam mnóstwo ciekawych rzeczy, jezioro Titicaca, wielkie La Paz, największa solna pustynia świata i.. dżungla.. Planuje w niej nasz kilkudniowy pobyt.. O rety, miejsce w ogóle mnie nie pociąga, raczej przeraża i stresuje.. Ale Paweł tak się ekscytuje.. OK, nie mogę go tego pozbawić, zagryzę zęby i pojadę do dżungli, ale zrobię to tylko dla niego 🙂

   No i cieszę się, że będziemy w miejscach nieznanych nam obojgu..

   Oswajam się z Dalekim Światem, z trudami podróży, z warunkami noclegowymi, z pakowaniem w niewielki plecak.. Przed każdą wyprawą cieszę się, ekscytuję i jednocześnie stresuję, czuję strach i niepewność.. każdy wyjazd jest pełen ogromnych wyzwań i przekraczania granic własnej strefy komfortu.. Przekroczenie tych granic daje niezwykłe, niepowtarzalne, bezcenne poczucie Wolności..

Tags: ,

Birma – Posłowie

   Jak przystało na „szkice” – ta opowieść nie miała mieć wcale żadnego zakończenia. Trudno jest jednak tak odejść bez słowa „pożegnania”.. 🙂

   Co z fabułą..? Tym razem powrót zaczyna się dosyć wcześnie. Praktycznie za jego początek można uznać już wylot z Bagan. Wracamy do Rangunu – tylko po to, żeby przenocować, rano mamy od razu samolot do Bangkoku. Wracamy do Bangkoku – jeszcze jeden dzień zwiedzania tutejszych świątyń, ale rano mamy już samolot do Moskwy. Przesiadka, krótki lot do kraju i lądowanie w Warszawie. Dni: 21-szy, 22-gi, 23-ci upływają pod znakiem podróży po swoich własnych śladach – pod znakiem powrotu. Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się traktować te ostatnie dni równoprawnie – bez ujmowania im znaczenia z powodu tego, że „oto przygoda już skończona.. nic ciekawego podczas powrotu spotkać mnie nie może”..

   Co z Birmą – czy sprostała moim oczekiwaniom..? Od pierwszego dnia widać było, że jest inna od wyobrażeń o niej. Całe szczęście, że wartości żadnej z wypraw nie mierzę poziomem spełnienia oczekiwań. Wręcz przeciwnie – najbardziej wartościowe bywa to, co potrafi zaskoczyć, bo to z reguły najbardziej zapada w pamięć i serce. W przypadku Birmy najbardziej zaskakujące było to, jak ten kraj szybko się zmienia. Jak zostawia w tyle wszystkie te nieaktualne wpisy w Internecie, które cały czas tam nadal pokutują. Miało być niedostępnie – wcale nie było, miały być problemy z poruszaniem się po kraju – nie było żadnych, miało nie być bankomatów, oficjalnej wymiany etc. – wszystko to było. Oprócz tego najnowsze modele smartfonów, żywność z importu i inne atrybuty budzącego się wolnego rynku. Wszystko to w duchu przemian tak podobnych do tych, które stały się udziałem naszego kraju po 1989. Biorąc pod uwagę tę opiewaną przez internautów n i e d o s t ę p n o ś ć, już po kilku dniach było widać, że spóźniliśmy się do Birmy przynajmniej o kilka lat.. 🙂 Jedyne na co na pewno nie spóźniliśmy się, to magiczne zachody słońca. Miały być takie – i takie były.. Słońce nie bierze udziału w ludzkich przyziemnościach. Ma swój własny puls, zgodnie z którym przemierza nieboskłon – nam przez jakiś czas przydzielona zostaje tylko rola świadków tego..

   Co ze mną..? z każdej takiej wyprawy wracam odmieniony.. To była już moja ósma odsłona. Tak się złożyło, że ten rok obfitował w ciężkie sytuacje, które uparły się, żeby odciągnąć mnie od pisania – zdrowie, praca.. Przyszedł moment, w którym zorientowałem się, że nie jestem w stanie dokończyć opowieści o Birmie w zwyczajowej formule. Przez jakiś czas wręcz w ogóle ważyły się losy Viajero – myślałem o likwidacji strony i nieopłacaniu domeny na następny rok. Na szczęście zwyciężył głos wewnątrz, który zdecydował, że przecież można trochę „odpuścić” – można zmienić formułę na bardziej „impresjonistyczną”, nie opisywać wszystkiego detalicznie dzień-po-dniu, można dopuścić do głosu Kamilę, skoro jednego autora nie wystarcza. I tak też się stało – Kamila z korektora przeistoczyła się w autora tekstów na Viajero.. zyskała własny głos, a czytelnicy zyskali o jeden więcej punkt widzenia. W końcu.. po raz drugi już współtworzyła „Podróże z Viajero”, więc poniekąd można uznać to za naturalny kierunek ewolucji strony.

   Co z nami..? W tej chwili nasi agenci rozmawiają nad warunkami współpracy przy powieści „Peru i Boliwia w 25 dni” 😉

                                                   * * *

   Spisywanie tej opowieści trwało równo rok. W mroźne styczniowe przedpołudnie, kiedy piszę zakończenie, za oknem na moim patio dzwonią cichutko kupione w Bagan dzwoneczki..

Tags:

Dni 17-20 – 23-26 listopada – Bagan i okolice („szkic”)

   

Paweł “Viajero”:

   Jest grudzień 2016. Na ścianie w moim mieszkaniu jeszcze niezmieniona karta z kalendarza – „Listopad 2016”. Przypomina o tym, co działo się rok wcześniej. To już taka mała tradycja – zamawiany co roku kalendarz ilustrowany zdjęciami z ostatniej wyprawy. W tym, zamówionym po powrocie z Birmy, w listopadowym kadrze ujęcie świątyń w Bagan. Wisi i jak drobny wyrzut przypomina o tym, że opowieść o Birmie nie została jeszcze zamknięta. Mogę przyznać się sam przed sobą – trochę jak w tej piosence o Jasiu, co nie wziął śpiworka – „ja wiedziałem, że tak będzie.. ja wiedziałem..”. Czułem, ze jeśli nie zdążę z opisaniem Birmy przed wylotem do Boliwii, to tak właśnie się to skończy – „niemocą twórczą” i zwlekaniem z dokończeniem ostatniego odcinka 🙂 Do tej pory zawsze rok wystarczał, żeby przed nową podróżą dokończyć spisywanie poprzedniej. Na początku października 2016, na kilka dni przed wylotem do Boliwii nie chciałem, żeby Bagan padło ofiarą pośpiechu. Teraz z kolei widzę, że to miejsce w Birmie, które najbardziej moim zdaniem zasługuje na opisanie, pada ofiarą przepełnienia nowymi wrażeniami. To dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Spisywałem już gotowe opowieści dla Viajero w trakcie podróży.. pisałem na podstawie lakonicznych notatek.. opisywałem zupełnie z pamięci.. ale nigdy jeszcze nie spisywałem ich będąc już oddzielonym od tych wydarzeń zupełnie inną podróżą. Zostawiam więc na chwilę obróbkę zdjęć z Boliwii, zostawiam montowanie filmu z dżungli i pustyni solnej, przestaję myśleć o tym, jak zacząć na Viajero opowieść o Boliwii… Wracam pamięcią do tego, co działo się w listopadzie 2015 w Birmie.. oblecieliśmy już wtedy i objechali po kolei Rangun.. Ngapali Beach.. Inle Lake.. Mandalay.. tym razem wypływamy w rejs z Madalay do Bagan..

   O 6:00 podwozi nas na przystań po raz ostatni nasz niezawodny kierowca. Łódź czeka już zacumowana – spora pasażerska jednostka. Na poziomie pokładu jeden przedział ze skórzanymi siedzeniami dla około stu osób, na górze – po schodkach – zadaszona jadalnia i bar z otwartym widokiem na rzekę. Okazuje się, że jesteśmy tu jedynymi pasażerami z plecakami. Torby i walizki wszystkich podróżnych są już schowane w luku pod przednim pokładem – dokładają tam również nasze plecaki. Przyjechaliśmy na przystań czarną nocą, ale bardzo szybko po wypłynięciu zaczyna świtać. Widać porośnięte zaroślami brzegi, a w oddali spowite różową mgiełką wzgórza. W poblasku wysuwającego się zza gór słońca widać zarysy chat nad brzegiem rzeki. Początkowo oglądamy te same widoki, które widzieliśmy w drodze do Sagaing – wzgórza ze stupami i nowoczesny most z półkolistymi stalowymi ramionami wznoszącymi się od przęsła do przęsła. Po rzece płyną powoli różnej maści jednostki: promy, pogłębiarki, barki, statki pasażerskie.. od czasu do czasu jakieś czółno rybackie. Całkiem spory ruch na rzece. Słońce wschodząc daje prawdziwy pokaz dla fotografów: tarcza do połowy zasłonięta górami.. tarcza przysłonięta poziomo rozciągniętymi chmurami.. miedziana tarcza.. miedziane góry.. Teraz na prawym brzegu krajobrazowa kwintesencja Birmy. Zalesione wzgórza naszpikowane stupami.. śnieżnobiałe.. złote.. złote na śnieżnobiałych podstawach.. cała kolekcja stożków, wyrastających, jak grzyby po deszczu. Wyżej na jednym ze wzgórz rozpoznajemy chyba kompleks PoneNyaShin, w którym byliśmy przedwczoraj. Przy nabrzeżu u podnóża wzgórza widać zacumowany duży, luksusowy statek spacerowy – dwa piętra kajut i górny pokład. Takie jednostki mijają nas jeszcze kilka razy na rzece w drodze do Bagan. Myśleliśmy, że powolna podróż statkiem pozwoli nam uszczknąć trochę więcej z miejscowego kolorytu, niż lot samolotem. Pozwoli na obserwację krajobrazów i podpatrywanie ludzi. Tymczasem okazuje się, że krajobraz po obu stronach rzeki jest bardzo monotonny. Oba brzegi są płaskie, do samej wody schodzą albo piaszczyste łachy, albo zarośla wcale nie przywodzące na myśl tropikalnej roślinności. Czasem wręcz obraz tego, co dzieje się w głębi, zasłania wał przeciwpowodziowy. Trochę zawiedziony widokiem podsumowuję w myślach: „wygląda to jak rozlewiska nad Bzurą”. Rejs trwa ponad dziewięć godzin. W żadnym wypadku nie udaje nam się śledzić okoliczności przyrody przez cały ten czas, a wręcz przeciwnie – zwłaszcza końcówkę rejsu skracają drzemki. Niestety jedyną, która nie drzemie podczas tego rejsu, jest Kamila. Jakieś dwie godziny po opuszczeniu Mandalay problemy zaczynają się dosyć niewinnie – ból głowy i niewielkie mdłości. Początkowo zrzucamy to na chorobę lokomocyjną. Chociaż dziwne, bo statkiem wcale nie kołysze – płynie dostojnie po płaskiej jak stół rzece. Z upływem czasu jednak objawy przybierają na sile. Ze zorganizowanej przez załogę wycieczki do „typowej wioski nad rzeką” wycofujemy się już w pośpiechu. Kamila leci mi przez ręce i prawie mdleje. Trzeba przyznać, że załoga próbuje się nami troskliwie zaopiekować. Z apteczki zostają wydane leki na biegunkę i przeciw odwodnieniu. Niestety prawie cały czas do końca podróży Kamila spędza w swojej – jak próbujemy żartować – „prywatnej kajucie”, czyli w WC. Tym bardziej więc z widoków na Irawadi niewiele zostaje nam w pamięci. W sumie nie wiemy, co było przyczyną takiego gwałtownego ataku. Przyznaję się, że oczyma wyobraźni widziałem nas już szukających szpitala. Praktycznie do końca podróży po Birmie Kamila pozostała już taka „niewyraźna”. Dopiero po powrocie do kraju przyszło nam do głowy, że nie musiało to być zatrucie pokarmowe, ale mogły być to skutki uboczne leku przeciwmalarycznego (żeby nie zostać pozwanym nie wymieniam nazwy leku na literę „M” 😉 ). Kiedy się czyta jego ulotkę, można dojść do wniosku, że jego zażywanie jest bardziej niebezpieczne, niż sama malaria. Obiecaliśmy sobie wtedy, że nie będziemy już nigdy więcej łykać tych przeciwmalarycznych świństw.

   Na szczęście wychodzimy cało z opresji. Około 17:00 dobijamy do brzegu, na którym czekają już na pasażerów nieliczne taksówki, za to w większej obfitości drewniane dwukółki. Mijam dwukołowe bryki – nie bardzo wyobrażam sobie, że Kamila w takim stanie mogłaby jeszcze wytrząsać się w takim pojeździe. Znajduję więc taksówkę, a może bardziej taksówkarz znajduje mnie. Niełatwo, ale dochodzimy w końcu do porozumienia co do wysokości opłaty i zabieramy się z nim. Taksówkarz dba jeszcze, żebyśmy w „kapitanacie” zapłacili wjazdowe do strefy archeologicznej Bagan. Najwyższa jak dotąd w Birmie opłata – 20$ – zwiastuje najwyższego kalibru atrakcje, jakie rząd Birmy przygotował dla turystów. Lądujemy w hoteliku, w którym do końca dnia już tylko reanimujemy Kamilę gorącą herbatą.

   Trochę o Bagan, żeby wprowadzić się w klimat tego miejsca. Co można przeczytać o nim przed przyjazdem..? Królestwo Pagan (nazwę Bagan zawdzięczamy Brytyjczykom) przeżywające swój rozkwit między XI a XIII wiekiem. Król Anawrahta, taki tutejszy Mieszko I, świeżo nawrócony na buddyzm Terawada, tak się przejął nowymi naukami, że nakazał władcy sąsiedniego państwa Mon wydać wszystkie jego relikwie i święte księgi buddyjskiego kanonu 😉 Chciał w ten szczególny sposób uświetnić budowaną stolicę królestwa Pagan. Kiedy król Mon odmówił, Anawrahta najechał jego państwo, zabrał wszystkie drogocenne relikwie oraz sprowadził jeńców, wśród których byli – oprócz samego króla Mon – mnisi, architekci, budowniczowie i rzeźbiarze. To ich talenty zostały wykorzystane, aby zapoczątkować prace nad stolicą państwa Pagan. Podobno kiedy Kublai Khan najechał tę krainę pod koniec XIII w., wyznaczając w ten sposób kres prosperity, stało tu ponad pięć tysięcy różnej wielkości świątyń.

   Świątynie.. Jest ich tu ponoć teraz 2200 na 42 kilometrach kwadratowych. Po setkach, tysiącach spiczastych – w większości złotych – stup widzianych w Birmie, które można obchodzić jedynie dookoła, budowane z cegły świątynie to dla nas nie lada gratka – tak inne, tak świeże i tak ciekawe.. Od większych, do których można wchodzić do środka, do zupełnie małych, przypominających „komórki” z czerwonej cegły zagubione na pustkowiu, przy których pastuszkowie pasają swoje stada. Te, do których można wejść, mają surowe wnętrza, korytarze z reguły na planie kwadratu lub prostokąta z łukami rodem z krzyżackim zamków, a ołtarze kryją we wnękach posągi Buddy. W nielicznych świątyniach zachowały się na ścianach wyblakłe freski. Na niektóre budowle można wchodzić po zewnętrznych schodach, mają po kilka tarasów – te cieszą się największą popularnością o wschodach i zachodach słońca. Turyści lgną do nich, wspinają się na nie i biorą udział w tym darmowym spektaklu – grupy osób w milczeniu wpatrzone w tarczę słońca albo wysuwającą się, albo zachodzącą za pasmo wzgórz.

   Bagan wygląda jak miejsce, w którym niegdyś mieszkańcy wpadli w szał współzawodnictwa „kto z nas wybuduje większą i piękniejszą świątynię”. To tak, jakby w jednym mieście w Europie ludzie wpadli na pomysł, że postawią kilka tysięcy kościołów.. Dodatkowo tutaj te świątynie stoją na otwartej przestrzeni – nie są otoczone zabudowaniami. Tego np. o Bagan nie wiedziałem przed przyjazdem, ale w 1990 wojskowy rząd zadecydował o masowych wysiedleniach. Biedne wioski między świątyniami budowane z drewna i plecionych mat nie pasowały generałom do obrazu krainy mlekiem i miodem płynącej. Tak stworzono wizytówkę Birmy dla turystów – na wielkiej płaszczyźnie, która o poranku i o zmierzchu lubi spowijać się w mgłę – jakby dym z dziesiątek tlących się ognisk – wśród piaszczystych ugorów, akacjowców i gdzieniegdzie palm.. świątynie.. Tylko niewielka ich część to żyjące do dziś centra sakralne, miejsca, do których przyjeżdżają ludzie, które odwiedzane są przez mnichów. Zdecydowana większość to stojące w polu „obiekty turystyczne”.

   Nikt z nas nie pamięta już dzisiaj nazw wszystkich świątyń, które widzieliśmy w ciągu tych trzech dni – czasem po kilka razy.. Może te największe, najbardziej znane.. Ananda Temple z czterema dziesięcio-metrowymi stojącymi posągami Buddy, Shwe San Daw ze stromymi schodami i pięcioma tarasami, które turyści chętnie okupują dla najlepszych ujęć o wschodzie i zachodzie słońca.. Sulamani Temple tchnąca elegancją, czy najbardziej masywna, ale niestety pozbawiona przez trzęsienie ziemi zwieńczenia – Dhammayangyi Temple..

   To, że bohaterami następnych trzech dni będą świątynie w Bagan i my – było do przewidzenia. Ale, że bohaterem następnych trzech dni będzie też… elektryczny skuter – na to nikt z nas nie wpadł 🙂 Jest oczywiste, że aby zwiedzić tak rozległy teren, trzeba się wspomagać jakimś środkiem transportu. Gdyby nie nasi nowi przyjaciele z Poznania, pewnie nie wykroczyłbym poza pomysły z innych tego typu miejsc. Zdarzało mi się np. w Indiach zwiedzać takie kompleksy na wypożyczonym rowerze. I pewnie na coś takiego namówiłbym tym razem Kamilę. Nieźle byśmy się umordowali.. w palącym słońcu, nabijalibyśmy kilometry kręcąc noga za nogą i będąc coraz bardziej zmęczonymi. Pewnie sporo uroku ze zwiedzanych świątyń by nam to ujęło. Tymczasem za namową Małgosi i Pawła, podobnie jak oni, za osiem tysięcy kyatów od razu pierwszego dnia wypożyczamy elektrycznego rumaka. Idealne rozwiązanie w takim miejscu. Bezszelestny, mknący z prędkością do 50 km/h daje nam zupełną wolność i możliwość nieskrępowanego eksplorowania tutejszych „okoliczności świątynnych”. Co najważniejsze – nie zakłócamy spokoju sobie i innym terkotaniem spalinowego silnika. Dzięki niemu możemy wielokrotnie odwiedzać te same miejsca, ile tylko razy przyjdzie nam to do głowy. „To gdzie jedziemy teraz? Chodź pojedziemy do Shwe San Daw.. zobaczymy jak wygląda o wschodzie.. a teraz? Chodź pojedziemy zobaczyć, jak tam Ananda Temple.. widzieliśmy ją w pełnym słońcu.. zobaczymy, jak wygląda o zachodzie..”. Gdybyśmy jeździli rowerami, na pewno bylibyśmy bardziej oszczędni w szafowaniu kilometrami 🙂 Oczywiście nie od początku mkniemy te 50 km/h. Nigdy nie miałem doświadczeń z motorem i początkowo prowadzę skuter z duszą na ramieniu. Tym bardziej, że od samego początku mam pasażera za sobą. Z każdym kilometrem nabieram jednak ogłady. Po południu pierwszego dnia, jak inni kierowcy, używam już co chwila klaksonu i przeciskam się między samochodami i innymi motorami 🙂 Kilka razy, między świątyniami mamy też odcinki off-road’owe. Nie do wszystkich świątyń daje się dojechać asfaltem. Na piaszczystych drogach taki nowicjusz, jak ja, musi podwójnie uważać. Parę razy udaje mi się zakopać skuter w piachu. A mój sposób na wyciąganie ciężkiej maszyny doprowadza Kamilę ze śmiechu do łez – stojąc obok skutera, pokręcam manetką gazu tak, żeby motor „sam” wydobył się z piachu, przy okazji nie wyrywając mi się z rąk. Kiedy tracę kontrolę, skuter ciągnie mnie za sobą, jak duży pies swojego właściciela 🙂 Raz z kolei, kiedy jedziemy przez wieś poza głównymi szlakami, po wyjątkowo piaszczystym podłożu, ktoś zza płotu woła do nas „where are you going!?!” (pewnie myśląc, że się zgubiliśmy). W tym momencie skuter ponosi nas jak rumak, który zerwał się do ucieczki. Nawet nie mogąc odwrócić się w stronę rozmówcy rzucam tylko przez ramię „we don’t know!!”. Śmiejemy się do rozpuku, uważając, żeby tylko nie wywalić się na piachu 🙂 Tak.. zdecydowanie elektryczny skuter jest bohaterem tych trzech dni w Bagan 🙂 Raz tylko nas zawodzi, bo nie naładowano go należycie. Przez ostatnie kilometry powrotne do bazy niewiele już można z niego wydusić, a ostatnie kilkaset metrów to ja go pcham.. 🙂

   Tak to wyglądały nasze trzy dni wolności w Bagan – wiatr we włosach i rozkoszna dowolność zwiedzania – nieuporządkowana kolejność, możliwość wracania, powtarzania.. na impuls.. bez planu..


 

Kamila:

   Przeczytałam powyższy tekst Pawła o Bagan i łzy popłynęły mi z oczu.. Łzy wzruszenia.. że doświadczam tak magicznych widoków.. że bywam w takich niezwykłych miejscach w Dalekim Świecie.. Łzy radości.. że tak mocno i tak skutecznie przekroczyłam własne granice.. że jeszcze trzy lata temu „ja w Dalekim Świecie” było niemożliwe do realizacji.. że mojemu Partnerowi zawdzięczam te podróże.. że kiedyś podjął wyzwanie zabrania ze sobą mnie – kompletnie zielonej i przerażonej – w Daleki Świat.. Łzy tęsknoty.. za Bagan..

   To absolutnie magiczna kraina.. tysiące świątynnych wież z czerwonej cegły.. wystających z drzew.. czasem wśród unoszącej się lekkiej mgły.. Widoki uzupełniają pasma górskie w tle, a czasem rzeka.. To wygląda jak z bajki.. I chociaż spędzamy tam trzy dni, to nie mam poczucia przesytu lub znudzenia.. Miejsce jest tak inne niż reszta Birmy..

   Mamy do czynienia z kilkoma „tradycyjnymi” złotymi stupami i udajemy się je obejrzeć, ale teraz nie robią już na nas takiego wrażenia i nie wydają się być szczególnie atrakcyjne.. Atrakcyjne są historyczne ceglane budowle w ruinie, które przeważają w krajobrazie.. Zaniedbane, opuszczone, zniszczone przez trzęsienia ziemi (ostatnie znaczące w 1975).. Miejsce uważane niegdyś za święte, straciło jednak na znaczeniu.. Na dużą skalę odbudowano je w latach 90 ubiegłego wieku, ale jakość prac konserwatorskich pozostawia wiele do życzenia.. Budowle są głównie z czerwonej cegły, ale prawdopodobnie kiedyś były otynkowane.. Wnętrza są ceglane, surowe i zakurzone.. ale prawdopodobnie kiedyś malowidła zdobiły ściany.. Na podłogach pył i odłamki cegieł.. może kiedyś lśniły.. Kilka świątyń, które wciąż pełnią swoją rolę, wygląda zupełnie inaczej, są zadbane, malowane i pełne tubylców.. w ceglanych ruinach spotykamy raczej turystów..

   Obserwujemy tubylców.. zaglądamy kucharkom do garnków, przyglądamy się, jak przygotowują orzech, abym mogła wypić z niego wodę kokosową przez słomkę, trafiamy na miejscowe święta, patrzymy na narodową grę mężczyzn przy rytmach orkiestry na żywo – wygląda nieco jak nasza gra w zośkę.. Robię zdjęcia miejscowym.. a oni robią sobie zdjęcia ze mną 🙂

   Na uwagę zasługuje fakt, że spotykamy parę razy birmańskie kobiety sprzedające pamiątki, które.. mówią kilka słów po polsku.. i nie są to tylko podstawowe „dzień dobry” i „dziękuję”.. pada na przykład „leżący” (trudne słowo 🙂 ) – to o posągu leżącego Buddy ukrytym w jednej z budowli.. Ku naszemu zaskoczeniu jedna z kobiet rozpoznaje język polski przysłuchując się naszej rozmowie 🙂 Ciekawe są także malowane na potrzeby turystów obrazy z piasku.. W pobliżu świątyń obserwujemy jak miejscowi tworzą tło wysypując piaskiem z rzeki posmarowane klejem płótno, a potem malują na takim tle obrazy.. głównie bardzo dla nas orientalne sceny dotyczące tutejszych wierzeń, a także widoczki z Bagan oraz mnichów.. Niektórzy nie używają sztucznych barwników i wszystkie kolory na ich dziełach wynikają jedynie ze sproszkowanych, utartych w moździerzu kamieni.. Obrazy są piękne.. kupujemy je dla siebie, i kilka mniejszych dla przyjaciół..

   Obserwujemy turystów.. śmieję się na widok pary, która po wyjściu ze świątyni siada i przy pomocy mokrych chusteczek dokładnie wyciera bose stopy.. „są w Birmie chyba pierwszy dzień 🙂 🙂 :)”. Ja też przez pierwsze dni z dużym zaangażowaniem zużywałam mokre chusteczki w tym celu.. wszędzie trzeba zdjąć buty.. czy to czynna złota stupa, czy zapylone, brudne ceglane świątynie Bagan.. i choć stopy w Bagan są milion razy brudniejsze niż w przypadku zwiedzania poprzednich złotych obiektów, to po tylu dniach w Birmie i po tylu odwiedzonych świętych miejscach.. po prostu nie chce się kilka-kilkanaście razy dziennie wykonywać procedury z chusteczkami 🙂

   Skuter jest źródłem wielu emocji, a najwięcej przynosi radości 🙂 Bo daje wspomnianą przez Pawła wolność, oraz dziesiątki zabawnych sytuacji 🙂 Jeździmy całe dnie i wieczory.. po asfalcie i po piaszczystych dróżkach.. uczymy się zachowań na tutejszych drogach i orientacji w terenie.. oglądamy świątynie, które podpowiada nasz przewodnik, oraz te, które nas przyciągają z daleka swoją aparycją, próbujemy odnaleźć jakieś konkretne, studiujemy mapę.. odkrywamy zakątki Bagan, odkrywamy maleńkie urocze świątynie.. znajdujemy „naszą” – taką, która zagrała nam w sercach.. nie ma jednej ze ścian zewnętrznych (prawdopodobnie to skutek trzęsienia ziemi), ołtarz z siedzącym Buddą z twarzą skierowaną wprost na przestrzeń, pola, drzewa, wiatr.. Świątynia wygląda niezwykle bez tej ściany.. Nazywa się Patha Da Temple..

   Czas w Bagan to beztroska, mnóstwo radości ze swobodnego eksplorowania miejsca, i mnóstwo, mnóstwo wygłupów i śmiechu.. 🙂

   Gdy opuszczamy Bagan – nasz samolot startuje o zachodzie słońca, a ja przez okno podziwiam w tym świetle tysiące świątyń, coraz mniejszych, coraz dalszych.. w tle Irawadi i górskie pasmo.. Bajkowo..

Tags:

Dni 15-16 – 21-22 listopada – Okolice Mandalay („szkic”)

   

Paweł “Viajero”:

   Trzy stolice Birmy – taki jest plan na dzisiaj. Trzy miejscowości położone na południe i południowy-zachód od Mandalay, które w różnych okresach historycznych pełniły rolę stolicy królestwa Birmy. Kierowca ustala z nami kolejność, uzależniając ją od tego, czy chcemy – jak większość turystów – zobaczyć most U Bein w Amarapura o zachodzie słońca. Jeśli tak, to w pierwszej kolejności jedziemy do Sagaing – położonego najdalej od Mandalay, potem poprzez Inwa, będziemy cofać się do Amarapura i wrócimy do Mandalay.

   Zanim wyjedziemy z miasta, nasz kierowca wiezie nas do Mahamuni Paya. Ponoć obowiązkowy punkt na szlaku. Można podziwiać tu najważniejszy w Birmie posąg Buddy. Jego znaczenie wynika z tego, że jest to podobno jedyny prawdziwy wizerunek. Miał być wykonany za życia Oświeconego i on sam miał do niego pozować. Czterometrowa sylwetka Buddy wykonana z brązu siedzi na tronie w stroju birmańskich władców. Do dzisiaj brązowa pozostała jedynie twarz, cała reszta posągu – na modłę birmańską – została oklejona przez stulecia złotymi płatkami zatracając swój antropomorficzny kształt. Cała ta góra brązu i złota waży już ponad 12 ton.

10-02-maha2
   Znowu zostawiamy buty w taksówce i ruszamy do świątyni. Najpierw długa alejka, przy której nie tylko tradycyjne sklepiki, ale także warsztaty, w których wyrabia się różne dewocjonalia. Po lewej stoisko pełne marmurowych Buddów, po prawej manufaktura dzwonów, dzwonków i innych płaskich talerzy-gongów. Właśnie odbywa się kucie i „strojenie” jednego z nich. Wchodzimy w obręb zabudowań wokół świątyni. Dziedziniec otaczają pomniejsze budynki. W każdym z nich coś ciekawego do zobaczenia. Posąg trzygłowego słonia z brązu. Najwyraźniej wszyscy dotykają go na szczęście – dokładnie widać, gdzie jest głaskany – czoło i kły są lśniące, reszta równo pokryta patyną. W innym pawilonie dwa posągi w tradycyjnych strojach podtrzymują duży płaski gong. W głębi dziedzińca taki sam, tylko olbrzymi, mający pewnie ponad cztery metry, pokryty wypukłymi odlanymi birmańskimi „robaczkami”. Obok mała kapliczka-łaźnia, gdzie każdy może polać wodą posążek Buddy z właściwym – dla dnia swoich urodzin – dniem tygodnia. Dni wypisane po birmańsku i – trochę z błędami – po angielsku.. W innej części dziedzińca obowiązkowe tu w świątyniach mniejsze, klasyczne dzwony, w które większość przechodzących uderza końcem grubej, jak męski biceps, gałęzi. W jednym z przylegających do dziedzińca budyneczków zaskoczenie – kolekcja dużych olejnych obrazów. Historie z życia birmańskich królów i świętych. Docieramy w końcu do głównego korytarza, w perspektywie którego widać słynny posąg. Kobiety modlą się na posadzce przed wnęką, w której znajduje się tron Buddy. Mężczyźni uwijają się wokół posągu naklejając złoto w płatkach. Modlących się jest tyle, że nie za bardzo można podejść bliżej. Kto ma daleko, może „transmisję z naklejania” oglądać na dużych monitorach. Z lewej strony krypty rusza właśnie mała kolorowa procesja. Wygląda to jak pierwsza komunia. Sznureczek małych Birmańczyków płci obojga ubranych w jaskrawo-czerwone stroje, ociekające złotymi zdobieniami. Za nimi rodzice, odświętnie ubrani, niosący misy z kwiatami..

   Po drodze, skoro już tu jesteśmy – mówi nasz taksówkarz – zobaczymy manufakturę posągów z brązu. Zajeżdżamy pod posesję, na której pod chmurką są porozstawiane wielkie rzeźby na różnych etapach produkcji. Ile trzeba mieć wyobraźni przestrzennej, żeby wpuszczając roztopiony metal między dwie warstwy gipsu uzyskać posąg albo Buddy, albo narodowego bohatera – generała Aung San (ojca Suu Kyi). Oczywiście wstępnie odlana bryła nie jest od razu gotowym lśniącym posągiem – w ruch idą potem młotki, dłuta, a następnie elektryczne szlifierki, ale sam proces odlania jej nadal jest fascynujący..

10-04-sag1
   Sagaing – droga do niego wiedzie wzdłuż rzeki. Leniwie płynącą Irawadi ciągną barki oraz mniejsze i większe łodzie. Przy brzegu w wielu miejscach pracują pogłębiarki. Być może wydobywany piasek jest jakimś „surowcem” i nie tylko o regulowanie biegu rzeki chodzi. Widok po drugiej stronie Irawadi wygląda, jak „uprawa stup”. Cały przeciwległy brzeg to zalesione niewysokie wzgórza, z których wyrastają złote i białe stupy różnych wysokości. Wygląda, jakby ktoś podlewał to miejsce i one wyrastały, jak grzyby po deszczu. Coś zresztą w tym jest – grunt wiary jest tu tak silny i to on wypycha je na powierzchnię, a potem ku górze. W perspektywie, w dole rzeki widać dwa mosty – metalowe konstrukcje, z których młodszy, większy wygląda jak faliste tory dużego rollercoaster’a. Przejeżdżamy przez niego i zaczynamy się wspinać się pod górę..

   Jedziemy przez miejscowość – bardziej wioskę, niż miasteczko. Drogą chodzą całe „watahy” małych mnichów ubranych w różowe szaty. W zielonych okolicznościach przyrody, po obu stronach jezdni klasztorne zabudowania pełne mnisiej młodzieży. Bardzo wdzięczny „plan fotograficzny”. W Sagaing mamy do zobaczenia dwie świątynie. Pierwsza z nich to OoHminThoneSel Pagoda – znana z 45 posągów Buddów siedzących półkolem pod arkadami. Pawilon z nimi zdobny jest w różnokolorowe kafle na podłodze i mozaikę z lusterek na zielonych ścianach. Budda siedzący centralnie jest odrobinę wyższy i ma zdobioną płaskorzeźbę-tron. W równych półkolach po prawej i po lewej siedzi po dwadzieścia dwa odrobinę niższych klonów. Dla nas ta świątynia będzie pamiętna jeszcze z jednego powodu 🙂 W podcieniach jest dosłownie kilka osób oprócz nas – na palcach ręki można policzyć. Kamila poluje na swoje zdjęcie „45 Buddów bez ludzi”, a ja stoję w pobliżu centralnego posągu. Nagle drugi raz podczas naszego pobytu w Birmie słyszę polski język. Kobieta mówi do swojego męża: „ciekawe, dlaczego ten jest większy od pozostałych?”. Pozwalam sobie na mały żarcik i stojąc tuż obok niej mówię „nikt nie wie dlaczego..”. Zaskoczenie po jednej stronie, uśmiechy po obu. Kwitujemy to żartobliwym stwierdzeniem, że „może to jakiś szef..” i że „zawsze jakiś musi przecież być..” 🙂 Rozchodzimy się w swoje strony. Wygląda to na krótki polonijny epizod-incydent, ale życie lubi płatać figle..

10-05-sag2
   Druga świątynia to SoneOoPoneNyaShin Pagoda – chyba zdecydowanie większe centrum sakralne. Dużo pielgrzymujących, kadzidełka, dary z owoców i sznurów kwiatów u stóp wielkiego siedzącego posągu Buddy z białego marmuru. W obrębie zabudowań centrum stanowi oczywiście wysoka złota stupa. W tym miejscu pada „historyczne zdanie”, które potem będziemy ze śmiechem wspominać. Noszę aparat w plecaczku. Staramy się nie biegać cały czas z aparatem w dłoni. Kiedy pojawia się coś ciekawego, jakiś przyciągający plan, pada z reguły pytanie „wyciągnąć aparat?”. I tutaj pierwszy raz w Birmie na takie pytanie pada odpowiedź „nieeeee…”. Po sfotografowaniu miliona złotych stup zdecydowanie podnosi nam się już poprzeczka.. 🙂

   Inwa – druga stolica. Przeprawiamy się przez rzekę – dopływ Irawadi. Nasz taksówkarz pokazuje nam małą łódź i tłumaczy, że mamy się nią przeprawić do Inwa, a tam przejmie nas „gang dorożkarzy” 🙂 Mieszkańcy wioski wykorzystują odizolowane położenie na cyplu u zbiegu dwóch rzek i tworzą mały „kartel turystyczny”. Nie można tu dojechać samochodem. Jedyne nieduży prom zasila to miejsce w turystów. Na brzegu czeka już dosłownie kilkadziesiąt dwukołowych dorożek. Prymitywne konstrukcje na drewnianych dużych kołach nie mają nawet opon. Solidarność wioskowego kartelu jest nawet godna podziwu, „kierowcy” nie chcą udzielać żadnych „rabatów”. Plan jest sztywno zarysowany – „10 000 kyatów, cztery miejscowe atrakcje, 2 godziny.. ani minuty dłużej, bo będzie drożej..” 🙂 No cóż, musimy przystać na te warunki. Ciekawa przygoda, bo za cały dzień obwożenia nas po okolicy Mandalay nasz kierowca umówił się z nami na 30 000 kyatów. Ci biznesmeni, za dwie godziny obwożenia nas wozem bez opon po wiosce chcą (i dostaną) 10 000. Gdyby nie tych kilka zabytków rozsianych po okolicznych polach, nikt nie dopatrzyłby się w wiosce byłej stolicy Królestwa Birmy.

   W pierwszej kolejności jedziemy do drewnianego klasztoru Bagaya Kyaung. Można obejść go tylko dookoła po drewnianym pomoście na palach. Z tej perspektywy widać okoliczne pola ryżowe i piękne nietypowe palmy o bardzo wysokich karbowanych pniach i niedużych pióropuszach na samej górze. Na chwilę tylko łamię zakaz wchodzenia do wnętrza świątyni. Z jednej z bocznych sal dochodzą dźwięki recytacji mantry. Zaglądam ciekawie – mali mnisi mruczą coś w kółko gardłowo pod nosem przed siedzącym przed nimi wiekowym nauczycielem – również w mnisich szatach..

10-06-inw1
   Drugi z czterech na naszej trasie „obiektów”, to niewielki kompleks kilku ceglanych stup – Yadana Hsemee Pagoda Complex. Stupy kompletnie inne od dotychczasowych – z czerwonej cegły. Przypominają klimatem odległą o ponad 1000 kilometrów stąd starą stolicę państwa Tajów – Ayutthayę. Do następnego – trzeciego – miejsca jesteśmy wiezieni przez zagajnik bananowców – ku walącej się wieży Nanmyin Tower, jedynej pozostałości po pałacowych zabudowaniach. Budynek wygląda jak birmańska „krzywa wieża w Inwie”. Co jakiś czas dzieci na rowerach próbują nam sprzedać jakieś rękodzieła. Ciekawostka – dwukółka przed nami jest „oblężona” przez dwie małe Birmanki na rowerach, które płynnie rozmawiają po francusku z jadącymi nią turystkami. Kończymy przejażdżkę po wioskowych zabytkach pod całkiem okazałą budowlą – ni to świątynia, ni to mauzoleum Maha Aung Mye Bonzan. Można ją obejść dookoła, można przeniknąć do środka, do wysokich pomieszczeń na piętrze. Jej surowe wysokie wnętrza i korytarze łączące komory przywodzą na myśl grobowce Egiptu – brakuje tylko kolorowych fresków i hieroglifów na ścianach..

   Amarapura – i jej najdłuższy tekowy most na świecie – drewniana konstrukcja tylko dla pieszych – U Bein. Klasyczna opowieść o tym, jak to zdjęcia nie tylko nigdy nie oddadzą klimatu miejsca, ale też o tym, jak sprawnie potrafią go nieraz zafałszować. Przed wyjazdem człowiek widzi zdjęcie drewnianego mostu.. po którym w zadumie przemieszcza się mnich w purpurowych szatach.. wokół cisza, spokój.. wszystko to w blasku ostatnich promieni zachodzącego słońca, które w kadrze tonie dokładnie za mostem.. Człowiek widzi taki obrazek, jego wyobraźnia zostaje zapłodniona i już, już chce jechać do Birmy.. 🙂 Co jest z tym zdjęciem nie tak?? Otóż gdyby teraz odsunąć plan.. oddalić zbliżenie, okazałoby się, że na moście oprócz mnicha jest jeszcze parę tysięcy turystów, z których każdy przyjechał zobaczyć zachód słońca na moście. Przyjechali tutaj sami, taksówkami lub zostali przywiezieni autokarami. To jedyne miejsce w Birmie, w którym natknęliśmy się na autokary z turystami. Turyści są nie tylko na moście. Kto chce mieć zdjęcie z nim i z zachodem słońca musi zejść na pole poniżej. O tej porze roku nie cały obszar pod nim jest zalany odnogą rzeki. Można zejść na rżysko i tam czekać na ujęcia z mostem i słońcem topiącym się za nim. Mało tego – jest specjalny przemysł w postaci łodzi, których kilkanaście wypływa co wieczór na plan zdjęciowy, żeby zapewnić turystom jak najlepsze zdjęcia drewnianej konstrukcji z zachodzącym słońcem w tle.. Przybliżmy więc i my plan.. zróbmy zbliżenie.. a nuż uda się w przerwie między tłumem zrobić zdjęcie mnicha – kamera! jest! „mamy go!”.. Kamili udaje się zrobić zdjęcie. No cóż – zdjęcie też zrobiliśmy, ale przynajmniej ostrzeżemy Was.. żebyście nie brali tego zdjęcia zbyt dosłownie.. pamiętajcie o paru tysiącach turystów.. autokarach.. łodziach.. kiedy będziecie jechali zobaczyć zachód słońca na moście U Bein.. 🙂
10-07a-amar1
   Czwarta stolica – Mingun. To jest plan na kolejny dzień w Mandalay. Mingun jest położony w przeciwną stronę niż wczorajsze trzy stolice. Rano nasz taksówkarz wiezie nas na przystań. I tu niespodzianka. Spotykamy tę samą parę, którą widzieliśmy wczoraj u 45-ciu Buddów w Sagaing. Tym razem to już nie będzie „para mówiąca po polsku”, ale Małgosia i Paweł z Poznania, z którymi spędzimy z przyjemnością pół dnia płynąc do Mingun i rozmawiając.. zwiedzając Mingun i rozmawiając.. i wracając z Mingun i rozmawiając.. Mało tego – nie wystarczy nam tej połowy wspólnie spędzonego dnia i umówimy się z nimi na kolację. Zaprowadzą nas wieczorem do swojej ulubionej jadłodajni ulicę dalej od ich hotelu. Będziemy rozmawiać, dowcipkować.. jak zwykle z naszej strony rozmowna będzie najbardziej Kamila – z ich strony duszą towarzystwa będzie Paweł 😉 Jechaliśmy tysiące kilometrów z Poznania i Warszawy, żeby zderzyć się ze sobą w Mandalay.. Takie oto zrządzenie losu. Może kiedyś spotkamy się jeszcze raz w Dalekim Świecie – kto wie..?

   Tymczasem jakie było samo Mingun? Znowu wioska, ale na szczęście tym razem do zobaczenia na piechotę. Główną atrakcją są ruiny niedokończonej stupy Pa Hto Taw Gyi, która w czasach kiedy powstawała miała być największą budowlą ówczesnego świata (w planach 170 m). Jej budowę rozpoczął w 1790 król Bodawpay. Jak donosi legenda, budowy zaniechano kiedy wróżbita przepowiedział królowi, że ten umrze wkrótce, kiedy ją dokończy. Cóż, umarł i tak.. mógł chociaż dokończyć „obiekt”. Do naszych czasów pozostała olbrzymia podstawa, na której miano wznosić kolejne stopnie stupy. Można się na nią wdrapać, choć oczywiście zabrania tego tabliczka na dole. Nie jest to proste, tym bardziej, że trzeba to zrobić na bosaka. Gdzieniegdzie trzeba dawać dużego susa w miejscach, gdzie trzęsienie ziemi zrobiło w masie cegieł niezłe szczeliny. Widok z samej góry na rzekę wynagradza wspinaczkę. Cóż, jeszcze trudniejsze od wspinaczki okazuje się złażenie w dół z tej kilkunastopiętrowej kupy cegieł.. 🙂

   Drugie „naj” w Mingun to największy dzwon – Mingun Bell. Źródła nie są zgodne, tylko według niektórych miałby to być największy działający dzwon na świecie. Naj, czy nie naj – waży ok. 90 ton, zewnętrzna średnica prawie 5 m, wysokość prawie 4 m. Można wejść do jego wnętrza podczas kiedy ktoś z zewnątrz belką może uderzać, żeby wydobyć dźwięk. Wchodziliśmy wszyscy.. 🙂
10-08-ming1
   Trzecie „naj” nie ma związku z rozmiarem – to moje osobiste „naj” z Mingun. Odbiega od kanonów architektonicznych Birmy. Wygląda jak śnieżnobiała mandala. Siedem poziomów-tarasów z krużgankami wyglądającymi trochę jak wyciśnięty krem na torcie.. wewnątrz małe Birmanki próbujące sprzedać girlandy kwiatów za „one dolar”.. I jeszcze starszy mężczyzna uśmiechający się od ucha do ucha, potrząsający nam ręce w szczerym geście i wołający „Welcome to Myanmar”.. 🙂 (a na zdjęciu w prawym dolnym rogu – Małgosia i Paweł z Poznania.. 🙂 )

         

Kamila:

Mingun
   A raczej podróż do Mingun – to znów sposobność obserwacji świata jakże innego niż nam znany.. Port na rzece.. pełen statków, stateczków i łodzi.. zacumowane w kilku liniach i żeby wejść na tą najdalszą, trzeba przejść przez pokład tych bliżej brzegu.. Lądowa część portu to piasek po kostki i błoto.. wszystko pełne śmieci.. ciekawe są również wejścia na statki i łodzie czyli trap.. trap to wąska deska lub równie wąski okrągły pień drzewa.. z jednej strony oparty o ziemię na brzegu, z drugiej oparty o burtę.. miejscowi z pakunkami śmigają po tych trapach bez trzymanki.. przy turystycznych łodziach luksusowa pomocna poręcz – kolejny okrągły znacznie cieńszy pień drzewa trzymany na obu końcach przez mężczyzn z obsługi statku, oni także służą turystom podając wspierająco dłoń 🙂 Ogólnie port to śmieci, brud i ogromny chaos.. Podczas rejsu dobrze widać życie na rzece.. mnóstwo łodzi.. większość z nich to łodzie transportowe wypełnione beczkami, drewnem, workami.. na piaszczystych brzegach i wysepkach .. maleńkie chatki z drewnianych pali, o ścianach i dachach ze słomianych mat.. wokół dzieci, bydło, suszące się pranie..

   W Mingun głównie jesteśmy zajęci naszym nowym towarzystwem.. i to jest największa atrakcja wycieczki – Małgosia i Paweł z Poznania.. rozmawiamy, robimy sobie wzajemnie zdjęcia, rozmawiamy, siedzimy razem w barze, rozmawiamy, wspinamy się na Pa Hto Taw Gyi, rozmawiamy.. siedzimy razem na statku podczas rejsu tam.. rozmawiamy.. i z powrotem.. rozmawiamy 🙂 Dzień jest wyjątkowo gorący.. Wszyscy jesteśmy mokrzy od potu..
10-09-ming2
   Podoba mi się wielki dzwon, zawieszony nad ziemią.. przyginając mocno plecy można do niego wejść.. jeszcze nigdy nie słuchałam bijącego dzwonu będąc w jego wnętrzu.. Robi wrażenie 🙂 To dzwonne ukoronowanie tej podróży po Birmie.. Już od pierwszego dnia walę drewnianymi palem we wszystkie niemal napotkane w każdej świątyni dzwony.. na wzór tubylców.. Ogromnie mi się to podoba.. Jestem twórcą dźwięków, które słyszą wszyscy wokoło.. takich publicznych świątynnych dźwięków.. Walnięcie w tego olbrzyma.. Coś naprawdę niesamowitego 🙂

   Po powrocie z Mingun – wieczorem podoba mi się także wspólne z Małgosią i Pawłem z Poznania wyjście na kolację.. To wieczór kompletnie inny niż pozostałe podczas wyprawy.. Jest ciekawie, wesoło i nawet piję miejscowe piwo do kolacji – nakłoniona przez nich, choć tak w ogóle nie pijam piwa.. 🙂 Odczuwam kompletne nienasycenie towarzystwem, ale wieczór się kończy, a nasze drogi rozchodzą.. Wymieniamy się poradami na dalszą podróż – oni jadą tam, gdzie my już byliśmy, my podążamy ich śladami..

   Pomiędzy rejsem do Mingun a kolacją z Małgosią i Pawłem z Poznania jest tego dnia jeszcze coś cudownego.. Shwe In Bin Monastry.. jeden z tych klimatycznych starych buddyjskich klasztorów w drewna tekowego.. Siadamy w cieniu na tarasie.. i spędzamy tam kawał dnia.. Siedząc i chłonąc miejsce.. Przychodzi do nas kot.. który najpierw ostrożnie nas obwąchuje.. i tak krok po kroku.. minuta po minucie.. w końcowej scenie leży wtulony w kolana Pawła.. Robię foto-sesję tej uroczej scenie 🙂 Potem pojawia się młoda para ze świtą fotografów, oświetleniowców i wizażystek.. oni także mają foto-sesję w scenerii drewnianego klasztoru.. Oboje w błękitach przełamanych delikatnym różem.. Ona wygląda jak księżniczka z bajki, z lekkim tiulowym trenem i parasolką od słońca.. On.. nieco śmiesznie jak na nasze standardy.. w tych kolorach, w spódnicy i w dziwnym nakryciu głowy.. Udaje się pstryknąć parze kilka zdjęć 🙂 Potem pojawia się mnich.. Mnisi wciąż są ekscytujący, bo tacy egzotyczni.. nie „nasi”.. Ten.. zaczyna z nami rozmawiać!! Pyta skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy.. a na hasło „Poland” zaczyna mówić o katastrofie lotniczej 5 lat temu.. Zaskakujące skojarzenie, jak dla mnie, ale oczywiście trafne.. Mówi też o kocie, że ten lubi obcokrajowców 🙂 Gdy już po długich godzinach postanawiamy opuścić klimat klasztoru (prawdopodobnie z głodu) obchodzimy go jeszcze wokół, przechadzamy się pod podłogą – wzniesiony jest na palach.. Spotykamy ponownie mnicha i on zgadza się zapozować ze mną do zdjęcia.. Tym razem Paweł robi mi foto-sesję z mnichem.. 🙂
10-10-shwe

Tags: